Scenariusz
Kolory
Okładka
Brutalny herszt mafijny Żaba sieje spustoszenie w stolicy. Nie jest sam – za pomagierów ma własnych synów, spadkobierców rodzinnego imperium.
Samozwańczy stróż prawa Ćma musi zaprowadzić porządek w mieście, w którym liczy się tylko jedna zasada. Słabe gatunki wymierają. Mocne wydają potomstwo.
Nowy rozdział przygód śmiałka z retrofuturystycznej Warszawy XX-lecia międzywojennego.
Album zawiera historię „Ćma: Żabie królestwo”, ekskluzywny szort „Mono no aware” z rysunkami Rafała Nguyena Khaca oraz galerię prac polskich artystów.
Nie wymaga znajomości innych komiksów z serii.
Seria
Kategoria
Pochodzenie
Wydawca Polski
Data Wydania
14.05.2026
Wydanie
I
Druk
Kolor
Oprawa
Miękka
Format
170x260 mm
Liczba Stron
76
Cena Okładkowa
69,00 zł
EAN
9788368259780
Opinie redakcji

Doczekaliśmy w końcu dłuższej historii nietuzinkowego bohatera z retrofuturystycznej Warszawy – Ćmy. I chwała za to twórcom, bo „Ćma” zwyczajnie na taką konkretną ekspozycję zasługuje. Ekspozycję, bynajmniej nie na światło.
Bo wiadomo, światło akurat naszemu bohaterowi nie służy. Jest jego jedyną chyba, ale za to bardzo uciążliwą słabością. I już samo to zdaje się wskazywać, z jak nietuzinkową postacią mamy do czynienia. Kto czytał, ten wie. Kto jeszcze po „Ćmę” nie sięgnął, niech zacznie od zeszytówek. Zdecydowanie warto wchodzić w ten świat chronologicznie, tak, jak był budowany i rozbudowywany. Warto, choć w przypadku „Żabiego królestwa” nie jest to absolutnie konieczne. „Ćma” zaczynała specyficznie, przywracając na rynek zeszytową serię, jak to się zresztą udało również twórcom znakomitego „Wydziału 7”. I kiedy autorzy historii o PRL-owskiej jednostce do spraw paranormalnych pokusili się o dłuższą powieść graficzną („Wydział 7. Medium”), wyraźnie pozazdrościł im Tommy Grodecki. I zrobił swoją: „Ćma. Żabie królestwo”.
Unurzana jest ta historia w intertekstualność, w liczne nawiązania do estetyki DC (Pingwin i Joker), osadził całość nie dość że w realiach stworzonej przez siebie, retrofuturystycznej stolicy, to jeszcze pogłębił ten sztafaż o cechy typowe dla klasycznego noir. Czym, trafił w me czarne serce jeszcze mocniej.
Mamy tu konieczne składowe solidnej historii. Jest mroczny, tajemniczy i niebezpieczny boss półświatka, są jego, nie mniej niebezpieczni synowie. I jest nasz bohater, Ćma, straceńczo usiłujący przeciwstawić się złu, które niszczy miasto.
Autor serwuje nam tutaj klasyczny etos bohatera, jego konfrontacji ze złem, ale złem nie czarno białym, dwuznacznym. Z pewnością godnym potępienia, ale czy nie godnym zrozumienia? Zanurza się Grodecki w szukanie genezy postaci przestępcy, nie gloryfikując go, nie rozgrzeszając, ale szukając źródeł zepsucia i degeneracji. A tym samym niejako przenosząc punkt ciężkości, lokując – przynajmniej pośrednio – winę za jego postępowanie, za jego sposób myślenia na środowisko, w jakim się wychowywał. Środowisko kultywujące siłę, dające szanse przetrwania wyłącznie najtwardszym, najsilniejszym. Nie dostrzega zła w samej swojej istocie, ale zło wynikające z podwalin egzystencjalnych, wychowawczych, środowiskowych właśnie. Ciekawe, dwuznaczne (tutaj zobrazowane aluzyjnie cyklem rozwojowym płazów) ujęcie, które coraz częściej nie jest obce światowemu komiksowi superbohaterskiemu. Stanowi interesujący i nieoczywisty w ocenie kontekst funkcjonowania zła także w naszym świecie. Przemoc nie rodzi się sama z siebie, nie rodzi się w próżni. I choć ją samą należy piętnować, należy za nią karać, to również należy próbować szukać jej genezy, aby zapobiegać takim zjawiskom na przyszłość. Niby słuszne, niby oczywiste. A realnie, bardzo rzadkie.
Niegdyś, u swojego zarania (i długo, długo po) komiksy odmalowywały świat zero-jedynkowo, wyraźnie określając dwie przeciwstawne strony: dobro i zło.
Współczesny komiks dojrzał, jak dojrzała jego grupa docelowa. I sięga komiks, jako medium, w nieco głębsze, bardziej złożone ukazanie tego odwiecznego dualizmu relacji i podziału na dobrych i złych. Jaki sens istnienia miałby superbohater, bez odpowiednio potężnego przeciwnika? Jego istnienie straciłoby rację bytu. Ale czy superzłoczyńca ma zawsze stanowić tylko figurę estetyczną, dla ukazania efektownej, wrogiej relacji? Czy sam w sobie, może stanowić interesujące studium przypadku, przesuwać się może nie tyle na pierwszoplanową rolę dominującą, co równoprawną pozycję, względem bohatera pozytywnego? Z taki właśnie przypadkiem mamy do czynienia tutaj, w „Żabim królestwie”. Trochę to maniera bardzo cenionego przeze mnie Toma Kinga. Nie wiem, czy to akurat nim się Grodecki inspirował, ale jest coś pokrewnego w tej opowieści, do jego scenariuszy. Jakaś nostalgiczna, ponura poetyka fatalizmu, gdzie nasze czyny może nie są z góry skazane na klęskę, ale nawet zwycięstwo, jakie uda się odnieść, jest co najwyżej pyrrusowe.
Graficznie to kolejny etap rozwoju serii, i naprawdę – poza samym, świetnym twórczym warsztatem – także pokaz bardzo przemyślanego podejścia koncepcyjnego.
Każda plansza podzielona jest na identyczną ilość szesnastu kadrów... co niekoniecznie ogranicza twórców, bo znalazły się tutaj i większe, nawet pełnoplanszowe rysunki, z nałożoną na nie po prostu siatką separatorów w formie białej kratki na całą stronę. Efekt? Znakomity. Z jednej strony odnoszący się do idei klasycznych, kadrowanych opowieści rysunkowych, a z drugiej, dający przestrzeń ekspresji rysownikom. Zabieg ciekawy, świetnie zrealizowany i nadający bardzo atrakcyjnego sznytu całej publikacji.
Jeśli chodzi o rysowników, to mam rzeczywisty i nielichy problem ze wskazaniem, którego warsztat bardziej przypadł mi do gustu. Ale w tym dobrym, pozytywnym sensie. Tomasz R. Borkowski kupuje mnie starannością, ale i zanurzeniem w retro sztafaż. Jego plansze i kadry tchną duchem plakatów art deco (jego Ćmią parafrazę „Czterech pór roku” Muchy powiesiłbym z przyjemnością na ścianie), co zresztą wpisuje się w młodopolski sznyt, jakim seria od zarania była i chyba - w pewnym stopniu, mimo całej ewolucji, jakiej została poddana - nadal jest. Jednak to też znakomite wpasowanie się w formę, jaka została przyjęta na potrzeby tego albumu. Kacper Wilk kojarzy mi się nieodparcie z manierą Mignoli, karykaturalną, koślawą, ale jednak rozpoznawalną i bardzo szybko oswojoną. Co ciekawe, rysują tutaj panowie na zmianę, więc płynnie przeskakujemy z planszy na planszę pomiędzy artystycznymi stylizacjami, które – choć przecież mocno różne - pięknie ze sobą współgrają. Może to być zasługa koloru, dorzuconego też gościnnie na niektórych planszach przez Adama Rozińskiego? Dość powiedzieć, że gra tu jedna, dominująca barwa i jest nią zieleń, serwowana w nastu odcieniach, od głębokiego szmaragdu, poprzez fluorescencję, aż po ciążącą ku sepii słomianą bladość. A niby to mężczyźni widza tylko jeden kolor – zielony. To zapraszam tutaj! W dodatku okładka taka, że klękajcie narody! Winny jej jest Jakub Oleksów. A w środku jeszcze black&white i w alternatywnej kolorystyce. Można brać i wybrzydzać, no ale po co, skoro wszystkie świetne?
„Ćma. Żabie Królestwo” na samej opowieści się nie kończy, bo dorzucone mamy tutaj dwa zgrabne shorty, galerię prac twórców oraz artystów gościnnych. Krótko mówiąc, amerykańskość pełna gębą. Tyle, że po polsku, od naszych, z młodopolskim zacięciem i swadą, godną jej głównego bohatera – Cypriana Leopolda Różewicza. Albo, jak kto woli – Ćmy.
Cóż powiedzieć na koniec? Jestem fanem, i już. Zauroczył mnie swoim pomysłem na serię Grodecki na starcie, dokoptował od groma zdolnych współtwórców i rozwija się, lecząc polski komiks z zachodnich kompleksów (o ile ten jeszcze jakieś ma). Coraz mniej ciągnie mnie do Marvela, od czasu do czasu spoglądam ku DC (bo Batman!). Ale na „Ćmę, to chęć mam zawsze. Może to duch młodopolski, spirytystyczny, uduchowiony, findesieclowy, tak mnie w głowie bałamuci?
A może zwyczajnie, to ta seria jest tak dobra?
6 ocen Show votes.
6 ocen Show votes.
6 ocen Show votes.
Według mnie najlepsza Ćma do tej pory. Widać, że dłuższa forma służy scenarzyście, który rozwinął zawartą w tym tomie historię w porównaniu do poprzednich epizodów. Oprócz objętości, album jest także większy, co z kolei pozwala rozwinąć skrzydła rysownikom. Album jest narysowany przez dwóch artystów: Kacpra Wilka i Tomasza Borkowskiego. Panowie reprezentują zupełnie odmienne od siebie style, jednak z zadania narysowania tej historii wspólnie wyszli obronną ręką. Przejścia pomiędzy jednym a drugim rysownikiem są płynne, w niektórych miejscach niezauważalne. Rysownicy doskonale ze sobą korespondują. Sam album jest bardzo dobrze wydany, ma się wrażenie, że trzyma się w rękach produkt klasy PREMIUM. Autorom życzę dalszych sukcesów! Nie mogę się doczekać na następny rozdział z przygodami Ćmy
Michał Szczebak:
ŻABIE KRÓLESTWO to moje pierwsze spotkanie z ĆMĄ (nie licząc kilku jednostronicowych szortów z Nowej Fantastyki, które miałem okazję przejrzeć). Choć słyszałem wiele o poprzednich numerach serii dopiero premiera pełnoprawnego albumu zachęciła mnie do sprawdzenia z czym to się właściwie je. Polskie superhero osadzone w retrofuturystycznej Warszawie nawiązującej estytyką do dwudziestolecia międzywojennego? Na papierze brzmi świetnie. Pozostaje pytanie czy Grodecki, Borkowski i Wilk poradzili sobie z tą (nieco) dłuższą formą niż ta do której są przyzwyczajeni? Według mnie, nie do końca.
To czego nie można autorom odmówić to posiadania całej masy interesujących pomysłów. Począwszy do tego jak kreatywnie i nietypowo wykorzystywany jest tu ‘16 panel grid’, przez ilość naprawdę ciekawych rozwiązań narracyjnych (choćby zestawienie dorastania żaby z okresem dzieciństwa naszego tytułowego antagonisty wypada bardzo fajnie), a na sięgnięciu po wiele potencjalnie interesujących motywów kończąc. Samymi pomysłami jednak nie da się wybronić komiksu i o ile wizualnie nie mam temu albumowi nic do zarzucenia, bo Borkowski i Wilk robią tutaj absolutnie genialną robotę, to scenariusz w moim odczuciu pozostawia wiele do życzenia. Największym problemem jaki mam jest zupełny misz masz motywów jakie Grodecki próbuje do tej mimo wszystko stosunkowo krótkiej historii (43 strony) wepchnąć. Tak jak wspomniałem same w sobie przywołanie plag egipskich jako metafory, czy poruszenie kwestii darwinizmu społecznego jakim kieruje się antagonista ma potencjał i mogłoby się świetnie wpasować w mocno przeestytyzowaną opowieść gangsterską jaką ma być ŻABIE KRÓLESTWO.
Dobrze by było jednak te motywy jakoś rozwinąć, coś z nimi zrobić, bo samo ich przywołanie ostatecznie niczego za bardzo do tej fabuły nie wnosi. Inną kwestią jest to, że takich ledwo zarysowanych motywów w tej historii jest całe mnóstwo i co gorsza najczęściej są z kompletnie różnych rejestrów, przez co nie łączą się w ogóle ze sobą, dając poczucie braku spójności. Za przykład niech posłuży postać Henryka, hakera żabiego gangu, który, jak zostaje zasugerowane, odpowiada za wzmożoną aktywność medialną na temat Żaby i jego przestępstw. Co jednak z tego wątku wynika? Niewiele, a sam motyw pasuje jak pięść do nosa do mocno przyziemnej i ulicznej historii jaką ŻABIE KRÓLESTWO chce być. Nie mówię, że w ogóle nie byłoby tu miejsca na takie wątki, ale sposób w jaki zostały one tutaj ograne po prostu według mnie nie działają najlepiej.
Najbardziej jednak boli mnie, że właściwie żaden z tych wątków, czy motywów nie ma satysfakcjonujących pay-offów. Wspomniany już wątek darwinizmu społecznego, którym Żaba kieruje się w swoim życiu i nielegalnych interesach miał masę potencjału, który ostatecznie strasznie się rozwodnił. Jasne, fakt, że Ćma nie pokonuje Żaby siłą, a raczej to Żaba sam przyznaje się do upadku, gdy już dziedzice jego gangsterskiego królestwa padają ofiarą, albo swoich własnych słabości, albo większych drapieżników, w jakiś sposób komentuje takie darwinistyczne podejście, tyle że dla mnie w zupełnie niesatysfakcjonujący i płytki sposób (no bo w końcu logika tak rozumianego darwinizmu zostaje zachowana, wciąż silniejszy wygrywa, a miasto pozostaje dżunglą tak jak widzi je Żaba). Historia ta choć ma jakieś tempo i naprawdę gęstą atmosferę (głównie przez to jak świetnie używa wspomnianego już 16 panel gridu), to ostatecznie wypada więc miałko i bałaganiarsko. Niewiele rzeczy się tu ze sobą klei, a i dość sporo motywów i wątków na dłuższą metę okazuje się zbędnych.
To nie tak, że ŻABIE KRÓLESTWO w ogóle mi się nie podobało, bo tak jak starałem się zaznaczyć wiele jest tu dobrego, szczególnie w warstwie wizualnej. Myślę jednak, że Grodecki powinien był przedyskutować swoje pomysły z kimś kto ma redaktorskie oko i byłby w stanie naprowadzić tą historię na odpowiednie tory, pozostawiając to co najciekawsze i wyrzucić to co nie pasuje, robiąc miejsce na rozwinięcie tych pierwszych. To sprawiłoby, że całość nabrałaby koherencji i to naprawdę świetne budowanie atmosfery nie poszłoby na marne. Czy więc warto sięgnąć po pierwszy pełnoprawny album serii ĆMA? Jeśli jesteście w stanie przymknąć oko na nie do końca udaną fabułę i napawać się rysunkami oraz atmosferą to myślę, że tak. Wciąż jednak ŻABIE KRÓLESTWO kwalifikuje jako zawód, tym bardziej dotkliwy, przez to jak dużo potencjału tkwiło w pomysłach jakie mieli twórcy.
Ćma: Żabie Królestwo. Ćma w pełnoprawnym, dużym albumie? Ooo, to lubię! Tym bardziej że tym razem dostajemy klimacik mafijnych porachunków.
Tyle że „Żabie Królestwo” to nie jest typowa historia mafijna. Dużo bardziej jest to geneza Żaby (mafijnego bossa) oraz anatomia jego kariery i upadku. Oczywiście w jego upadku pomaga mu nasz superbohater.
I tutaj robi się ciekawie, ale też… momentami ciężko. Fabuła jest dość wymagająca w odbiorze, sporo tutaj rozkmin, symboliki i takiego lekko filozoficznego podejścia. Trzeba się w to odpowiednio wgryźć. Ale jeśli już złapiecie ten klimat, to robi się naprawdę mrocznie i klimatycznie.
Ogromną robotę robią też rysunki. Mamy tutaj dwa zupełnie różne style, które pozornie kompletnie do siebie nie pasują. Ale mają swoje uzasadnienie w historii i ostatecznie razem tworzą naprawdę unikalną całość. Dodają temu albumowi jeszcze jeden wymiar. Wygląda to mega klimatycznie.
I chciałbym zobaczyć pełnoprawny, gruby tom Ćmy z tym realistycznym stylem ilustracji. To byłby sztos.
Jest tylko jeden problem. Ten album jest zdecydowanie za krótki. Czyta się go przyjemnie, ale cały czas z tyłu głowy miałem myśl: kurczę trochę mało. Fabuły nie ma tutaj aż tak dużo, bo większość miejsca zajmują rozkminy. Do tego kilka razy historia przeskakuje między scenami w taki sposób, że zwyczajnie się gubiłem i nie do końca wiedziałem, co się właśnie stało.
Ale mimo wszystko jest dobrze. Po zeszytówkach „Nasiono Zła” i „Hotel Rubikon” to dla mnie najlepsza część Ćmy. Mroczna, symboliczna i zdecydowanie inna od poprzednich odsłon.