Komiks, który wybucha z siłą granatu i nie zwalnia nawet na sekundę!
Świat staje na głowie. Norman Osborn – niegdyś superłotr znany jako Zielony Goblin – własnoręcznie kończy inwazję obcych na Ziemię i zostaje okrzyknięty bohaterem. Tylko jeden człowiek odmawia zaakceptowania mordercy w roli strażnika pokoju – Frank Castle, Punisher. Razem z nowym sojusznikiem – genialnym hakerem – rozpoczyna polowanie na najpotężniejszego człowieka w Stanach Zjednoczonych. Osborn jednak nie cofnie się przed niczym, by zakończyć życie Punishera. Gdy do walki wkroczy jego najbardziej śmiercionośny agent, Daken, syn Wolverine’a, los Castle’a wyda się przesądzony. Ale nawet śmierć nie zdoła zatrzymać najgroźniejszego samozwańczego mściciela na świecie…
„Punisher” to brutalna opowieść o determinacji, zemście i sile charakteru, stworzona przez scenarzystę, który nie boi się wychodzić poza utarte schematy. Rick Remender – autor takich serii jak „Deadly Class”, „Fear Agent”, „Głębia” czy „Uncanny X-Force” – śmiało przekracza granice tego, co uchodziło dotąd za typowy komiks o Punisherze, i wrzuca Franka Castle’a w sam środek groteskowego koszmaru inspirowanego „Frankensteinem”. To świat pełen nie tylko makabry i czarnego humoru, lecz także szaleńców i potworów, które okażą się bardziej ludzkie niż niejeden człowiek.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Punisher” (2009) #1–11, „Punisher Annual” #1 i „Dark Reign: The List – Punisher” #1.
25.03.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
444
199,99 zł
9788328175907

Takiego komiksu dawno nie czytałem. Takiego “Punishera” - w ogóle. To była lektura pełna zaskoczeń oraz niedowierzania, że w temacie Franka Castle’a można wymyślić coś tak niedorzecznego. Co mimo wszystko ma jednak swój urok.
Zanim Egmont ogłosił zapowiedź “Punishera” ze scenariuszem Ricka Remendera nie miałem świadomości, że istnieje taki run. Najwyraźniej nie był on nigdy wymieniany na listach najciekawszych albumów z tym bohaterem, z kolei na liście najdziwniejszych niewątpliwie powinien się znaleźć - zarówno pod względem zaprezentowanych w nim historii, jak i warstwy graficznej, która momentami wywoływała u mnie estetyczne katusze. Nie jest dobrze - co jakiś czas podczas lektury kręciłem głową z niesmakiem, ale od pewnego momentu nie mogłem się już od niej oderwać. To nie tyle zakazany owoc, tylko zgniłe jabłko, które rozcinamy, rozdrabniamy, po prostu okrajamy owoc by zostało coś wartościowego do skonsumowania, ale też aby dotrzeć do źródła choroby. No właśnie - czy było tu coś wartościowego?
Pamiętam dawno temu lekturę Punishera z Mandragory - słynne “Witaj ponownie, Frank” i opinie o tym, że tą właśnie historią seria o “Punisherze” wyszła z dołka, bo wcześniej działy się w niej jakieś niemożebnie bezsensowne rzeczy. “Punisher” Remendera powstał dużo później, choć w czasie czytania kojarzył mi się właśnie z tą opinią - także dlatego, że narracja i cała ta historia wyglądała na najntisową komiksową rzeźnię rodem z superbohaterskiego Image. Choć jak teraz sobie pomyślę, niektóre komiksy z lat dwutysięcznych wyglądają jeszcze gorzej (od razu przychodzi mi do głowy “Marvel Knight Spider-Man” z efekciarskim scenariuszem Marka Millara). No właśnie, “Punisher’ Remendera ma bowiem w sobie coś odpychającego, nawet jeśli jego okładka z nietypowym wyglądem bohatera jest w jakiś sposób intrygująca.
Początek tego wydania zbiorczego jeszcze nie zapowiada kierunku, w którym to wszystko będzie zmierzać. W “Życiu w mroku” Punisher zajmuje się swoją stałą robotą, czyli samotnym eliminowaniem złoli. Podczas próby zlikwidowania prezydenta Normana Osborna polowania (tak, w tym właśnie punkcie Uniwersum Marvela jesteśmy) bohater dostaje nieoczekiwaną pomoc od tajemniczego nieznajomego. I w ten sposób Frank wchodzi w układ z niejakim Henrym (jego dokładna tożsamość jest przez długi czas ukrywana). Kolejne akcje planują już wspólnie. Choć ich współpraca jest szorstka, to razem są skuteczni - nawet za bardzo. A w międzyczasie Norman Osborne, który ma teraz znacznie większe możliwości działania zatrudnia kogoś, kto ma całkowicie wyeliminować Franka. I zaczyna się jazda.
Nowy złoczyńca o ksywce Hood działa przy pomocy magii, potrafi kontaktować się z piekielnymi siłami i kompletuje dosyć niecodzienną drużynę złoczyńców w celu eliminacji Punishera. I już wkrótce, na planszach, na których czasami nie wiadomo co dokładnie się dzieje karykaturalna ekipa złoli realizuje plan wyeliminowania Franka. Na którego cała ta rozróba ma przede wszystkim taki wpływ, że jego fizys staje się coraz bardziej niewyjściowa. To samo zresztą dzieje się z Henrym - na początku wyglądał dosyć poczciwie, potem gęba mu się coraz bardziej wykrzywia. Wszystko dzieje się tak, jakby absurdalność toczących się wydarzeń zakrzywiało rzeczywistość i tworzyło jej karykaturę. I tak oto Punsher nie jest ani posępny jak w seriach spod znaku “Max”, ani śmiertelnie poważny i skuteczny jak w porypanych historiach Ennisa spod znaku “Marvel Knights’. A potem robi się jeszcze dziwniej.
Po dwóch dłuższych historiach po pięć zeszytów dostajemy Annual “Zdalne sterowanie”, w którym Frank musi się rozprawić z dwójką złoczyńców płci żeńskiej z ekipy zebranej przez Hooda - i to jest jazda na pełnym równouprawnieniu, również pod względem obijania sobie facjat i innych części ciała. Co ciekawe - lepiej ta konwencja wchodzi w postaci krótszej, zwartej historii, bo ilość niedorzeczności nie zamula jak przy większym stężeniu fabuły i dlatego ta rozwałka potrafi nawet bawić, a przegięte estetycznie rysunki Jasona Pearsona idealnie do niej pasują.
A potem jest już na ostro - opowieść pod tytułem “Piękna ułuda” nie bierze jeńców. Całe dotychczasowe przegięcie eksploduje i w finale grymas niedowierzania zamiera nam na twarzy - bo dzieją się tu rzeczy wprost nie do pomyślenia. Co by nie mówić o specyficznej kresce Johna Romity Jr. - ostatnie, brutalne sekwencje robią naprawdę duże wrażenie. I jest na poważnie i jak tak pomyślimy, to mógłby być niezwykły punkt wyjścia dla nowej niezwykłej historii. I ostatnia historia którą tu dostajemy jest rzeczywiście niezwykła, choć pewnie dla wielu czytelników rejestr jej niezwykłości przekroczył dozwolone granice. Prosze państwa, oto “Franken-Castle”!
Jeśli ten tytuł kojarzy się nam z “Frankensteinem”, to jest to jak najbardziej właściwe skojarzenie. Okładka tomu podpowiada zresztą takie międzyliterackie nawiązania, bo Frank wygląda jak efekt eksperymentu - tyle że więcej widać w nim zmagazynowanej furii niż bezradności wobec świata u monstrum Frankensteina. Już nawet nie chcę zagajać, o co chodzi w tej fabule - wystarczy, że powiem, iż rysunkowo, znany z pierwszego tomu “Żywych trupów” i “Fear Agenta” Tony Moore, totalnie odleciał na równi z podążającymi za jego wyobraźnią kolorystami - jest tu co oglądać. A fakt, że po drodze jeszcze trafia się niczym w opowieści szkatułkowej historia z rysunkami Dana Breretona, którego malarski styl fascynował mnie w “Nocturnals” - to oznacza, że mamy do czynienia z fabułą o Punisherze inną niż wszystkie. Tak jakby dla Franka udział w tych coraz bardziej dziwacznych wydarzeniach był karą za decyzję, którą podjął po wyjątkowo kuszącej ofercie Hooda. Wielu czytelników taki sposób opowiadania o tej właśnie postaci odrzuci, ale według mnie warto czasem spróbować czegoś innego, innej poetyki, innej superbohaterskiej wariacji, nawet jeśli wydaje nam się ona niedorzeczna i kuriozalna. I naprawdę nie potrafię powiedzieć i jednoznacznie ocenić czy ów zbiór, a w szczególności "Franken-Castle” jest słaby i głupi, czy też ciekawy i nietuzinkowy. Po prostu jest, jaki jest.