Taniec na polu minowym, czyli Azymut i inne grzechy rynku komiksowego w Polsce

Data publikacji

28.02.2026 06:00

Kategorie

Publicystyka

azymut artykul Pixabay / tianya1223

OSDW Azumut – jedna z największych hurtowni książek w Polsce otworzyła postępowanie restrukturyzacyjne. Zadłużenie firmy sięga dziesiątków milionów złotych. Na rynek książki – w tym głównie na wydawców, którzy z Azymutem współpracowali – padł blady strach.

Spłaty zadłużenia stanęły pod znakiem zapytania, a to zagroziło finansowej kondycji wielu mniejszych wydawców. Wielu walczy. Nie tylko o odzyskanie należności, ale też, zwyczajnie, o przetrwanie. O sytuacji Azymutu, o jego problemach i wpływie sytuacji na rynek książki ogółem napisano już wiele. My przyjrzeliśmy się sprawie z perspektywy polskich wydawców komiksów.

Polski rynek komiksowy to w znakomitej większości nisza. Oprócz kilu dużych graczy – jak Egmont ze Światem Komiksu, czy Sonia Draga z Non Stop Comics – mamy wielu wydawców średnich i małych. Owszem, wydających znakomite tytuły i to wcale nie w małej liczbie w skali roku, jednak pozostających w mniejszości, choćby względem dużo potężniej rozbudowanego rynku książki. Polski rynek komiksu jest również uzupełniany przez gros wydawnictw niezależnych, czy wręcz – chciałoby się wspomnieć w duchu lat 90-tych – undergroundowych, co akurat pozwala w ciekawy sposób wzbogacić ofertę, ale i dać się pokazać nowym talentom. Nie zmienia to jednak sedna – polscy wydawcy komiksowi to nisza w światku wydawniczym. I jak każda nisza, często nie są oni traktowani jako równorzędny partner, znaczący gracz w relacji wydawca – dystrybutor. A w świecie, gdzie nawet książkowi wydawcy zmuszani są do ulegania presji wielkich hurtowych dystrybutorów, to jak się w tym układzie ma czuć mniejszy – a tym samym na gorszej pozycji negocjacyjnej – komiksowy wydawca?

I nie rzecz w tym, byśmy załamywali nad ich sytuacją ręce. Bo – co ważne i co chcę podkreślić – oni sami bynajmniej tego nie robią. Co potwierdzają zresztą nasze rozmowy w kontekście sprawy Azymutu, odbyte na potrzeby tego tekstu. Wręcz przeciwnie, budujący – choć przyznam, zaskakujący – był głos polskich wydawców komiksowych, którzy mówią otwarcie o problemach, ale i (może przede wszystkim) o radzeniu sobie z nimi, o zachowawczych działaniach i wydawniczej ostrożności, która – finalnie – pozwoliła im wyjść z grubsza obronną ręką z rynkowych zawirowań, a czasem wręcz zawczasu się do podobnych potencjalnych zdarzeń przygotować.

Co oczywiście jednocześnie nie oznacza, że nikt nie stracił, nie ucierpiał, i że wszystko jest, jak to się mówi „cacy”. Bo z całą pewnością nie jest. A przykład Azymutu to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale o tym, w dalszej części.

Nie upadłość, a restrukturyzacja. Czyli właściwie co?

W powszechnym mniemaniu – i w myśl rozlicznych, często clickbaitowych nagłówków prasowych – Azymut ogłosił upadłość, zwijając cały biznes i zostawiając na przysłowiowym lodzie (czyt. z długami) swoich kontrahentów: wydawców i księgarzy. Prawda jest jednak trochę inna. Formalnie rzecz biorąc, Azymut nie upadł. Rozpoczął działania restrukturyzacyjne. Czyli właściwie co? Dla laików, którzy przecież znać się na wszystkim nie muszą, przytaczam definicję restrukturyzacji, zaczerpniętą z oficjalnej strony Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości:

Restrukturyzacją można nazwać całościowy proces przekształcania przedsiębiorstwa, włączając w powyższe jego strukturę organizacyjną, finansową i/lub operacyjną. Restrukturyzacja ma przede wszystkim na celu uniknięcie ogłoszenia przez firmę upadłości (i zakończenie jej bytu prawego) poprzez umożliwienie zawarcia układu z wierzycielami. Restrukturyzacją możemy nazwać także działania naprawcze w sferze zarządzania przedsiębiorstwem, w jego sferze kapitałowej oraz w odniesieniu do zwiększenia aktywów, co powinno doprowadzić do przywrócenia firmie płynności finansowej oraz do odzyskania przez nią zdolności do prawidłowego, dalszego funkcjonowania na rynku.

Oznacza więc działanie Azymutu nic innego, jak próbę właśnie uniknięcia upadłości. Kluczem jednak do zrozumienia sedna całej sprawy w tej sytuacji jest zrozumienie również struktury własnościowej podmiotu oraz problemu, przed jakim staje większość – zwłaszcza pomniejszych – wierzycieli w przypadku postępowania restrukturyzacyjnego. Bowiem głównym wierzycielem OSDW Azymut jest nie kto inny, jak jego spółka–matka, czyli Grupa PWN, podległa zresztą sama strukturalnie właścicielowi ostatecznemu, czyli funduszowi inwestycyjnemu Bridgepoint. Dla naszych rozważań to podległość względem Grupy PWN właśnie ma kluczowe znaczenie. Bo to wierzyciele większościowi mają decydujący głos w kwestii ewentualnego układu, a więc tym samym w kwestii umorzenia częściowego lub całościowego istniejących długów, szacowanych aktualnie na kwotę pomiędzy 65 – 100 milionów złotych.

Czy będzie więc tradycyjnie, kiedy „duzi” porozumiewają się nad głowami mniejszych nt. tego, czy dłużnik (Azymut) będzie zobowiązany do jakichkolwiek regulacji zobowiązań, a jeśli tak, to w jakim stopniu, w jakim zakresie i do jakiej wysokości procentowej zadłużenia będzie musiał spłacać należności wobec wierzycieli? Fakty na chwilę obecną są takie, iż Azymut złożył propozycję częściowego zaspokojenia wierzycieli, zakładając jednocześnie, że największy z nich, czyli Wydawnictwo Naukowe PWN (ponad połowa wszystkich zobowiązań) wg deklaracji „będzie zaspokajany w stopniu znacznie niższym niż pozostali wierzyciele”. Wszystkie szczegóły dot. propozycji układowej i aktualne informacje mają być umieszczane w aktach postępowania restrukturyzacyjnego w Krajowym Rejestrze Zadłużonych. Więc na ten moment przesądzać o niczym formalnie nie można. Ale co w sytuacji, kiedy w ramach postępowania restrukturyzacyjnego, podjęte zostaną przez wierzycieli większościowych decyzje o częściowym lub całościowym umorzeniu długów? W jakiej sytuacji znajdą się pomniejsi – względem wartości należności – wierzyciele, dla których przecież kwoty długu, może i w skali całościowego zadłużenia niewielkie, mogą realnie zagrozić ich stabilności finansowej i dalszej działalności?

Nie powinno więc dziwić, że branża wydawnicza drży w obawie, czy uda się im odzyskać cokolwiek. A jeśli nawet – to kiedy.

Zwłaszcza, że równie palącą kwestią, co problemy z zaległościami płatniczymi, jest odzyskanie towaru, będącego na chwilę obecną w posiadaniu Azymutu. Z pozyskanych przez nas informacji, wydawcy mają problem z uzyskaniem zwrotów towaru, co pozwoliłoby na skompensowanie choćby częściowego zadłużenia.

„Problemy z płatnościami rozpoczęły się bezpośrednio po ataku hakerskim w lipcu 2025, a od końca listopada zeszłego roku ustały zupełnie. Nadal nie otrzymaliśmy zwrotu towaru”.* powiedział w rozmowie z nami Paweł Timofiejuk z Timof Comics. Podkreśla on jednocześnie, że nie jest to sytuacja zagrażająca w jakiś sposób stabilności wydawnictwa. Zwraca jednak uwagę na inny problem: jeszcze większej monopolizacji rynku, po usunięciu z tego równania Azymutu.

Monopol rynkowy. Zniknięcie Azymutu. I co dalej?

W Polsce dystrybucja jest mocno zmonopolizowana przez kilka kluczowych podmiotów, które regulują cały charakter polskiego rynku książki. Są to Dressler–Dublin (Olesiejuk), Platon (Grupa Empik), Ateneum i (jak dotąd, przynajmniej formalnie) Azymut (Grupa PWN). Usunięcie z tego równania jednego z czterech kluczowych graczy znacząco wpłynie na kształt rynkowych układów i zależności. W jaki sposób ostatecznie, trudno na tę chwilę przewidzieć. Rynek – co oczywiste, będzie się adaptował do zmiennej sytuacji, kiedy wyklaruje się ostatecznie sprawa z Azymutem. Ale nie zmienia to faktu, że aktualne, rynkowe zawirowania wprowadziły dużą niepewność co do kierunku zmian i doprowadziły jednocześnie do potencjalnego umocnienia pozycji pozostałej trójki, zwłaszcza w obszarze negocjacji warunków z podmiotami współpracującymi, jak wydawcy czy księgarze. Udało się nam dowiedzieć, że dotychczasowe rozmowy i negocjacje z innymi z „wielkiej czwórki” – które toczyły się w kuluarach już od jakiegoś czasu, w związku z dostrzeganymi przez większość graczy problemami Azymutu (to, że o czymś nie mówiło się otwarcie, nie znaczy, że nic się nie działo, a uczestnicy rynku nie starali się odpowiednio, w miarę możliwości, zawczasu reagować) na chwilę obecną zamarły. Utknęły w próżni, bo dystrybutorzy chcą odczekać, aż do momentu rzeczywistej desperacji wydawców, pozbawionych płynności dystrybucyjnej, by móc im narzucić jeszcze mniej korzystne dla nich warunki. Jakie obecnie i tak do zadowalających (by ująć to delikatnie) nie należą.

Dotychczas współpraca z dwoma z czterech czołowych podmiotów dystrybucyjnych z uzupełnieniem jednego mniejszego, pozwalała na pokrycie 90% rynku. Jak zostanie ten „tort” podzielony obecnie, kiedy jeden z rozdających karty, pasuje i oddaje pola? Jak bardzo umocni to pozycję negocjacyjną pozostałych, dominujących podmiotów? O ile bardziej zabetonuje się rynek, spychając na jeszcze większy margines małych wydawców i księgarnie? Kto wytrzyma to przepychanie się, to wymuszanie coraz większych rabatów hurtowych i coraz mniej opłacalne warunki handlowe? I jak bardzo ucierpi na tym kulturalna oferta w Polsce, opierająca się przecież na powszechnej dostępności, która znów, jeszcze bardziej zostanie zachwiana?

Bycie w Polsce wydawcą komiksu = taniec na polu minowym

Polskich wydawców komiksowych w znacznej mierze łączy jedno: wzmożona ostrożność. Ten argument pojawia się chyba w przypadku każdego z naszych rozmówców. Kogo byśmy nie podpytywali o relacje z Azymutem i sytuację w obliczu jego restrukturyzacji, najczęściej padającymi stwierdzeniami były te o ograniczonym zaufaniu, o współpracy bardzo ostrożnej, o zabezpieczaniu się na potencjalną okoliczność, jak obecna, która tak zupełnie nowa nie jest (Wydawnictwo Waneko w naszej rozmowie wspomina sytuację z upadkiem sieci księgarni Matras, na której stracili dużo, ale co uczuliło ich na przyszłość i obecnie uchroniło przed większymi stratami w przypadku Azymutu).

Kultura Gniewu z kolei współpracowała bardzo ostrożnie, a w połowie zeszłego roku, wobec sygnałów o problemach z dystrybutorem, całkowicie zakończyła współpracę, więc strat udało się uniknąć.

Wspomniane już Waneko mówi otwarcie, że nie odpowiadała im umowa zaproponowana przez Azymut, więc po naradach zrezygnowali z podjęcia współpracy. Stawiają na współpracę z Yatta.pl, sklepami komiksowymi i małymi księgarniami. Owszem, współpracują też z Empikiem, ale na nieco innych zasadach.

Hanami przyznaje, że bezskutecznie oczekują na płatności za faktury z września zeszłego roku. Od października w zasadzie ograniczyli współpracę do minimum. Stratę ponieśli, bo oprócz braku płatności, wystąpiły również koszty (VAT i podatek dochodowy od wystawionych FV – o których wiele osób nie działających w handlu jako takim, nie ma często pojęcia) oraz koszty licencji od formalnie „sprzedanych” egzemplarzy. Ale zauważają, że w skali całej działalności to jednak margines i firma z takim rynkowym stażem, jak oni, jeśli jest właściwie zarządzana, nie będzie mieć w obliczu takich perturbacji problemu na dłuższą metę. Co do dalszych działań, to przede wszystkim rozwijają biznes wielotorowo, od współpracy dystrybucyjnej z Platonem (powrót do sieci Empik), oraz Ateneum, ale też prowadzą rozmowy z innymi podmiotami. O kwotach nie mówią, ze względu na poufność względem partnera biznesowego, choćby upadającego. Szanujemy to.

KBOOM stwierdza wprost, że nie są w stanie oszacować realnego zadłużenia, ponieważ Azymut konsekwentnie odmawia przesłania kluczowych do tego celu danych, a więc nie mają możliwości stwierdzić, jaka ilość towaru zalega w magazynach restrukturyzowanego podmiotu. Współpracują z Azymutem jako hurtownią, pośrednio, od początku wydawnictwa, tj. od około siedmiu lat. I ten podmiot był dla nich zawsze taką hurtownią stałą, kluczowym graczem, z sinusoidalną być może sprzedażą, ale konsekwentnie i terminowo rozliczaną, co generowało regularny przychód, istotny dla każdego wydawcy. Wydawnictwo zwraca również uwagę na to, o czym wspominali inni – jak zniknięcie Azymutu wpłynie na rynek, na ile umocni pozycję „siłową” innych podmiotów dystrybucyjnych na rynku. I w tych rozważaniach dosyć zgodnie wieszczą niestety wzmocnienie dominacji hurtowni i dystrybutorów względem wydawców, a tym samym poszerzeniem już obecnych na rynku patologii, które znane są powszechnie z dysput o polskim rynku książki. Rynek komiksowy bowiem – choć proporcjonalnie mniejszy – zmaga się z identycznymi problemami, będąc jednym z elementów tego samego równania. Oczywiście KBOOM, tak jak inni, na laurach nie spoczęło i szuka alternatyw w zaistniałej sytuacji. A najbliższe miesiące pokażą, jakie to przyniosło efekty.

Powyższy obraz pokazuje, przynajmniej w zarysie, na jak specyficznym rynku przychodzi działać wydawcom komiksów, ale też, jak zwyczajowo nauczyli się oni być ostrożni. Działalność wydawnicza w Polsce przypomina z grubsza – by użyć obrazowego określenia – taniec na polu minowym. I to nawet nie przez zwyczajowe i oczywiste ryzyko biznesowe, które musi być wkalkulowane w każdego rodzaju działalność gospodarczą i handlową. Bardziej przez z góry straconą pozycję w relacjach biznesowych na linii wydawca – dystrybutor – księgarz. Środkowe ogniwo, często wymusza na pierwszym i trzecim podmiocie równania bardzo niekorzystne, oparte na quasi – monopolu warunki współpracy, bez której również ogranicza się do minimum możliwość dotarcia do odbiorcy końcowego, bo zaciera się w znakomitej większości widoczność rynkowa dla oferowanych tytułów. Dochodzi do paradoksów, kiedy dystrybutorzy kuszą współpracą na wyłączność, która – w pobieżnej ocenie – wydaje się znakomita, pewna i wygodna… dopóki nie pojawią się problemy. Uzależnienie od jednego dystrybutora to wręcz w polskich realiach potencjalne, odroczone w czasie „samobójstwo”. A dystrybutorzy kuszą, namawiają. Tak zresztą, jak kusił Azymut jeszcze w końcówce minionego roku, bardzo atrakcyjną ofertą wyłączności, wraz z opcją prowadzenia sklepu online i magazynu w pakiecie. Czy ktoś się skusił – trudno powiedzieć. Mamy jednak potwierdzenie choćby od Wydawnictwa Mandioca, że takie propozycje się pojawiały.

Czy Azymut to główny problem?

Azymut i sytuacja, jaka wynikła z jego kłopotów jest wyłącznie symptomem. Wskazuje na patologiczne układy rynkowe, na nadmierną, monopolistyczną praktykę kluczowych dystrybutorów, zaburzających zdrowe relacje biznesowe i spychające wydawców i księgarzy na pozycje z góry przegrane. A w razie jakichkolwiek rynkowych perturbacji, cały system – włącznie z państwowymi regulacjami rynku (a raczej ich brakiem) pozostawiające ich samych sobie, ze stratami, kosztami i problemami z tego wynikłymi.

I tu – oczywiście – można by rozwinąć podniosłą tyradę, o tym, że książki i komiksy są formą szeroko rozumianej sztuki (bo są), a rynek wydawniczy, tak komiksowy, jak i szerzej, książkowy, winien mieć wsparcie, bo to wsparcie nie tyle dla biznesu, co dla rozwoju kultury (bo to prawda).

Ale to – pomimo prawdziwości – teksty powtarzane od lat. Frazy, z których nie wynika nic.

Więc tym razem napiszę tylko: dajmy wydawcom i księgarzom warunki uczciwe. Wyrównajmy ich szanse negocjacyjne z dystrybutorami. Odbierzmy wąskiemu gronu monopol i wynikające z tego możliwości wywierania nieuczciwej presji.

Niech działalność wydawnicza przestanie być wspomnianym „tańcem na polu minowym”, a stanie się grą partnerską, o jednakowych dla wszystkich możliwościach negocjacyjnych.

Z całą resztą rynkowych wyzwań i wydawcy i księgarze sobie poradzą, skoro od tylu lat radzą sobie w obecnych realiach. Czego im i wszystkim czytelnikom (w tym sobie) serdecznie życzę.

 

*Wydawca poinformował nas, że wg stanu na dzień 25 lutego, zwrot został przygotowany.

Za pomoc w tworzeniu artykułu dziękuję wydawnictwom: Timof Comics, Waneko, Hanami, Kurc, Kultura Gniewu, KBoom, Mandioca, Lost in Time, Scream Comics.