„Czarnoksiężnik z Archipelagu” to pierwsza z sześciu części cyklu „Ziemiomorze” – jednego z najbardziej cenionych dzieł w historii literatury fantasy. To filozoficzna opowieść o dojrzewaniu, odpowiedzialności i pogodzeniu się z własną tożsamością, a zarazem wciągająca historia rozgrywająca się w starannie wykreowanym przez autorkę świecie magii.
Ursula K. Le Guin, uznawana za jedną z najwybitniejszych autorek fantasy, stworzyła dzieło, które porusza czytelników na wielu poziomach – emocjonalnym, intelektualnym i duchowym. Graficzna adaptacja Freda Fordhama ukazuje klasyczną historię w zupełnie nowym świetle, zachowując jej głębię i wyjątkowy klimat.
Ursula K. Le Guin (1929–2018) – amerykańska autorka, której książki stały się nie tylko klasyką fantastyki, ale i kanonem literatury pięknej. Pisała dla dorosłych, młodzieży i dzieci. Była autorką scenariuszy filmowych i esejów oraz tekstów piosenek. Została uhonorowana wszelkimi możliwymi nagrodami przyznawanymi twórcom science fiction i fantasy, z Nebulą, Hugo i World Fantasy Award na czele.
Fred Fordham (ur. 1985) – ilustrator i autor graficznych adaptacji literackich –„Wielkiego Gatsby’ego” Francisa Scotta Fitzgeralda, „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya i „Zabić drozda” Harper Lee.
13.11.2025
I
Kolor
Twarda
168x241 mm
288
149,99 zł
9788383913186

„Czarnoksiężnika z Archipelagu” Ursuli K. LeGuin czytałem po raz pierwszy chyba ze dwadzieścia lat temu, będąc jeszcze nastolatkiem. Wróciłem do tej powieści (jak i całego cyklu) wiele lat później, uzupełniając serię książek z Wydawnictwa Prószyński i S-ka z serii „Nowa Fantastyka”. Otwieram recenzję tą osobistą dygresją z prostego powodu: aby zaakcentować już na starcie mój wielki sentyment do materiału źródłowego, na jakim opierał się Fred Fordham w pracach nad komiksową adaptacją.
Opowieść o Gedzie, zwanym też Krogulcem to bardzo klasyczna – w samym trzonie – opowieść inicjacyjna, w której młodociany bohater wpierw przypadkiem odkrywa swój magiczny talent, a później, wraz z rozwojem fabuły, trudzi się nad jej rozwinięciem. Oczywiście ta praca nad magicznym warsztatem nie jest wolna od trosk i bolączek typowych dla okresu wkraczania w dorosłość. Ged dojrzewa, a jak każdy w tym dziwnym okresie życia, jest na równi przeświadczony o własnej wszechmocy i potędze, jak jej (prawie) zupełnie pozbawiony. A wtedy już tylko krok od błędów. Oczywiście nasz bohater popełnia je, bo są wpisane w cykl dojrzewania, niczym oddychanie w cykl życia. Ważniejsze od tego, czy uda się ich uniknąć jest to, jaką z nich wyciągniemy lekcję. Bo błędy nas kształtują, niejednokrotnie uszlachetniając, przygotowując na wyzwania i znoje dorosłości, czasem bezwiednie pomagają uniknąć większych porażek, a częściej staja się mniej lub bardziej dotkliwą nauczką. A czasem – jak i w przypadku Geda – staną się elementem determinującym cały nasz los i to, kim się staniemy.
Sztuką Le Guin było opisywanie świata magicznego w sposób równocześnie na wskroś magiczny, a zarazem boleśnie realistyczny. Bo pomimo fantastycznego sztafażu i poetyckiej otoczki baśniowej wręcz fantasy, kryje się gorzka prawda o nas samych, przez co bez trudu możemy identyfikować się z bohaterami. W taki, czy inny sposób stanowią oni nasze odbicie, niczym w zwierciadle, odbijającym nasze lęki czy nadzieje.
Dlatego na myśl o komiksowej adaptacji, odruchem uznałem, że to się udać nie mogło. Zbyt wiele piękna kryje się nie tyle w samej opowieści, co w języku autorki, w sposobie opowiadania. A nie da się tego całkowicie i zupełnie przełożyć na język obrazu. Przynajmniej nie dosłownie. Ile więc musiał „Czarnoksiężnik z Archipelagu” stracić, by stać się historią komiksową?
Fascynuje mnie od dawna obszar adaptacji powieści na komiks, sam pracuję nad przekształceniem niektórych własnych tekstów na komiksowy scenariusz, rozumiem więc z grubsza, z jakim tytanicznym wyzwaniem zmierzył się Fordham. Zmiana tempa, przedstawienie niuansów mechaniki świata przedstawionego głównie za sprawą kadrów obrazkowych, z ograniczeniem słów – to w przypadku Le Guin wręcz zbrodnicze ograbianie czytelnika!
A jednak, o dziwo, udało się. Nie jest to rzecz jasna twór równy powieściowemu oryginałowi, ale nawet nie stara się do tego pretendować. Jest raczej prezentacją, zaproszeniem do świata Ziemiomorza. Nadal w kluczowym obszarze linii fabularnej pozostaje jednak samodzielną opowieścią.
Udało się Fordhamowi streścić historię Geda, nie pozbawiając jej ukrytej między zdaniami magii. A wręcz wydobył ją, wizualizując Ziemiomorze w sposób wspaniały. Uwidacznia się to przede wszystkim w kadrach przedstawiających plenery. Czy to skaliste wybrzeża, czy bezkresne łąki, czy bezmiar morza, to natura ukazuje się tu w pełniej krasie i w całym uroku. Kadry z postaciami ludzkimi są subtelne, delikatniejsze, mniej szczegółowe. Niby rozmyte, albo ukryte we mgle, sugerują, że nie do końca możemy ufać w to, na co patrzymy. Co jest bowiem prawdą, a co iluzją? W jakim stopniu świat przedstawiony jest prawdziwy, a jak dalece jest to czarnoksięska iluzja? – zdaje się mówić do nas Fordham. I tym samym nieustannie sugeruje, że opowieść o Gedzie kryje więcej, jest o niebo przepastniejsza, niż to, co udało mu się ukazać. To quasi – zaproszenie do sięgnięcia po powieść, ledwie jej zarys, szkic. Uczyniony świadomie i z rozmysłem, ale jednak.
Jako nastoletni miłośnik fantastyki, marzyłem, by trafić do Ziemiomorza. Za sprawą pracy Fordhama, pośrednio udało mi się to marzenie zrealizować. Czy jego wizja jest identyczna z moją? Niekoniecznie. Ale jakie to ma znaczenie, kiedy ta jego wersja zdołała mnie zupełnie pochłonąć i marzę, by wrócić do niej ponownie?
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.