Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Wraz z dziewiątym zbiorczym tomem “Donżonu” liczba prezentowanych w serii opowieści przekroczyła liczbę pięćdziesięciu. To jeszcze daleko do niegdysiejszych ambitnych planów twórców, ale i tak już teraz można uznać "Donżon” za dzieło monumentalne.
Trochę przekornie wygląda zatem fakt, że ten komiksowy pomnik w niniejszym tomie reprezentują dwie opowieści, których bohaterami są dwa niewielkie i niesforne psiaki, wcześniej czytelnikom nieznane. Dopiero w dwóch kolejnych historiach wkraczamy w znane rejony. Pierwsza z nich (“Kwestia przetrwania”) odpowiada na ciekawe pytania dotyczące historii funkcjonowania Donżonu i przywołuje postać Strażnika, za którym niejeden czytelnik pewnie już zatęsknił. Natomiast w kolejnej (“Motmotmotylkowcy”) i już ostatniej w tym albumie, mamy do czynienia po części z dobrze znanymi bohaterami, po części z nowymi, ale to przede wszystkim ten obszar “Donżonu”, który uznawany jest za najlepszy - czyli seria “Donżon. Monstra”.
Wróćmy jednak do dwóch pierwszych opowieści w albumie. Już od jakiegoś czasu było wiadomo, że zwiększy się zakres chronologiczny świata przedstawionego w serii. W zapowiedziach, potem na grafice informacyjnej znajdującej się w każdym tomie, pojawiła się wzmianka o nowej serii - “Donżon. Antypody”. I w końcu doczekaliśmy się odsłony, która nas na te Antypody zabiera - tyle że najpierw w odległą przeszłość Terry Amaty, do poziomu minus 10000. I pamiętajmy przy tym, że to nie wszystko, bo pojawią się też historie, które z kolei zabiorą na w daleką przyszłość. I przyznam szczerze, że chyba na nie czekam najbardziej.
Na razie jesteśmy jednak w odległej przeszłości, do której zapraszają historie “Armia Czaszki” i “Inkwizytorskie igraszki”. Rozpoczynając lekturę przez dłuższą chwilę możemy sądzić, że oto znaleźliśmy się na terenie generycznego fantasy. A to dlatego, że są orki, są elfy, jest wielka bitwa, jak nic zaraz dostaniemy parodię “Władcy Pierścieni”. Na to jednak twórcy ‘Donżonu” są za sprytni i za mądrzy, i wręcz stają na głowie, by ich groteskowa historia była jedyna w swoim rodzaju. I taka jest im dalej czytamy o przygodach dwóch psów, z których jeden miał za pana orka, drugi elfa. Panowie zginęli i psy na skutek różnych kaprysów losu ruszają ze sobą w drogę i chcąc nie chcąc muszą współpracować. Tak rozpoczyna się ewolucja tych dwóch czworonogów, cudownie podsumowana na ostatnim kadrze drugiej z antypodowych opowieści.
Świat Antypodów jest jednocześnie surrealistyczny i okrutny, zresztą taki charakter ma w ogóle świat przedstawiony “Donżonu”, ale w Antypodach to rodzaj pewnika, elementu stałego - przewrotne życie cały czas naigrywa się z bohaterów, stale rzuca im kłody pod nogi, co ciekawe, zazwyczaj przypadkiem i właśnie ta przypadkowość wydaje się być w tej nowej serii naczelną zasadą. Co jeszcze ciekawsze, obie opowieści w zasadzie nic nie wnoszą do tego, co jest osią “Donżonu” i zawiera się w epokach Świtu, Zenitu i Zmierzchu. Jest tu, o ile się nie mylę zero odniesień, ale może przyjdzie na nie czas? Na razie jest to czas barbarzyństwa, sowizdrzalstwa i braku zasad, opowiedziany w ten swoisty, donżonowy sposób.
Zaraz potem wkraczamy w trzecią opowieść, wprost z epoki Świtu. Stanowi ona istotny, brakujący fragment, bo opowiada o tym momencie historii “Donżonu”, w którym Hiacynt już nie jest Czarną Koszulą i od jakiegoś czasu zaczął pełnić rolę Strażnika. Również sam Donżon nie jest jeszcze tym dumnym i legendarnym zamczyskiem, które znamy z Zenitu, ale już niebawem taki się stanie - ten moment przejścia, w którym groteska płynnie przechodzi w epickość) znajdziemy właśnie w “Kwestii przetrwania”.
Jakże miło jest zobaczyć w tej historii różnych, dobrze znanych bohaterów, przede wszystkim Marvina jeszcze w dziecięcym wieku oraz Grogro, który potrafi skraść każdą scenę. Pojawia się nawet na chwilę Aleksandra, choć wciąż nie poznamy tajemnicy stojącej za jej późniejszą śmiercią. Jednak najciekawszą postacią wydaje się być sympatyczny i opiekuńczy Hipolit, który nagle pokazuje swoją mroczną stronę. W tle mamy walkę o przyszły obraz Donżonu i wiele groteskowych wydarzeń, dziejących się również poza główną lokacją. Nie mogę napisać, że jest to jedna z tych najlepszych opowieści, bo w większym stopniu to kolejny wypełniacz białych plam w wydawałoby się dobrze nam znanej historii. Ważne jest tutaj to, że możemy zobaczyć Hiacynta na rozstajach - jeszcze nie jest w pełni Strażnikiem, jeszcze czuć w nim wpływ Czarnej Koszuli - wciąż musimy czekać na dramatyczne wydarzenia, które zrobią z niego posępnego nadzorcę Donżonu.
Ostatnia opowieść jest trochę jak wisienka na torcie z dziwacznym tytułem - “Motmotmotylkowcy”. Nie chcę zdradzać skąd ten tytuł się wziął, żeby nie odbierać przyjemności z lektury. To w równym stopniu śmieszna, jak straszna i okrutna opowieść - trup się w niej ściele gęsto, a i tak chichotałem pod nosem śledząc przygody pewnej grupki młodzieży ze szkoły magii (szkoły nie w sensie hogwarthowskim, bardziej by pasowało tu określenie - zielona szkoła magii). Wyżej wspomniałem, że mamy w niej znane wcześniej postacie - choćby Pyrzuine, przyszła oblubienicę Marvina, ale prym wiedzie Horus znany z epoki Świtu, który jest tu wyjątkowo mroczną postacią (o dobrym sercu). Są też monstra, w tym demon i smoki, a także prześmieszny motyw związany z tymi ostatnimi, który może nam przypominać uczłowieczanie Tytusa. Znowu - nie jest to poziom tych najlepszych “Mosntrów”, ale warto przeczytać “Motmotmotylkowców”, choćby dla zachowujących się po ludzku smoków. Na tym kończę, czekając na kolejny tom tej niezwykłej serii.