Hellblazer powraca w znakomitej formie!
Sen, jeden z Nieskończonych, potrzebuje pomocy Johna Constantine’a. Coś przerażającego zapuściło korzenie w Ameryce i wykorzystuje piasek z sakwy Sandmana, by narzucić swoją wolę całemu krajowi. Nawet w sprzyjających okolicznościach rozwiązanie tego problemu byłoby niemal niemożliwe ─ a tymczasem Constantine jest niemal martwy: jego serce nie bije, a ciało się rozkłada.
Jakby tego było mało, wraz z przyjaciółką Nat i synem Noahem jest ścigany za zabójstwo. Jeśli ma spełnić prośbę Sandmana, będzie potrzebował pomocy Aleca Hollanda, znanego jako Potwór z Bagien. Tylko razem mogą wykorzenić zło, które od dziesięcioleci zatruwa amerykański sen.
Serię „John Constantine: Hellblazer” tworzy wielu autorów, między innymi scenarzysta Simon Spurrier („Detective Comics”, „Flash”, „Śnienie”, „Lobster Random”, „The Simping Detective”) i rysownik Aaron Campbell („The Shadow”, „Green Hornet”). Tom zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „The Sandman Universe Presents: John Constantine: Hellblazer: Dead in America 1─11”. Komiks dla dorosłych.
10.12.2025
I
Kolor
Twarda
1170x260 mm
368
139,99 zł
9788328177093

Na temat komiksów wydawanych w ramach “Sandman Uniwersum” częściej było słychać głosy rozczarowania, niż aprobaty. Najnowsza opowieść z tego cyklu, na całe szczęście mieści się w tej drugiej grupie opinii.
“Hellblazer. Trup w Ameryce” to najgrubszy tom wydany w ramach “Sandman Uniwersum” i dlatego bardziej swym rozmiarem pasuje do egmontowskiej serii komiksów z solowymi przygodami Johna Constantine’a. Fabularnie to również waga ciężka, z Johnem jako tytułowym trupem, magiem, u którego nie słychać już bicia serca i jednocześnie widać fragmenty rozkładającego się ciała. Jest gęsto i na pewno nie tak finezyjnie jak w “Sandmanie” Gaimana, ale ponury urok podróży po nieprzyjaznej Ameryce działa jak trzeba. ‘Hellblazer. Trup w Ameryce” to z pewnością ukłon w stronę już bądź co bądź komiksowej klasyki, czasów kiedy o Constantinie pisali Delano czy Paul Jenkins, a że na świecie nie jest wcale lepiej niż wtedy - bo przecież rzeczywistość odbijała się w wypaczonej formie w tych scenariuszach - Simon Spurrier ma o czym pisać. I pisze tak, jakby wszytsko wokół jeszcze bardziej sparszywiało, jakby nalezało porzucić wszelką nadzieję na lepsze czasy.
Spurrier zebrał sporo pochwał za wcześniejszą, rozbitą na dwa tomy opowieść o Constantinie dziejącą się w Londynie i nawiązującą w swych początkach do “Ksiąg Magii’ i postaci Tima Huntera. Punkt wyjściowy dla przygód brytyjskiego maga w ‘Sandman Uniwersum” jakiś po prostu musiał być, a sama historia poszła potem swoja mroczną ścieżką mocno przeczołgując Johna i innych bohaterów zaangażowanych w jego przygody. W niniejszej kontynuacji, która swojego czasu z powodu pandemii miała już nie powstać, ale potem dano jej szansę, obok głównego bohatera pojawiają się ponownie zabójczo skuteczna Nat oraz Noah, niemy, czarnoskóry syn maga. Po tym, co wydarzyło się w Londynie cała trójka ucieka do Ameryki, przez którą poruszają się w jak najbardziej brytyjskim, piętrowym autobusie. I droga ta, jak możemy się domyślać, będzie niezwykle wyboista.
Wielbiciele DC Vertigo powinni być tym tomem usatysfakcjonowani. Pojawia się w nim zarówno sam Sandman, jak i Potwór z Bagien. Fabuła nawiązuje do jednego z najważniejszych wątków w serii Neila Gaimana, a ponurym klimatem przypomina amerykańskie przygody Constantine’a napisane przez Gartha Ennisa, Briana Azzarello, czy Paula Jenkinsa. Co ciekawe, właśnie ta opowieść w wykonaniu Simona Spurriera i niemal w całości narysowana przez świetnie czującego klimat "Hellblazera" Aarona Campbella wydaje mi się z nich najciekawsza i najbardziej dosadna w krytycznym portretoiwaniu Ameryki. Magia,i mity, niegdysiejsza oaza wolności, która zmienia sie w swoja parodię, niebezpieczne siły i niebezpieczne nawyki, które opanowują ludzkie umysły - to wszystko kłębi się w opowieści, w której John dostaje od Sandmana zadanie do wykonania. Echa tej amerykańskiej misji sięgają aż do pierwszego tomu gaimanowskiej historii o Władcy Snów. I w zasadzie od pierwszej strony komiksu zaczyna się jazda, która w pewnym momencie zawiedzie Johna nawet do samego piekła. A jego towarzyszy… na plan filmowy.
To co szczególnie spodobało mi się w tym “Hellblazerze” to spore pokłady metafikcji, pewien rodzaj niejednoznaczności, w którym metafora staje się nagle rzeczywistością i mocno dociska bohaterów - szczególnie w momencie, kiedy w historii rozgrywającej się w Uniwersum Sandmana trafiają do - nomen omen - hollywoodzkiej fabryki snów. To również bardziej wnikliwe spojrzenie na nowego Władcę Snów, który w innych opowieściach z tego cyklu jest niczym wersja young adult swojego poprzednika, tymczasem John dobrze wie, że ten nowy to farbowany blondyn i jest straszniejszy od tamtego, zadufanego i zakochanego w sobie, noszącego się na czarno dupka z Nieskończonych.
W końcu też - język, który tak wielu czytelników odrzuca od wczesnych przygód Constantine’a. Pełen noirowej emfazy i porównań, nienaturalny, po prostu zbyt literacki. Moim zdaniem to już jest jeden z nieodzownych elementów tej ciągnącej się od dziesięcioleci opowieści, który po to jest pielęgnowany przez kolejnych scenarzystów, by stanowić kontrast dla prostego w obyciu Johna Constantine'a i budować takim sposobem narracji jego mit. Nie na darmo ów bohater nazywany jest proletariackim magiem, bo zawsze ordynarnie wali prosto z mostu, choć jednocześnie prowadzi skomplikowane intrygi, ale głównie po to, by ich efekt był jak najprostszy i dlatego najskuteczniejszy.
Kolejną taką rozgrywkę dostajemy w ‘Trupie w Ameryce” - te wygibasy Constantine’a, te plany w planach wiodące okrężną drogą prosto do celu, które jak zwykle mają skutki uboczne. Te ostatnie to zresztą sedno “Hellblazera” - w tym przypadku jakże udanie nawiązują do jeszcze jednego wątku z “Sandmana” (bo przecież Constantine tak jak Morfeusz ma syna) i pomysłowo parafrazują ów wątek, zgodnie z intencjami i charakterem głównego bohatera. “Trup w Ameryce’, razem z jego cudownym finałem jest niczym podsumowanie całej drogi jednej z najbardziej ulubionych postaci komiksowych. Drogi, która jak to w popkulturze nie ma końca, ale gdyby mogła zakończyć się tak, jak na ostatnich dwóch planszach niniejszego komiksu, byłby to koniec najlepszy z możliwych.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.