Iluzja, tajemnica, alternatywna rzeczywistość… a może coś zupełnie innego? Czy wiesz, czym jesteś? Czy wiesz, co jest wokół Ciebie? Czy wiesz, na co patrzysz?
Być to być postrzeganym. Być to postrzegać. Postrzegać to być.
Antoni wciąż nie może dojść do siebie po śmierci żony. Pomaga mu Iwona, partnerka biznesowa i właścicielka dziwnej fundacji bez przeszłości. Antoni chodzi do psycholożki, która przyjaźni się z Iwoną, Zofią i Henrykiem. Henryk już nie rzeźbi, chce za wszelką cenę poznać prawdziwe oblicze rzeczywistości. Zofia nie chce się już ukrywać, sensoryczna deprywacja na dłuższą metę i tak nie uchroni jej przed wzrokiem Tankowca. Truciciel z Bardeux jest jego głosem, posłańcem jego woli. Sprawi, że każdy dostanie odpowiedź na dręczące pytania, choć niewielu będzie to w smak…
Nie igra się z Absolutem.
Najnowsza produkcja Ottoicha to świetne zespolenie opowieści w iście lynchowskim stylu z elementami teorii Donalda Hoffmana. Rzecz, która wdziera się w umysł i sieje zwątpienie. A może nie? A może nic z tego nie istnieje?
10.03.2025
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
197x260 mm
248
137,00 zł
9788396782878

Trochę trwa, nim człowiek otrząśnie się po lekturze „Zardzewiałego tankowca”od Ottoicha. Ten komiks pozostawia w głowie coś, co jeszcze długo później drapie pod czaszką. Jakiś osad wątpliwości, czy na pewno to, na co patrzę, co widzę, jest prawdziwe, rzeczywiste?
Ottoich mocno mnie zaskoczył. Siadając do czytania „Zardzewiałego tankowca” kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać. O autorze też wcześniej nie słyszałem – dopiero jakoś przy tym tytule zrobiło się o nim głośno, przynajmniej w mojej bańce, bo przecież to twórca, jak by nie patrzeć, płodny. Maluje, ilustruje, rzeźbi, A na domiar wszystkiego to jeszcze robi komiksy. Ale dla mnie na moment pierwszej lektury (bo były dwie) „Zardzewiałego tankowca”, był swoistą czystą kartą.
Zacząłem czytać… i w pierwszej chwili mnie odrzuciło. Chaos, zarówno w treści, jak i w formie. Piętrząca się od pierwszych kadrów tajemnica, okraszona onirycznymi, zniekształconymi rysunkami, przypominającymi karykaturalne bohomazy. Co, dlaczego, po co?
Druga próba była owocniejsza. Oswoiłem się trochę z kreską. Osiadła mi pod powiekami – bo szczerze, to jak raz ją zobaczycie, to nie da się tego zapomnieć. Nie tak, że od razu da się ją pokochać. Można ją równie dobrze znienawidzić, koślawą, odrealnioną, niesamowicie plastyczną Jakby cała rzeczywistość, wszelkie kształty zaczęły rozpuszczać się na słońcu, niby woskowe figury. Jakby się patrzyło na świat, na ludzi, przez grube dno szklanej butelki.
Ale im dłużej w opowieść, im więcej składowych tej historii odnajdujemy w pozornie chaotycznym zestawieniu plansz i rozdziałów, tym dosadniej dociera do nas zamiar takiej, a nie innej formy graficznej. Słuszny zamiar, bo podbijający to - konieczne – poczucie zupełnego odrealnienia. Bohaterowie kwestionują rzeczywistość, jaka ich otacza. Autor, pomaga nam również ją zakwestionować, odrealniając obraz, spychając go na krawędź niby onirycznego snu. Wszak rzeczywistość – w myśl przywoływanej bardzo dosadnie, choć nie bezpośrednio – teorii Donalda Hoffmana, nie jest w pełni, taką, postrzegamy, ale filtrujemy ją, wizualizując zaledwie wybrane, konieczne nam warstwy.
Znajdziemy tu bardzo lynchowski styl prowadzenia opowieści. Zresztą, do inspiracji sławetnym reżyserem sam twórca otwarcie się przyznaje. Ale nawet gdyby nie, to jednak to się wyczuwa, to przebija przez kolejne rozdziały. Mamy tu spore zaburzenie struktury czasu. Nie znajdziemy linearnej fabuły, przeszłość miesza się z przyszłością, kolejne rozdziały zdają się być kartkami wyrwanymi z książki i rozrzuconymi przypadkowo. A jeśli chcemy całą opowieść pojąć – co bynajmniej nie jest łatwe – musimy starannie je posegregować, ułożyć chronologicznie. I wtedy ujawni się obraz. Ale nadal pytanie – czy pełny? Może tylko jakaś jego część, kiedy cała reszta pozostanie w niedopowiedzeniu? Którą musimy sobie dointerpretować samodzielnie, z podrzucanych tu i ówdzie tropów?
To nie jest typowa, linearna fabuła, w której jesteśmy przez scenarzystę prowadzeni krok po kroku, powoli, konsekwentnie, do pełnego, finalnego rozwiązania. Tutaj autor rzuca nam w twarz serie scen, jak poklatkowych ujęć z filmu i sami musimy, w wyobraźni, uporządkować je w chronologii, dopasować do pożądanego, zrozumiałego układu. Trochę, jak – wracając do hoffmanowskiej teorii interfejsu percepcji – ułożenie ikon na ekranie smartfona. W sposób dla nas logiczny, czytelny i zrozumiały. Ale czy to już pełny obraz? Czy tylko jego warstwa, taka podstawowa, konieczna dla zrozumienia, do - mówiąc wprost – użytku, pozostając przy smartfonowej analogii?
Graficznie to ciekawy eksperyment, kiedy rysunek pełni rolę równie zniekształcającą, jak sama fabuła. Jest swoistą jej składową, elementem mającym na celu dopełnienie opowieści słownej. Może dlatego właśnie „Zardzewiały tankowiec” wybrzmiał w pełni właśnie jako komiks, a nie planowane pierwotnie opowiadanie? Bo potrzebował dodatkowej – poza słowami – płaszczyzny, do budowania przekazu? I czy - w tym ujęciu – nie spełnia w najpełniejszym zakresie – roli, jaka jest komiksowi przypisana?
Kojarzy mi się styl graficzny Ottoicha z pracami Jakuba Rebelki. Może jest tutaj mniej geometrycznie, bardziej chaotycznie. Nie ma tej płynności, i staranności, jaką osiąga w swoich pracach Rebelka. Podobieństwa upatruje raczej w pewnym zakrzywieniu postrzegania rzeczywistości, przekładzie tego zniekształcenia na finalny obraz. I choć Rebelka nadal pozostanie w tym zakresie mistrzem, na równi z takimi tuzami, jak Bill Sienkiewicz, czy Marcin „Rust” Rustecki, to jednak Ottoich pozostanie z pewnością w kręgu zainteresowania, bo widać wyraźnie, że podąża analogiczną dla tych twórców ścieżką ekspresji graficznej. A im dłużej z jego pracami obcuję, tym bardziej zaczynam dostrzegać porządek w pozornym chaosie.
„Zardzewiały tankowiec” to nie lektura na przysłowiowy raz. Nie czyta jej się szybko, lekko i przyjemnie. Wymaga od odbiorcy skupienia i co nieco intelektualnego wysiłku. Ale może właśnie dlatego warto? Zamiast kolejnego, powtarzalnego trykociarskiego runu sięgnąć po coś, co osiądzie w pamięci na długo? Ja polecam. Sam czytałem już dwa razy. Na razie dwa. Odbiór tego komiksu przypomina w dużej mierze kontemplację dzieła sztuki. Im dłużej, im uważniej się przypatrujemy, tym więcej możemy dostrzec, tym liczniejsze odniesienia wychwycimy, tym więcej skojarzeń przywoła nasza pamięć i nasze zasoby wiedzy. Tutaj też, pierwsza lektura zdaje się poznawaniem świata przedstawionego. Układaniem nielinearnej fabuły we względnie ułożoną całość. A kolejne odczyty już pozwalają się bawić w poszukiwanie symboliki i ukrytych znaczeń, w śledzenie tropów i kulturowych odniesień. Ciekawa, stymulująca przygoda. Trochę, jak wizyta w muzeum – oczywiście bez pejoratywnego wydźwięku (ja kocham muzea i muzealne wystawy!). Bardzo polecam, choć najlepiej nastawić się na minimum dwa czytania. I tak warto!
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
Michał Szczebak:
Już od dłuższego czasu śledzę Ottoicha na jego socialach, ale poza lekturą jego debiutanckiej OTWARTEJ TURMY lata temu, jego twórczość do tej pory mnie omijała... głównie z mojej winy, gdyż na każdym możliwym konwencie na jakim planuje coś od niego wziąć ostatecznie wydaje kasę na coś innego. Nareszcie naprawiłem swój błąd i sięgnąłem po najświeższy, a jednocześnie chyba najlepiej przyjęty komiks Ottoicha do tej pory, czyli właśnie ZARDZEWIAŁY TANKOWIEC.
Komiks niezwykle fascynujący, bo sięgający po idee naukowe i mistyczne spoza głównego nurtu, mianowicie koncepcję 'świadomości jako podstawy' Donalda Hoffmana oraz liczne motywy i symbole z kręgu wierzeń sekt wczesnego chrześcijaństwa zbiorczo nazywanych gnostyckimi. Na styku obu tych prądów myślowych - pierwszego zakładającego, że percepcja warunkuje rzeczywistość, którą postrzegamy, w związku z czym "prawdziwy" obraz świata jest przed nami ukryty, oraz drugiego głoszącego ścisły dualizm świata, który podzielony jest na rzeczywistość materialną, rządzoną przez fałszywe bóstwo, Demiurga, i rzeczywistość duchową, do której można się dostać poprzez spirytualną introspekcję zwaną gnozą - autor stworzył jedyny w swoim rodzaju komiks grozy, łączący ambiwalencję egzystencjalnego horroru spod znaku weird fiction, ze schizofreniczną atmosferą twórczości Philipa K. Dicka, a zachowujący przy tym charakterystyczną dla siebie groteskowość, objawiającą się szczególnie w aspekcie wizualnym. Mamy tu więc bohatera, którego percepcja rozpada się na naszych oczach, sektę ludzi, którzy pragną przebić się przez woal iluzji i zrobią wszystko, aby osiągnąć ten cel, oraz nieludzki, demiurgiczny byt, tytułowy Tankowiec, stojący na straży struktury rzeczywistości, będący jednocześnie domeną jego wszechogarniającego spojrzenia. Już na papierze brzmi to niezwykle intrygująco, ale w praniu wypada jeszcze lepiej.
Sam początek historii jest bardzo enigmatyczny i ciężko się w nim odnaleźć, bo w zasadzie nie ma się czego w nim złapać - jakieś eksperymenty, wszystkowidzący Tankowiec, dziwaczna rzeźba -, więc próg wejścia jest dość wysoki, tym bardziej, że na jakiekolwiek wyjaśnienia musimy poczekać aż do drugiej połowy. Jest to bardziej z mojej strony ostrzeżenie dla potencjalnych czytelników, niż jakiś przytyk, bo we mnie, jako człowieku lubiącym nieoczywistą i dziwaczną fikcję, te wszystkie niejasności wzbudzały tylko i wyłącznie większą fascynację. Zresztą już w tej pierwszej, bardziej zagadkowej połowie, widać jak Ottoich wyrobił się jako scenarzysta w porównaniu z jego debiutancką OTWARTĄ TURMĄ, która była dla mnie osobiście kompletną enigmą - nic mnie tam nie złapało, a im dalej tym gubiłem się bardziej, przez co lektura zupełnie po mnie spłynęła. W ZARDZEWIAŁYM TANKOWCU, choć wciąż czuć momentami suchość w dialogach, jest już o wiele poziomów lepiej, intryga wciąga nie gubiąc przy tym swojej osobliwej atmosfery, postacie są interesujące nawet jeśli charakterologicznie (myślę że celowo) mdłe, a narracja wizualna płynie tak jak płynąć powinna, choć sam styl Ottoicha, jak zapewne wiecie, jest rwany, szkicowy, kontrolowanie brzydki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Fabuła rozwija się powoli, wraz z kolejnymi stronami, co i rusz zauważamy, że z narracją jest coś nie tak, nie jest tak linearna jak do tej pory nam się zdawało, a trzeba przyznać, że osiągnięcie takiego efektu, bez jednoczesnego zgubienia odbiorcy, jest szalenie trudne. No i gdy już przychodzą, wcale nie mniej dziwaczne, rozwiązania wszelkich tajemnic, całość klika, tak jak tego typu historia powinna klikać, zostawiając spore pole do interpretacji, ale na poziomie narracyjnym oferując satysfakcjonującą klamrę dającą nam jakiś ogląd na to o co w tym wszystkim właściwie chodziło.
🚨 SPOILERY 🚨
Dla mnie jest to przede wszystkim narracja o złudnych nadziejach poznania prawdy o rzeczywistości. Nie ważne jakich okrucieństw dopuścili się Henryk, Iwona i Zofia w imię osiągnięcia swoistej anty-gnozy oraz później w celu obalenia demiurgicznej władzy Tankowca nad rzeczywistością, prawda okazuje się po prostu nieosiągalna przy pomocy narzędzi ludzkiej percepcji. W tym sensie teoria Hoffmana dotycząca świadomości jako interfejsu zostaje tutaj z jednej strony pociągnięta do swojego ekstremum, gdyż postacie są przekonane, że manipulując własnym postrzeganiem są w stanie zmieniać rzeczywistość, a z drugiej podważona na tyle na ile Hoffman pisze o możliwości naukowego zbliżenia się do nieosiągalnej prawdy. Tutaj prawda jest nieodkrywalna, przynajmniej nie ludzkimi (a nawet nieludzkimi, bo nie ma nic ludzkiego w masowych rytualnych morderstwach) sposobami. Znamiennym jest więc, że jedyna postać która jest w stanie doświadczyć prawdy, równocześnie zatraca swoje człowieczeństwo. Antoni zdaje się podążać drogą gnozy/poznania (w końcu na pewnym etapie historii podąża tropem Zofii Pleromy, co jest jasnym symbolicznym nawiązaniem do gnostyckich koncepcji Sophii, duchowej emanacji boskiej Monady uwięzionej w ludzkim, materialnym ciele każdego z nas), lecz i ona okazuje się czymś w rodzaju mrocznej gnozy - nie wyjściem poza materialną rzeczywistość iluzji, a staniem się samym Demiurgiem, władcą i (w tym przypadku) strażnikiem ułudy tego świata.
🚢 O ile anty-gnoza (a więc brak lub częściowe poznanie) Henryka, Zofii i Iwony skutkuje drugą szansą, a następnie ostateczną, niezwykle okrutną karą, tak los Antoniego zdaje się mieć w tej narracji wymiar tragiczny. Wskazuje na to przede wszystkim epilog, który zdaje się dokumentować moment rozpoczęcia przeznaczonej mu drogi w kierunku mrocznej transcendencji. Nasiąknięty rozpaczą Antoni (na którego twarzy, mimo teoretycznie pozytywnej otoczki tej sceny - wakacje z żoną - wręcz wypisany jest dojmujący smutek) nieświadomie kreuje, według Hoffmanowskich zasad tego świata, swoją rzeczywistość używając do tego figury zardzewiałego tankowca (rdzewiejącego niczym psychika bohatera, aż w końcu i ona się rozpadnie rozlewając się, jak ropa, po całej rzeczywistości), tym samym przypieczętowując swój los. W tej optyce ZARDZEWIAŁOWEMU TANKOWCOWI bliżej do nihilistycznego weird fiction Thomasa Ligottiego, wykorzystującego grozę do podważenia egzystencjonalnych założeń jakimi otaczamy się na co dzień, niż gnostyckiej przypowieści, jaką może się momentami wydawać biorąc pod uwagę obecną w tym komiksie na każdym kroku, gęstą gnostycką symbolikę.
🚨KONIEC SPOILERÓW 🚨
Tak prezentują się moje przemyślenia świeżo po lekturze, choć jestem pewien, że ponowne przeczytanie ZARDZEWIAŁEGO TANKOWCA skończyłoby się szeregiem innych, nowych wniosków, bo to właśnie tego typu komiks - bogaty, skłaniający do przemyśleń i nieoczywisty. W trakcie mojego wywodu z pewnością nie wspomniałem jeszcze o wielu mniejszych elementach, które w tym albumie mi się podobały (chociażby enigmatyczne dwustonnicowe plansze zawierające pojedynczą frazę, które zdają się reprezentować demiurgiczny nakaz, bezpośrednią wiadomość od samego Tankowca), ale jego wydźwięk powinien być jasny. Najnowszy komiks Ottoicha niezwykle mi się podobał. Z pewnością będzie on kandydatem na tytuł najlepszego polskiego komiksu tego roku, ale nie zamierzam w tym poście ubiegać faktów (w końcu na pytanie kto to zaszczytne miejsce zajmie odpowiem podczas zbliżającej się gali Złotych Goblinów, która odbędzie się już 4 stycznia o 19:00 na naszym kanale Youtube'owym!). Nie mniej jednak dla fanów niestandardowego podejścia do grozy ZARDZEWIAŁY TANKOWIEC powinien być pozycją obowiązkową.