Gotowi na uniwersum, w którym superbohaterowie nigdy się nie narodzili? Witajcie w nowym świecie Ultimate – najambitniejszym komiksowym projekcie Marvela ostatnich lat!
Są złoczyńcy, którzy chcą władzy. Są tacy, którzy pragną tylko niszczyć. I jest ktoś, kto patrzy na cały wszechświat i myśli: „A gdyby tak zrobić to… lepiej?”. Stwórca wie jednak, że nie może tak po prostu napisać rzeczywistości na nowo. Musi dopilnować, by superbohaterowie nigdy się nie narodzili! Jedynie wtedy będzie mógł przekształcić bezbronne uniwersum dokładnie w to, czego pragnie – swój dom. Tylko czy ktokolwiek oprócz niego zechce tam zamieszkać? I jaką rolę odegrają w jego planach Howard i Tony Starkowie – ostatni sprawiedliwi wśród rządzących światem technokratów?
„Inwazja” to wprowadzenie do nowego świata Ultimate – dystopijnej wersji głównego uniwersum Marvela. Jej architektem jest Jonathan Hickman – scenarzysta, który nie pisze komiksów, tylko misternie splata ze sobą wątki rodem z science fiction i z uśmiechem patrzy, jak próbujecie to wszystko rozwikłać! Rysunki do tego albumu przygotował Bryan Hitch – mistrz filmowych kadrów, którego styl pomógł ukształtować estetykę MCU.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Ultimate Invasion” (2023) #1–4.
Dalsze losy nowego świata Ultimate poznacie w seriach „Ultimates” (scenariusz: Deniz Camp) i „Ultimate Spider-Man” (scenariusz: Jonathan Hickman).
26.08.2026
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
167x258 mm
192
69,99 zł
9788328175778

Jonathan Hickman znowu to zrobił. Znowu napisał tajemniczą i zaskakująca fabułę, znowu ja po swojemu skomplikował, znowu zrobił to co robi - chyba od zawsze? Rzecz w tym, że po przeczytaniu wielu jego fabuł, można odnieść wrażenie, że znowu napisał to samo - jakby wbrew znanemu sloganowi Marvela, że nic już nie będzie takie samo.
To co napisałem we wstępie i co niżej rozwinę to i tak betka w porównaniu ze swoistym pechem serii o nowym świecie Ultimate. Pech polega na tym, że zarówno oryginalnie w USA jak i u nas, premierowo została wydana w tym samym czasie co “Absolute Batman”. O tyltule Scotta Snydera i Nicka Dragotty mówili wtedy wszyscy, tak samo jak mówi (oraz kupuje) u nas całe komiksowo. Co poskutkowało tym, że premiera zapowiadającej się ekscytująco “Inwazji” zeszła na dalszy plan. A po przeczytaniu obydwu komiksów mogę napisać, że jakoś wcale się temu nie dziwię.
“Nowy świat Ultimate: Inwazja” to nowa Ziemia - tym razem o numerze 6150. Znamy doskonale tytuły z poprzedniego świata pod nazwą Ultimate (przypomina mi się od razu, jak z wypiekami na twarzy czytałem ponad dwadzieścia lat temu “Ultimate X-Men” z wydawnictwa “Dobry Komiks”) i w przypadku tego nowego, stworzonego przez Hickmana idea jest podobna - ma być od nowa, po nowemu, najlepiej tak, jak jeszcze nie było. Rzecz w tym, że to niegdysiejsze po nowemu oznaczało nowocześnie, tak aby przyciągnąć nowych czytelników. Tymczasem w tym przypadku mamy sytuację, że bardziej jest po hickmanowsku.
No dobrze, po nowemu też trochę jest, bo jak przeczytałem w opisie - to zaproszenie do świata w którym nie ma superbohaterów (dokładnie - nie narodzili się). To było sformułowanie (trochę mylące), które najbardziej zaciekawiło mnie w opisie komiksu, bo taki świat bez superbohaterów, którzy nie narodzili się - w sensie, że nie nastąpiły wydarzenia, które z nich uczyniły superbohaterów (n.p. ugryzienie Petera Parkera przez pająka) - to ekscytujący koncept. Gdy jednak trafiłem do świata Ultimate, koncept nie do końca okazał się prawdą, na stronach komiksu co chwila widziałem superbohaterów. To jednak można było tłumaczyć tym, że Hickman nie chciał iść na łatwiznę lub w ekstremum, bo proces eliminowania (niekoniecznie w sensie dosłownym) kolejnych kandydatów na superbohaterów nie mógł przecież iść jak po maśle i z takiej perspektywy to sensowne wyjaśnienie - no i jacyś superbohaterowie, choć z innych powodów tu jednak są. Zwłaszcza, że za ideą, by w tymże świecie miało nie być superherosów stoi jeden bohater. Ów bohater to Stwórca (Maker), czyli zła (choć on sam za taką się nie uważa) wersja Reeda Richardsa z Ziemi numer 1610. I to on jest główną siła sprawczą w tej fabule.
Z rzeczy, które swojego czasu czytałem pamiętam, że Stwórca pojawił się i knuł coś błyskotliwego w “Venomie” Donny’ego Coatsa. To ten typ złoczyńcy, który co i rusz wymyśla niepospolite intrygi, a i tak w końcu jego plan z jakichś powodów nie wypala. To, że Jonathan Hickman wziął go na głównego architekta nowego świata o czymś jednak świadczy - może scenarzysta chciał być jak Tom King i postanowił stworzyć wyjątkową opowieść o wyjątkowym, choć mocno pobocznym bohaterze? Tyle że Kingowi potrzeba na to maximum dwanaście zeszytów i szlus. A Hickman po dwunastu zeszytach dopiero się rozkręca.
Ok, trochę sobie żartuję, ale prawda jest taka, że w nowej fabule jak na razie Hickman niczym mnie nie zaskoczył - może oprócz tego, że mamy komiks ze Spider-Manem ze świata Ultimate, a przecież w ‘Inwazji” Petera Parkera nie ugryzł pająk i w tym przypadku ciekawi mnie zawiązanie akcji. A poza tym - mamy nowy świat, w którym obowiązywać mają nowe zasady, tak jak na Krakoi, w innym projekcie Hickmanna. I tak samo jak u mutantów, na Ziemi numer 6160 Stwórca uwił sobie odporne na wstrząsy i działanie czasu gniazdko, z którego tworzy nową utopię - a łatwo nie ma. Hickman po swojemu stawia kolejne fabularne klocki, szczególnie takie, które mogą zdezorientować czytelnika - bo tylko on, demiurg-scenarzysta, wie na razie wszystko, a czytelnik jest niczym mieszkaniec jaskini Platona. Stąd zamierzone dziury w fabule, stąd kawałki mozaiki, które musimy poskładać - no po prostu u Hickmana nie ma kawy na ławę, wymaga intelektualnej współpracy od czytelnika. Problem jest taki, że Hickman głównie nawarstwia i ucieka od prostych rozwiązań. A słysząc w sieci głosy o późniejszym rozwodnieniu projektu Ultimate, może to być droga donikąd.
Na razie ciekawi mnie konstrukcja świata, który co i rusz rzuca Stwórcy wyzwania - jak pojawiająca się horda superbohaterów z przyszłości. Co jeszcze? Tak jak w przypadku sagi krakoańskiej, ciekawsza bywa tu sytuacja geopolityczna, niż sami bohaterowie. No i do cholery są tu różni superbohaterowie (choć mieli się nie narodzić) i to nie tylko na okładce, ale i w samej fabule. I się naparzają.
No własnie - tej historii nie pomagają rysunki Bryana Hitcha. Są do cna superbohaterskie, pokolorowane jak w typowo superbohaterskich komiksach, ładne po prostu. I te rysunki, ten klimat, ta ciągła superbohaterszczyzna po prostu przegrywa z energią twórczą wypływającą z “Absolute Batmana”. Boję się, żeby Hickmann nie utknął w tym, co sam sobie wypracował, żeby nie powtórzył tego, co przytrafiło się innym znanym scenarzystom, którzy wpuścili świeży powiew w superbohaterskie opowieści, a potem, zmęczeni rytmem wydawniczym, ostatecznie odtwórczo spoczęli na laurach. Inwazja to z pewnością niezły komiks, ciekawy projekt, intrygujące realia świata przedstawionego, ale mam wrażenie, że to kolejna próba zbudowana na zastałym gruncie. a tymczasem to co wyprawia DC w linii Absolute to nie stały grunt, a raczej pustynne, lotne piaski, które wciągają, zasysają niczego nie spodziewającego się czytelnika i już nie puszczają. Poczekajmy, może lepsze ssanie będzie w nadchodzących seriach ze świata Ultimate.
5 ocen Show votes.
5 ocen Show votes.
5 ocen Show votes.
Mateusz Czechowicz: O powrocie Ziemi 1610 spekulowało się kilka lat temu dość intensywnie. W wydanym u nas VENOMIE Donny’ego Catesa, MILESIE MORALESIE Saladina Ahmeda czy SPIDER-MEN II Briana Michaela Bendisa pojawiały się niesubtelne nawiązania do tego martwego od 2015 roku uniwersum. To jednak po czasie przerodziło w Ziemię 6160, czyli NOWE UNIWERSUM ULTIMATE, za którego wprowadzenie odpowiadał Jonathan Hickman. Ono zaczęło ukazywać się w USA ponad 3 lata temu, jako mini-seria ULTIMATE INVASION, której to polską edycję pt. NOWE UNIWERSUM ULTIMATE. INWAZJA kilka dni temu wydało wydawnictwo Egmont. I dla mnie ta premiera to kolejny powrót do początków pięknej, ale smutno zakończonej przygody.
Pisząc te słowa, dalej nie do końca wiem, jak ugryźć tę “recenzję”. Bo to nie była moja pierwsza czy druga lektura tej miniserii. Czytałem ją na bieżąco, kiedy pojawiały się kolejne zeszyty. Potem przy okazji ULTIMATE UNIVERSE 1 powtórzyłem sobie całość, dla ułożenia wszystkiegoi w głowie. Jeszcze później znowu, przy okazji materiału podsumowującego pierwszy rok Ultimate. A do fragmentów wracałem całkiem niedawno, przy okazji ULTIMATE ENDGAME. Więc INWAZJA wciąż we mnie żyje i za każdym razem bawię się na tym komiksie równie dobrze. Hickmanowi raz po razie udaje się mnie złapać na obietnicę nowej, odświeżającej historii, która czeka już za rogiem. Bo w gruncie rzeczy tym jest INWAZJA. To obietnica, że czytelnik, który jest zmęczony już nieudolnością kreatywną Domu (bez)Pomysłów, w końcu dostaniemy coś, co pozwoli nam pokochać Marvela na nowo.
Scenarzysta podjął bardzo dobrą decyzję, że nie rzuca nas od razu na głęboką wodę. Pierwszy zeszyt dzieje się jeszcze w świecie 616, z którego to Maker (po polsku Stwórca), zamierza przenieść się na inną Ziemię. Oczami znanych nam bohaterów możemy poznać wszystkie cechy tej wersji Reeda Richardsa. Jego kompetencje, ego, intelekt czy pewną małostkowość, co procentuje w kolejnych zeszytach, tych już opowiadających o tym jak wygląda świat 6160. Świat, który Maker urządza na swoją modłę i robi z niego swoją piaskownicę. A Hickman tworzy w nich piaskownicę, którą twórcy mogli później wykorzystać w swoich seriach, mając ogrom przestrzeni dla swoich historii. INWAZJA jest bowiem przede wszystkim jednym wielkim światotwórstwem. Nie ma co ukrywać, ekspozycja stanowi główny element scenariusza. Dowiadujemy się jak działa tutejsza polityka, kto jest członkiem rady Stwórcy i jak ona działa, co się stało z bohaterami i dlaczego nie powstali. Jednak jest to wszystko podane w taki sposób, że nie chce się przestawać czytać. Niech za przykład posłuży rozmowa Howarda Starka z zarządcami różnych terytoriów, na które podzielona jest Ziemia. Podczas jego rozmowy dowiadujemy się większości informacji o politycznych kuluarach i fasadzie. Jest to wyłożone w dialogach napisanych w ten sposób, że ja jako czytelnik zapominam, że właśnie Hickman zrobił mi wykład z działania świata.
Jako, że mam u siebie również pierwowzór polskiego wydania, czyli oryginalne wydanie zagraniczne, to mogę je sobie porównać. I do obu mam jeden wspólny zarzut, czyli brak umieszczenia w nim one-shota ULTIMATE UNIVERSE, który jest epilogiem do INWAZJI. Ww. zeszyt znajdzie się w pierwszym tomie ULTIMATES, a powinien tutaj. To z niego wychodzą późniejsze serie i jego brak tutaj jest moim zdaniem zgrzytem. Zwłaszcza w kontekście ULTIMATE SPIDER-MANA, ale o tym w potencjalnym omówieniu tego tytułu w przyszłości.
Co do pozostałych cech wspólnych czy różnic, to tych drugich jest niewiele. Zebrane są te same zeszyty, więc siłą rzeczy treść jest ta sama. W polskiej wersji jest trochę więcej okładek alternatywnych i są one inne. Paradoksalnie więcej różnic jest na zewnątrz, bo tył polskiej edycji został przeprojektowany i to na plus. Tylna okładka jest dużo czytelniejsza, a umieszczony na niej opis jest dużo bardziej odpowiadający faktycznej treści komiksu i moim zdaniem bardziej zachęcający do jego lektury. Natomiast od frontu bardziej mi podoba się wersja z USA. Nie jestem największym fanem polskiego tytułu, a także zabrania tego potężnego “U” z okładki, które jest wizualnym symbolem kolejnych serii z tego świata. A jak już zahaczyłem o tytuł to wspomnę tylko, że udało się przełożyć na polski nie tylko tekst, ale również charakter postaci czy ton wypowiedzi. Więc nie ma co się bać i spokojnie można sięgnąć po polskie wydanie.
Na tym bym normalnie skończył, gdyby nie to, że mam uwagi do wydawcy, związane z komiksem, ale niedotyczące jakości wydania czy treści. Ja się pytam: Gdzie jest jakikolwiek marketing? Ciężko o lepszy, pozbawiony bagażu tytuł, który mógłby być wejściem w superhero Marvela, poszerzając przy tym grono odbiorców. Zamiast tego mogliśmy obejrzeć jedną, zmęczoną rolkę i klasyczny post z planszami. Do tego wepchnięcie całe NOWE UNIWERSUM ULTIMATE zostało poniekąd wepchnięte pod pociąg ABSOLUTE, który zgarnia w mediach praktycznie całą uwagę. Moim skromnym zdaniem powinno się te światy wydawać w różnych miesiącach, ale jak widać zrobiono inaczej.
To teraz możemy kończyć. Uważam INWAZJĘ za komiks świetny. Jedno z najlepszych wprowadzeń od Domu (bez)Pomysłów i zapowiedź pięknej przygody. Fantastyczne światotwórstwo, które stanowi podwaliny pod późniejsze lektury ULTIMATE SPIDER-MANA czy przede wszystkim ULTIMATES. Zdecydowanie komiks wart zakupu. I zachęcam każdemu by dał sznsę nie tylko INWAZJI, ale całemu NOWEMU ŚWIATU ULTIMATE, którego kolejne tomy dostaniemy już we wrześniu.
Nowy Świat Ultimate: Inwazja
Ileż to już było w Marvelu takich eventów? Ileż razy widzieliśmy podróże w czasie (nawet te z udziałem złego Reeda Richardsa, czyli Stwórcy) i epickie walki o losy całego świata? No właśnie, od groma! Ale wiecie co? Pomimo że dostajemy tutaj coś, co teoretycznie widzieliśmy już tysiące razy, to kurczę jest ok! 🙂
Stwórca wpada na swój najbardziej genialny plan ze wszystkich. Chcąc odzyskać świat utracony niegdyś w wyniku inkursji (czyli zderzenia tych samych planet z różnych uniwersów) postanawia cofnąć się w czasie i doprowadzić do sytuacji, w której superbohaterowie nigdy nie wkroczą na ścieżkę walki ze złem. Oczywiście nie oznacza to, że znane nam postacie znikają. Są, ale funkcjonują w zupełnie innych rolach. I właśnie ten pomysł daje całej historii sporo ciekawych możliwości.
Mamy tu oczywiście multiwersum, podróże w czasie i całą masę wydarzeń, w których bardzo łatwo się pogubić albo zwyczajnie zanudzić czytelnika. A jednak udało się uniknąć tego chaosu. Całość jest zaskakująco sensownie poukładana, fabuła sprawnie łączy poszczególne elementy, a co ciekawe, pojawiają się nawet odniesienia do wydarzeń z Marvel Now. Dzięki temu historia nie sprawia wrażenia przypadkowego zlepku pomysłów, ale całkiem przemyślanej opowieści.
Akcja leci do przodu, kolejne wydarzenia angażują, a ja po prostu dobrze się bawiłem. Jasne, nie ma tutaj jakiejś wielkiej rewolucji i wiele motywów doskonale znamy z innych komiksów Marvela. Ale czasami nie trzeba wymyślać koła na nowo, żeby dostarczyć solidną rozrywkę 😉
Rysunki… Są poprawne, nie odrzucają i nie psują odbioru historii, ale liczyłem na coś więcej. Jak na taki event to słabo.
Miałem pewne obawy przed lekturą, ale ostatecznie bawiłem się naprawdę dobrze. Zaraz sięgam po kolejne tomy! Mam tylko nadzieję na lepsze ilustracje.