Powrót dwóch najbardziej lubianych postaci z uniwersum Sandmana! Charles Rowland i Edwin Paine są detektywami od dziesięcioleci, a najlepszymi (nieżyjącymi) przyjaciółmi jeszcze dłużej. Jednak ich nowe śledztwo – w sprawie zaginięcia Amerykanki tajskiego pochodzenia z jej domu w Los Angeles stawia ich na kursie kolizyjnym z nowymi i przerażającymi tajskimi duchami, które mogą sprawić, że nawet martwy chłopiec będzie miał koszmary! Dodatkowo chłopcy natykają się na czarownicę Tessalię, uwięzioną przez niebezpieczną magię, będącą zagrożeniem dla jej życia, ale też zniewagą dla jej ego, czego czarownica nie może pozostawić bez odpowiedzi…
Autorami tej obfitującej z zwroty akcji opowieści są uhonorowany Nagrodą Eisnera scenarzysta Pornsake Pichetshote („The Good Asian”, „Infidel”) i nominowany do tej nagrody artysta Jeff Stokely.
Album zawiera zeszyty „The Sandman Universe: Dead Boy Detectives” #1–6.
23.10.2024
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
176
89,99 zł
9788328162945
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

"Sandman Uniwersum" od początku nie ma wielkiego szczęścia. Pierwsze serie spotkały się z chłodnym przyjęciem – nie powinienem się zresztą dziwić, bo sam po skończeniu wszystkich czterech nie rozczarowałem się tylko "Śnieniem" Spurriera – a na drugą młodość, którą zdawał się zwiastować sukces serialu, szybko padł cień zarzutów stawianych Gaimanowi. Na ten moment linia znowu wydaje się martwa, nadal jednak pozostało mi kilka pozycji do nadrobienia, za co może nie zabieram się z wielką ochotą, ale mam zamiar finalnie poznać tę serię w całości.
Mimo, że postacie te zadebiutowały już w oryginalnym "Sandmanie", martwych detektywów kojarzę bardziej z zeszłorocznego serialu niż komiksów, choć tych doczekali się zaskakująco sporo. Produkcja trwała krótko – a szkoda, bo według mnie była dosyć sympatyczna – spowodowała jednak, że z większym zainteresowaniem sięgnąłem po miniserię Pornsaka Pichetshote’a, która sama w sobie nie wydawała mi się szczególnie zachęcająca. Historia mieści się w zaledwie 6 zeszytach, więc lektura długo nie zajęła, okazała się natomiast całkiem satysfakcjonująca. Scenarzysta buduje tu trochę nieoczywisty klimat. Tytułowi bohaterowie są dzieci i z jednej strony ma się wrażenie, że całość jest kierowana właśnie do młodszego odbiorcy, z drugiej nie brakuje tu przekleństw, nagości i krwi (miejscami nawet makabry). W trakcie lektury czułem lekki dysonans, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, żeby końcowy efekt mi się nie spodobał, a wręcz wydaje mi się całkiem intrygujący. Autor zgrabnie pisze postacie, udaje mu się nieźle nakreślić ich charaktery i oddać fakt, że wywodzą się z różnych czasów (to w końcu duchy). Sama fabuła to solidna robota, czuć w tym posmak młodzieżowej przygodówki, ale splecionej z horrorem, z racji pochodzenia twórcy utrzymanym w orientalnym klimacie. Pichetshote ma korzenie w Tajlandii, sięga więc po wierzenia tego kraju, dodając do świata władcy snów kolejną cegiełkę. Życiorys autora ma również odzwierciedlenie w pojawiających się w opowieści wątkach emigracji i rasizmu, także czytelnicy uczuleni na podobnie "modne" tematy mogą się odbić, ja jednak nie uznawałbym, żeby coś tu było na siłę, a wspomniane kwestie pojawiają się raczej naturalnie.
W kontekście rysunków mam nieco ambiwalentne odczucia. Na pierwszy rzut oka nie jest to kreska, która miałaby mi przypaść do gustu, ale podczas lektury absolutnie nic mi się nie gryzło, a warstwa graficzna pasowała do scenariusza. Całość, pochodząca spod ręki Jeffa Stokleya, utrzymana jest w dość kreskówkowej stylistyce z lekko mangowymi naleciałościami, co dobrze koresponduje z uczynieniem głównymi bohaterami dzieci oraz ogólnym azjatyckim klimatem komiksu. Jednocześnie rysownik radzi sobie z tymi bardziej horrorowymi elementami, można też trafić na kilka interesujących projektów postaci – wyjęte z tajlandzkiego folkloru zjawy są całkiem różnorodne, jedna z nich to np. lewitująca kobieca głowa z wystającym kawałkiem kręgosłupa, z którego zwieszają się fragmenty wnętrzności.
Według mnie to udana i dosyć ciekawa pozycja. Ciężko porównywać ją z poprzednimi, dużo dłuższymi seriami, ale przy "Martwych detektywach" bawiłem się lepiej niż przy większości dotychczasowych tytułów z tej linii. Poczułem się też zachęcony do sięgnięcia po następne odsłony tego świata – a to dużo, biorąc pod uwagę, że komiksy z logo "Sandman Uniwersum" to zazwyczaj był dla mnie większy lub mniejszy zawód.
Ocena: 3/6.