Helen Cole po tragicznej śmierci ojca, C.K. Cole’a, cenionego autora pulpowych opowieści i twórcy wojownika Othana, zostaje wezwana do Wyndhorn, słynnej posiadłości jej dziadka.
Na początku, naznaczona stratą i zagubiona w nowym, obcym świecie, prowadzi pijacki żywot, z czasem jednak jej burzliwe usposobienie łagodnieje, gdy odkrywa tajemnice ukryte w niezliczonych pokojach i korytarzach rezydencji. Przekonuje się również, że poza murami, w pobliskim lesie, czekają na nią przygody, o których czytała wyłącznie w opowieściach jej ojca.
Scenariusz komiksu napisał Tom King („Mister Miracle”, „Strange Adventures”, „Supergirl. Kobieta jutra”, „Człowiek Cel”), a rysunki są dziełem Bilquis Evely („Sandman Uniwersum – Śnienie”, „Supergirl. Kobieta jutra”). Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Helen of Wyndhorn” #1–6, materiały ze szkicownika rysowniczki oraz dodatkowe ilustracje różnych artystów.
6.05.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
176
89,99 zł
9788328178779

Nie wiem, czy kiedykolwiek mieliśmy takie komiksowe combo. Wydać w jednym miesiącu dwa komiksy tego samego zestawu twórców, które byłyby aż tak znakomite. Bo ‘Helen z Wyndhorn” jest równie doskonała (o ile nie bardziej), co “Supergirl. Kobieta Jutra” Toma Kinga i Bilquis Evely.
Wygląda na to, że Tom King zapragnął w swojej twórczości czegoś nowego, podjął się nowego wyzwania. I o ile “Supergirl. Kobieta jutra” pasuje tematycznie do jego dobrze znanych scenariuszy poświęconych indywidualnym przygodom superbohaterów, to nie mająca nic wspólnego z superbohaterskim uniwersum “Helen z Wyndhorn” jest dowodem na to, że scenarzysta stale się rozwija i szuka innych ścieżek do przedstawienia swoich historii.
Punktem wspólnym z “Supergirl” są za to inne elementy. Oczywiście rysunki Bilquis Evely, które w obu komiksach nadały historiom w nich zaprezentowanym posmaku vintage. Kolejnym jest sposób narracji - obie fabuły są opowiadane przez poboczne bohaterki komiksu, które były świadkami niezwykłych wydarzen. Te dwa elementy cudownie współgrają w fabule - mamy wrażenie płynięcia nie tyle przez fabułę komiksową, co przez klasyczną powieść. A wszystko zestawione razem ma jeszcze uniwersalną wymowę i jest pochwałą kobiecej siły - to nie są kruche bohaterki rodem z dawnych literackich dzieł, to mają być prawdziwe heroiny, które dokonują niezwykłych czynów. Choć tak naprawdę idąc teraz śladem modnego hasła girl power, przekłamuję tę kwestię. W rzeczywistości i Supergirl, i Helen Cole to bardziej złożone postacie, z nieprzerobionymi traumami, z wewnetrznymi demonami, z prawdziwymi, życiowymi problemami. W połączeniu z ich umiejętnościami, siłą i w przypadku Helen pragnieniem bycia kimś więcej, daje to jeden z najpełniejszych kobiecych portretów w komiksowych historiach z ostatnich lat. A fakt, że dzieje się to na łamach komiksów bądź co bądź o stricte rozrywkowym podłożu, budzi jeszcze większy podziw za wyeksponowanie tych wartości w dziełach Kinga i Evely.
Te wszystkie zalety są udziałem historii o młodej dziewczynie, 16-letniej Helen Cole, która po samobójczej śmierci ojca trafia do bajeczno-zamkowej posiadłości swego dziadka, a ten okazuje się być bardzo tajemniczą postacią. Do posiadłości Helen przybywa razem z guwernantką i jednocześnie narratorką tej opowieści, Lilith Apleton, która na samym początku opowieści musiała wiele przejść, by znaleźć Helen gdzieś na dalekiej prowincji Stanów Zjednoczonych i zmusić tę zuchwałą jak na swój wiek dziewczynę do wspólnej podróży. Jednak prawdziwa przygoda zaczyna się już w Wyndhorn, kiedy to za sprawą dziadka Helen zaciera się granica między rzeczywistością i fantazją, a fabuła nagle przypomina popularne, groszowe opowieści ojca Helen, C.K. Cole’a o wojowniku imieniem Othan.
“Helen z Wyndhorn” ma sporo wspólnego z wydawaną również przez Egmont serią Mike Careya “Niepisane” - tam również fikcja zaczyna mieszać się z rzeczywistością, a realne postacie nagle okazują się dysponować nadnaturalnymi możliwościami. Jednak opowieść ze scenariuszem Kinga skupia się na innych aspektach metafikcyjnej fabuły, bardziej stając się piętrową metaforą dla wewnętrznych doświadczeń bohaterów, niż rzeczywistością przeradzającą się w fikcję. Znajdziemy tu bowiem dualizm - nadnaturalna część tej historii może stanowić odbicie tego co przeżywają mocno doświadczeni wyjątkowym wydarzeniem z przeszłości bohaterowie - tak jak było choćby w pamiętnych “Trzech cieniach” Pedrosy, którą to fantastyczną opowieść można było odczytać jako metaforę żałoby i godzenia się ze stratą.
King robi jednak wszystko, żeby taka interpretacja, takie odczytanie nie było aż tak klarowne. Dorzuca do fabuły przebitki z późniejszych czasów, rozpoczynając historię od wywiadu z wiekową już Lilith, by następnie prześledzić drogę popkulturowych śladów twórczości ojca Helen przez kolejne dziesięciolecia. I to jest kolejna warstwa tej opowieści, która nadaje jej uniwersalnego wymiaru.
Przede wszystkim jednak udało się wykreować Kingowi i Evely niezwykłych bohaterów, na czele z tytułową Helen. Aby ich wizerunki zapisały się w naszej pamięci, rysowniczka spędziła długie godziny na projektowaniu ich postaci i efekt jak dla mnie jest oszałamiający. Natomiast King dał nam niezwykły portret młodej bohaterki, zawieszonej gdzieś pomiędzy dziewczęcą zuchwałością, a rodzącą się, jeszcze niezidentyfikowaną kobiecą namiętnością - i przez to zagubioną, choć z pozoru ze swadą wkraczającą w wyimaginowany świat. Doświadczenie żywiołowe, bolesne, z czasem jednak pozwalające odkryć się na nowo zarówno jej, jak i zatwardziałemu w swej wojowniczej postawie dziadkowi. Wspaniała opowieść, pełna jeszcze innych niespodzianek i tajemnic, które mogą rodzić różne czytelnicze podejrzenia, ale te już lepiej odkrywać i interpretować samemu.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
Helen z Wyndhorn. Piękny to komiks, oj piękny. Tak pomyślałem już przy pierwszym przekartkowaniu go. Ale czy za tym wizualnym zachwytem idzie również dobra fabuła?
Historia przedstawia losy młodej Helen Cole, która po samobójczej śmierci ojca trafia do ogromnej posiadłości swojego dziadka. Opiekę nad nią ma sprawować pewną guwernantka i to głównie z jej perspektywy (choć nie tylko) śledzimy rozwój wydarzeń.
A wydarzenia są naprawdę intrygujące. W pobliskim lesie, w chacie pewnej paskudnej staruchy, znajduje się portal do fantastycznego świata. To właśnie tam dziadek Helen znany jest jako legendarny pogromca potworów. Nastolatka postanawia pójść w jego ślady, co staje się początkiem pełnej tajemnic i niezwykłego klimatu opowieści.
Niestety, choć sam pomysł na fabułę jest bardzo ciekawy, sposób jej przedstawienia bywa momentami toporny. Tom King zostawia sporo niedopowiedzeń, przez co często musimy samodzielnie dopowiadać sobie pewne elementy historii. Dodatkowo jeden z głównych wątków jest nieco zbyt długo eksploatowany, przez co opowieść potrafi się chwilami dłużyć.
Na szczęście wszelkie fabularne potknięcia rekompensuje warstwa graficzna. Ilustracje są przepiękne, nieszablonowe i pełne detali. Już od pierwszych stron można poczuć, że wkraczamy do zupełnie innego świata. Jedynie twarze kobiecych postaci momentami wyglądają dziwnie i zbyt podobnie do siebie, ale to drobny mankament przy tak imponującej oprawie wizualnej.
Polecam sprawdzić. Fabuła nie zawsze dowozi na takim poziomie, jakiego można by oczekiwać, ale pod względem wizualnym jest to prawdziwy majstersztyk.
Komiksy en i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek
Piękne kadry, śliczne plansze i zjawiskowa kreska. Wszystko co wizualne w Helen Z Wyndhorn to miód dla oczu. Artystyczna komiksowa perełka, która ewidentnie chce graficznie zachwycać i robi to umiejętnie.
Gdyż Helen to taka baśniowa, urocza, romantyczna wręcz opowieść o ogromnej, tajemniczej willi, o młodej zbuntowanej dziewczynie i jej problemach, o jej dziadku, który skrywa tuzin sekretów, o bestiach, o kolekcji fantastycznych mieczy, o czarownicach pilnujących przejść do światów, których być nie może, a są.
No i w końcu o krainie pełnej magii, stworów rozmaitych oraz krajobrazach co to sprawiają, że taki człowiek jak ja, co czytał już zylion komiksów, ślepia swe miałem otwarte szeroko, ciesząc się stroną absolutnie każdą.
Bo Helen to taki komiks, który zdecydowanie nastawiony jest na przyjemne doświadczenie wizualne, ale mimo to, fabularnych zalet tutaj znajdziemy niemało.
Helen to młoda dziewoja, która straciła ojca. A ów, był znanym pisarzem i w zasadzie uzyskał status „ojca fantasy” za swoją twórczość. Taki trochę Robert E. Howard, gdyż tatko Helen pisał właśnie bardziej „sword and sorcery” aniżeli Tolkienowskie hobbity biegające.
No i Helen wraz z guwernantką przyjeżdża do pięknej i zjawiskowej willi swego dziadka, który ukrywa małe co nieco przed rodziną. Dziad to swoisty trudny charakterek - postać dobrze napisana, bo teoretycznie nie powinniśmy go lubić, ale nie sposób go nie lubić.
Ten komiks to czyta radość, czysta przyjemność z doświadczenia i aż nie mogę, że już się skończył i nie ma więcej. DLACZEGO TAKICH KOMIKSÓW NIE MA WIĘCEJ?! Chciałbym bardzo.
Bo takiej czystej, pysznej i niczym nie zmąconej radości z czytania fantastyki w komiksowie, to nie ma jakoś wiele. A szkoda!