Cicha Rada włada utopią na Krakoi na dobre… i na złe. Jej członkowie – Profesor X, Emma Frost, Storm, Mister Sinister czy Mystique – muszą utrzymać jedność w młodym narodzie mutantów, choć sami najchętniej rozerwaliby się nawzajem na strzępy. Odejście Magneto, nowe proroctwa Destiny, przygotowania do kolejnej Hellfire Gali to tylko początek ich kłopotów. Dla Ziemi nadchodzi bowiem Sądny Dzień, a dwie mutantki wkrótce wpadną na trop złowieszczej intrygi, która wstrząśnie całym ich państwem! Czy Krakoa przetrwa pod rządami dwunastu królów, kiedy każdy z nich toczy własną grę?
Scenariusz tego komiksu napisał Kieron Gillen – autor wielu cenionych serii (takich jak „Die”, „Phonogram”, „Raz i na zawsze” czy „The Wicked + The Divine”). Rysunki stworzyli Michele Bandini („Thor”) i Lucas Werneck („Empireum – X-Men”).
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Immortal X-Men” #1–10 i należy do cyklu „Przeznaczenie X”. Ukazujące się w nim komiksy kontynuują wątki ze „Świtu X” i z „Rządów X”.
26.11.2025
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
170x260 mm
276
99,99 zł
9788328175488

Poprzedni komiks spod szyldu “Przeznaczenie X” pod względem jakości historii nie nastrajał optymistycznie. Czy w przypadku “Nieśmiertelnych X-Men” to odczucie się zmieniło?
Mimo, że jesteśmy już po evencie “Sąd ostateczny” to wciąż odhaczamy jego różne odsłony w komiksach poświęconych marvelowskim mutantom. Spojrzeliśmy już na te wydarzenia oczyma oficjalnej drużyny X-Men, a teraz mamy okazję przyjrzeć się dokładnie działaniom z tego okresu w wykonaniu Rady Krakoi, która zrzesza najbardziej wpływowych mutantów. Czy jest lepiej, czy jest ciekawiej?
Cóż, na pewno od pierwszych stron jest intrygująco. Scenarzysta daje nam do zrozumienia, że w tej rozgrywce najwazniejszymi postaciami będa Destiny i Mister Sinister - ich dramatyczne spotkanie sprzed naprawdę wielu, wielu lat tylko zaostrza czytelniczy apetyt. Tajemnice, zabawy z czasem, igranie z przeznaczeniem - tego oczekujemy po takim obiecującym wstępie.
Teoretycznie właśnie to dostajemy w dziesięciu zeszytach stworzonych przez Kierona Gillena, który najwyraźniej przejął schedę po Jonathanie Hickmanie i zawiaduje w Marvelu przygodami mutantów. “Sąd ostateczny”, a w szczególności poprzedzający ten event album “Przedwieczni” były jego popisem - od czasu rozpoczynającej sagę o Krakoi opowiesci Hickmana nie czytałem równie angażującego komiksu z Marvela. Niestety “Nieśmiertelni X-Men” to już nie ten poziom, choć pewne rozwiązania sprawiają, że i tak chcemy wiedzieć, jak ta historia dalej się potoczy.
Po wspomnianym wyżej wstępie, fabuła już we współczesności rozpoczyna się od rezygnacji Magneto z miejsca w Radzie. Jego następczynią zostaje młoda Hope, która wśród mutantów ma wyjątkową pozycję jest kluczowa dla procesu przywracania mutantów dożycia do , a my z zeszytu na zeszyt obserwujemy działania gremium podczas kolejnego kryzysu - każdy zeszyt poświęcony jest konkretnej postaci, z jej narracyjnym punktem widzenia. Ogólne wrażenie jest takie, że Rada więcej gada niż robi, a jeśli już rozmawiają - to z ich rozmów i przedstawianych przez Gillena wydarzeń bije rodzaj irytującej emfazy, co w efekcie zakłóca płynność tej historii.
Mam taką koncepcję, że ten sposób przedstawienia mutantów ze szczytu hierarchii Gillen zastosował z premedytacją - oni mają nas irytować, mamy wzdychać przewracając kolejne karki komiksu, mamy też czekać na jakiś moment, który zakłóci ten obraz i pokaże, o co tu toczy się rozgrywka. I ten moment nadchodzi, zgodnie z przewidywaniami Destiny. Ale fakt, że za zaburzeniem balansu stoi najbardziej zaburzony psychicznie i emocjonalnie mutant spośród członków Rady może wprawić czytelnika w konsternację. Zwłaszcza, że od początku komiksu ta postać była pokazana w przerysowany sposób. A jednak ten rodzaj infantylizmu w połączeniu z wyjątkowymi, naukowym zdolnościami Mistera Sinistera jest do tego stopnia niespodziewany, że aż intrygujący i ciekawie wróży na przyszłość.
Mamy zatem jakby dwie strony medalu tej lektury. Jedna to znużenie fabułą, która zdaje się nie prowadzic do niczego konkretnego mimo bombastycznego tytułu. - a wątek Krakoi jednak wymaga konkretów i ważnych rozwiązań. Co z tego, skoro ta wizja rozmywa się i być może wcale nie idzie w kierunku,w którym chciał ją poprowadzić Jonathan Hickman. Druga strona to postawienie na Mistera Sinistera w roli siły napędowej tej oraz z pewnością dalszej fabuły - jest to tak zaskakujące i trochę nie do pomyślenia, że aż rodzi autentyczną ciekawość. A zatem jakiś kredyt zaufania ten rozłażący się w szwach krakoański ongoing wciąż dostaje, ale jest on coraz mniejszy i boję się, że w rezultacie może zmaleć do zera. To się okaże, co znaczy, że jeszcze przez jakiś czas, choć z dużą dozą samozaparcia, będę śledził losy mutantów Marvela.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
Michał Szczebak:
Nie będę owijał w bawełnę, powrót do serii Gillena, jednej z moich ulubionych, jakie wyszła w ramach ery Krakoańskiej, okazał się niezwykle udany. Przy tym, ponowna lektura tym razem w wydaniu zbiorczym już dobre kilka lat po premierze oryginalnych zeszytów wzbudziła we mnie również obawy - czy Polski czytelnik, który jest w stanie poznać zaledwie skrawek krakoańskiej epopei, z racji, że wiele serii po prostu na naszym rynku się nie ukazało, będzie się bawił chociaż w połowie tak dobrze jak ja śledząc tą historię na bieżąco w zeszytach? Nie jestem pewien, ale pozostaje dobrej myśli.
NIEŚMIERTELNI X-MEN potencjalnie mogliby stanowić dobrą furtkę w zawiłości ery Krakoi dla stosunkowo nowego, choć wciąż dość odważnego, czytelnika. Z pewnością lektura Rodu X/Potęg X byłaby niezbędnym minimum, aby całkowicie nie zatopić się w oceanie świeżych i często dość szalonych konceptów i motywów jakie do zakątka mutantów Marvela wprowadził Hickman, ale potencjalnie lektura runu Gillena byłaby możliwa bez przeczytania tych kilku późniejszych tomów autorstwa Hickmana rozwijająca jego pomysły - nie byłaby to może najbardziej pożądana opcja, ale jak najbardziej wykonalna, czego dowodem jest Mati. Wciąż jednak, nawet zakładając najlepszy możliwy scenariusz, że czytelnik zna wszystkie tomy, które w Polsce spod szyldu epoki Krakoańskiej się ukazały, lektura NIEŚMIERTELNYCH X-MEN nie będzie wcale łatwa, gdyż co i rusz na łamach tego tomu pojawiają się nawiązania, zarówno do wydanych już przez Egmont tomów, PRZEZNACZENIE X: X-MEN oraz SĄDNY DZIEŃ, jak i serii krakoańskich, których w Polsce nie uświadczymy chociażby X-MEN: RED, X-FORCE, LEGION OF X, czy całej długiej i zawiłej historii X-Men (choć to akurat jest cechą wielu tytułów tej inicjatywy). Tak więc nasz potencjalny czytelnik, o ile nie jest wielkim fanem X-Men orientującym się w tych zawiłościach, będzie miał cięższy niż zwykle w przypadku komiksów Marvela, orzech do zgryzienia.
Na szczęście Gillen mimo czerpania z ogromnej ilości mutanckiego lore'u ułatwia czytelnikowi zadanie odnalezienia się w tym wszystkim wyjaśniając co trzeba lub przynajmniej oferując wymagane minimum kontekstu, aby wyciągnąć z tej historii jak najwięcej. Oczywiście pojawia się też problem wtryniającego się w środek tego tomu eventu SĄDNY DZIEŃ, bez lektury którego niektóre zeszyty będą w najlepszym wypadku mało satysfakcjonujące, ale to już inna sprawa. Nadal bowiem w historię świetnie rozpisaną przez Gillena jak najbardziej warto się wgryźć! U podstaw jest tu w zasadzie niewiele z superbohaterszczyzny z której przecież X-Men się wywodzą, ale to tylko pokazuje jak unikatowa na skalę Marvela była Krakoańska era. Fabuła w tej serii bowiem przypomina bardziej osadzoną w konwencji science fiction intrygę dworską oblaną telenowelowym dobrem z jakiego mutanci są znani, niż cokolwiek trykociarskiego... i to jest ogromnym plusem! Na łamach tych 10 numerów śledzimy polityczne rozgrywki, wychodzące na jaw sekrety i prywatne niesnaski członków Cichej Rady - głównego organu rządzącego na Krakoi -, napisane nie gorzej niż Sukcesja (gdyby Sukcesja była o nieśmiertelnym narodzie superludzi, zdolnych niszczyć całe linie czasowe szalonych naukowcach i zagwostkach przepowiadaczki przyszłości). No dobra, może trochę przesadzam, bo to zupełnie inny typ opowieści, ale serio scenariusze Gillena mimo że oparte na wątkach z wielu innych komiksów, wypadają fantastycznie, umiejętnie rozgrywając stawkę, wprowadzanie nowych konceptów, zwroty akcji i rozwój bohaterów.
Na bohaterach się skupmy, bo to oni robią tu największą robotę. Członków Cichej Rady jest dwunastu, więc to całkiem sporo bohaterów jak na jedną serię, dlatego niezwykle dobrą decyzją było danie każdemu z nich osobnego zeszytu na pokazanie ich perspektyw i ukazanie ich stosunku do problemów państwa Krakoi. Co prawda, w przypadku zeszytów o postaciach, które obchodzą Gillena mniej, środek ciężkości zostaje przestawiony na fabułę - tak działa chociażby 9 numer z perspektywą Kitty Pryde, która w zasadzie nie jest tam specjalnie istotna -, ale gdy już któryś z bohaterów jest dla niego istotny, to naprawdę to czuć. Na pierwszy plan ewidentnie wybija się tu Mr. Sinister, złol, którego Gillen miał już okazję pisać przy okazji jego poprzedniego podejścia do mutantów w okresie poprzedzającym AvX. Efektem jest to, że w tym tomie dostajemy absolutnie najlepszego Sinistera, w równym stopniu głupkowatego, złowieszczego i podstępnego, jakiego dane nam było zobaczyć w komiksie o X-Men. Co jednak ważne również inne postacie dostają tu swoje 5 minut, chociażby Destiny i Mystique, które są chyba drugimi najważniejszymi elementami tej budującej się układanki, ale też nie mniej istotni, ale stanowiący tu raczej tło Xavier, Nightcrawler, czy Emma Frost, przy czym Gillenowi udaje się również wiele niezwykle wiele wycisnąć z tektur jakimi są Hope Summer, Exodus, czy Sebastian Shaw, sprawiając, że zeszyty o nich są niekiedy nawet ciekawsze od tych o naszych ulubieńcach. Tak więc, mimo że fabuła skupia się przede wszystkim na czasoprzestrzennych machlojkach Sinistera i Destiny, to każdy z bohaterów jest tu rozpisany kapitalnie, co w szczególności docenią długoletni fani X-Men, którzy uwielbiają Emmę Frost, uwielbiają nieszanować Xaviera i zawsze mieli gdzieś Exodusa, a tutaj mają szansę obcować z najlepiej napisanymi ich wersjami od lat (jeśli nie w ogóle).
Znając dość szalone i niezwykle ciekawe koncepcyjnie kierunki w jakie skręca run Gillena w tym tytule, już widzę jak powoli rozstawione w pierwszych numerach pionki zaczynają się ruszać. Wciąż uważam, że najlepsze dopiero przed nami, ale 1 tom NIEŚMIERTELNYCH X-MEN to i tak już absolutnie kapitalna robota. Z pewnością nie każdy czytelnik się ze mną zgodzi, w końcu nie dość, że poprzeczka do wejścia w ten tytuł jest wysoka, to z pewnością też nie każdemu podpasuje dość specyficzny sposób prowadzenia intrygi przez Gillena, a także krakoańska konwencja, która jest miszmaszem ogromu różnych pomysłów (głównie Hickmana, ale nie tylko) znacząco odchodzących o superbohaterskich korzeni mutantów. Jeśli jednak kupi się to co Gillen nam oferuje, to każdy, nawet umiarkowany fan X-Men, będzie bawił się przednio podczas lektury. Nic, może poza wtrętami z innych wydanych i niewydanych serii ery Krakoańskiej, nie powinno jej psuć, bo i rysunkowo jest naprawdę solidnie i tłumaczenie nie pozostawia wiele do życzenia.