Kto uratuje świat, w którym nikt nie został bohaterem?
Okrutny geniusz, znany jako Stwórca, powołał do życia idealną – jego zdaniem – Ziemię, na której superbohaterowie nigdy nie zaistnieli, po czym zaszył się w tajemniczym Mieście. Tony Stark i Doktor Doom, którzy sprzeciwiają się jego bezwzględnym rządom, wiedzą jedynie, że Stwórca powróci za osiemnaście miesięcy. Tylko tyle czasu im zostało, żeby pokonać śmiertelnie groźnego despotę i zwrócić ludziom wolność. Ale uwaga: to wcale nie jest najbardziej ryzykowna część ich planu!
Znacznie trudniej będzie odnaleźć niedoszłych bohaterów i przekonać ich, by wzięli sprawy w swoje ręce. Kogo zastaną w Asgardzie? Jakie ludzkie i nieludzkie monstra znajdą na porzuconej przez badaczy, napromieniowanej Wyspie Potworów? I czy dla Hanka Pyma oraz Janet Van Dyne rzeczywiście „żadna robota nie jest za duża ani za mała”?
„Ultimates” to najważniejsza komiksowa seria o nowym świecie Ultimate – dystopijnej wersji głównego uniwersum Marvela. Scenariusz do tego albumu napisali Jonathan Hickman oraz Deniz Camp, który znakomicie łączy wartką akcję i wysokie stawki z osobistymi dylematami bohaterów. Rysunki przygotowali Stefano Caselli i Juan Frigeri.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Ultimates” (2024) #1–6, „Ultimate Universe” (2023) #1 oraz „Free Comic Book Day 2024: Spider-Man/Ultimate Universe” #1.
Dalsze losy nowego świata Ultimate poznacie w kolejnych tomach „Ultimates” (scenariusz: Deniz Camp) i w serii „Ultimate Spider-Man” (scenariusz: Jonathan Hickman). O powstaniu tego mrocznego uniwersum opowiada komiks „Nowy świat Ultimate. Inwazja”.
23.09.2026
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
167x258 mm
204
89,99 zł
9788328175792
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Michał Szczebak:
ULTIMATES Deniza Campa jest jedną z tych serii, o której w pewnym momencie wypowiadaliśmy się nagminnie. Czy to w postach, czy w materiałach/na live’ach, nie raz już mówiliśmy co nam się w tym komiksie podoba i dlaczego warto go przeczytać. Dlatego teraz, gdy w końcu nadrobiłem ULTIMATE ENDGAME oraz pozostałe zeszyty głównej serii i przychodzi czas na podsumowanie, nie wiem w zasadzie czego się złapać. Jaki wątek podjąć, żeby się nie powtarzać? O czym napisać, żeby nie brzmieć jak zepsuta katarynka?
To, że ULTIMATES jest naprawdę świetną superbohaterską drużynówką już zapewne wiecie, jeśli nie z autopsji, to przynajmniej ze słyszenia. Z jednej strony to zdecydowanie zasługa dobrego storytellingu, faktu, że Camp potrafi konstruować angażujące narracje zarówno na poziomie pojedynczych zeszytów, a więc antologicznej formy jeden zeszyt=jedna spójna, świetnie skonstruowana fabuła, jak i poziomie całości, potrafiąc pomimo dość sporej obsady bohaterów żonglować nimi w taki sposób, że nikt nie wydaje się zbędny, każdy ma swoje miejsce i coś tam do tej historii wnosi, nawet jeśli to absolutne minimum.
Z drugiej jednak strony mega istotne w kontekście sukcesu tej serii wydaje się unikatowe podejście do tematu. Marvel i DC przyzwyczaili nas do superherosów jako obrońców status quo, zmitologizowanych harcerzyków uosabiających neoliberalne wartości i etykę. Oczywiście znajdą się od tego liczne wyjątki, jednak blueprint pozostaje w dużej mierze właśnie taki. ULTIMATES w skrajny sposób odwraca jednak ten schemat pozycjonując swoich superbohaterów u dołu hierarchii, nie jako obrońców późno kapitalistycznego świata zachodu, a buntowników przeciwstawiających się temu systemowi eksploatacji. I, co istotne, nie jest to tylko i wyłącznie przefiltrowana popkulturowymi obrazami fantazja na temat rebelii przeciwko ostatecznemu złu (choć chcąc nie chcąc z racji na konstrukcję świata Ultimate, Camp musi także z tym typem narracji koniec końców romansować), ale znacznie bardziej społecznie i politycznie świadoma narracja, nawiązująca bezpośrednio do realnych, zarówno przeszłych, jak i teraźniejszych, form wyzysku podtrzymujących system w jakim funkcjonujemy.
Uchwycenie tych kwestii i oddanie im sprawiedliwości bez popadania w absurd lub nietakt jest niezwykle trudne w gatunku, który inherentnie jest przerysowany, opiera się na wyolbrzymieniach i często kontrolowanej przesadzie. Campowi udaje się jednak naprawdę zręcznie te motywy ulokować w ramach świata, który u swoich fundamentów jest przerysowany, jego polityka jest uproszczona, a całość w ostatecznym rozrachunku oparta jest na planie ultra-złego geniusza jakim jest Maker. No właśnie, układ polityczny jest inny, Stanów Zjednoczonych i innych państw nie ma (Jak wywołać w egzystencjalny szok w amerykanach? Wystarczy w swojej fabule usunąć ich państewko z map…), podzielone ze względu na kontynenty zunifikowane terytoria są pod władzą różnych skorumpowanych postaci Marvela… Brzmi to jak pierwszy lepszy elseworld, a jednak właśnie dzięki Campowi, w skali mikro, świat ten jest znacznie bardziej bliższy naszemu, niż mogłoby się wydawać. Jasne, dowiadujemy się w pewnym momencie, że na świecie nie ma demokracji, Maker uczynił z niej ‘przestarzałą ideę’, która została porzucona na rzecz jego własnej wersji technokratycznego faszyzmu. Nie mniej jednak, efektem tej transformacji nie są n***stowskie Niemcy 2.0 z przegiętych popkulturowych fantazji, a niepokojąco znajoma forma globalnej hegemonii, w której najważniejszą wartością jest niekończący się zysk, a władza służy interesom klasy miliarderów, nie odwrotnie.
Camp nie jest przy tym subtelny. Co i rusz daje nam do zrozumienia, że palące problemy współczesnego świata: począwszy od rasizmu i ksenofobii, przez rosnący wskaźnik bezdomności, aż po katastrofę klimatyczną, są bezpośrednio sprzęgnięte z wolnorynkowym kapitalizmem i wynikającymi z niego relacjami władzy. Dlatego też Ultimates nie głoszą na sztandarach tylko detronizację aktualnych władców i przywrócenie demokracji, ale przede wszystkim radykalną transformację rzeczywistości społecznej, a co za tym idzie - choć nigdy nie pada to wprost - rozmontowanie systemu kapitalistycznego. Nie jest wprost powiedziane co miałoby go zastąpić, ale biorąc pod uwagę formy organizowania się komórek Ultimates oraz rewolucyjnych myślicieli do których Camp nawiązuje (chociażby w kapitalnym zeszycie #9), odpowiedź jest tylko jedna, i zarówno w Polsce, jak i w USA, niepopularna. Zresztą ani razu w tej narracji nie pada słowo na ‘k’, albo na ‘s’, w końcu wciąż mówimy tutaj o jakiejś formie kompromisu pomiędzy pomysłem i przekonaniami scenarzysty, a ramami narzuconymi przez redakcję, a w dalszym rozrachunku executive’ów. Mając to na uwadzę, trzeba przyznać, że Campowi udało się wywalczyć naprawdę wiele, jak na mainstreamowy komiks superbohaterski. Myślę, że to właśnie między innymi w tej bezkompromisowej polityczności należy szukać źródła tak dużego sukcesu krytycznego i sprzedażowego ULTIMATES. Z punktu widzenia (niewielkiego) tłumu krzyczącego ‘go woke, go broke’ brzmi to zapewne jak herezja, ale najwyraźniej Amerykanie potrzebują w tym momencie swojej historii radykalnie alternatywnych narracji rewolucyjnych od tych do których przyzwyczaił ich Hollywood i szeroko pojęta popkultura.
Gdzieś jednak linia demarkacyjna tego kompromisu musiała stanąć i zdecydowanie był nią finał tej serii, jak i całego Ultimate, w postaci ULTIMATE ENDGAME. Już w drodze do tego eventu jakość serii ULTIMATES zaczęła lekko szwankować. Wciąż były to generalnie dobre zeszyty, ale jak na możliwości Campa taki np. zeszyt #11, ze słabiutką narracją poetycką, czy dający niewiele satysfakcji zeszyt #15, były lekkim zawodem. Właściwy spadek formy nastąpił jednak właśnie wraz z wkroczeniem w ENDGAME. O ile tie-inowe numery ULTIMATES były naprawdę fajne, nawet jeśli czuć niekiedy w nich było pośpiech spowodowany nagłą kancelacją uniwersum (najbardziej to chyba czułem w wątku Janet i Hanka, który po świetnej kulminacji w zeszycie #19 właściwie zupełnie zatracił jakąkolwiek wagę i ostatecznie rozmył się w swoim waniliowym zakończeniu), tak właściwa seria eventowa cierpi na wiele problemów wielkich wydarzeń. Niewyważone tempo objawiające się ciągnącymi się sekwencjami w City i pędzącymi na łeb na szyję fragmentami na zewnątrz. Zupełne zagubienie się w tej narracji tematów i motywów konsekwentnie prowadzonych od początku serii Campa. No i tanie rozwiązania fabularne, od deus ex machin, po mające wywoływać szok śmierci bohaterów.
Wciąż Camp robi co może, żeby trzymało się to kupy i generalnie mogę powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku mu się to nawet udaje, bo finał, pomimo problemów, był faktycznie satysfakcjonujący i dał postaci Dooma fajną klamrę. Szkoda jednak, że tematycznie seria ta jest ogołocona z tego wszystkiego o czym pisałem wyżej. Powrót Makera, jego transformacja i ostateczne zagrożenie jakie stanowi dla całego uniwersum całkowicie przyćmiewa polityczny aspekt tej walki. Ostatecznie sprowadza się więc ona do standardowej superbohaterskiej naparzanki, która w najlepszych momentach jest po prostu okej. Nic ciekawego nie mówi, jest tak samo pusta i bezpieczna jak narracje krytykowane w zeszycie #21 ULTIMATES. Finał trochę tą tematyczną pustkę zapełnia, pochylając się nad kwestią fatum, nieuniknionej konieczności, którą można przezwyciężyć wspólnymi siłami. Jest to jednak nic innego jak absolutne minimum nadania tej historii jakiegokolwiek znaczenia.
Czy w takim razie rozczarowujące ULTIMATE ENDGAME zupełnie podkopuje starania i polityczne ambicje Campa w ULTIMATES? Nie do końca. Tak jak wspomniałem wyżej, zeszyty ULTIMATES akompaniujące ENDGAME wciąż w dużej mierze kontynuują passę numerów poprzednich, nie rezygnując ze swojej radykalności (dobrym przykładem jest zeszyt #21, zbudowany wokół poradnika rewolucjonisty kolportowanego przez Ultimates) i oferując całkiem sporo podsumowań budowanych od początku wątków. W większości finały te spełniają oczekiwania (zeszyt #22 to kapitalne zakończenie wątku Capa i Red Skulla/Bucky’ego, a #24 świetnie podsumowuje wątek She-Hulk), choć zdecydowanie dobrze zrobiłoby im więcej miejsca, co w sytuacji rychłego zakończenia uniwersum niestety nie było możliwe. Również epilog w ULTIMATE UNIVERSE: FINALE, choć krótki i raczej niezaskakujący, udowadnia, że Camp swoją narrację rewolucyjną zakończył tak jak chciał, bez ustępstw i półśrodków. Tak więc, choć w ramach kompromisu z redakcją Camp musiał ulec przy ENDGAME i napisać je tak, jak wydawnictwo sobie życzy, to ostatecznie z tego kompromisu to on wyszedł zwycięsko. Podobnie my, czytelnicy superbohaterszczyzny spragnieni czegoś więcej niż powielanie tych samych moralnych zagwostek i upartego powrotu do status quo. Dlatego w mojej głowie ULTIMATES zapisze się jako seria odważna i z tego powodu niezwykle istotna dla gatunku, nawet jeśli nieidealna.