Kolejny tom opowiadający o Johnie Constantine – Hellblazerze, pierwszy z trzech autorstwa Mike`a Careya. Dla opinii publicznej John zginął w czasie zamieszek w więzieniu niemal dwa lata temu. Nie można powiedzieć, że znające go osoby są tym faktem zmartwione. Jego życie nie było usłane różami i można by sądzić, że tam, gdzie jest teraz, jest mu lepiej niż w doczesnym życiu. Ale czy jego rodzina myśli tak samo? John postanawia pojechać do Liverpoolu, aby odwiedzić swoją siostrę Cheryl i jej rodzinę. Odkrywa, że dom, w którym mieszkają jest nawiedzony i dowiaduje się o zniknięciu swojej siostrzenicy Gemmy. To wystarcza, by przywrócić Johna do życia ze wszystkimi tego konsekwencjami.
Mike Carey kontynuuje ukazywanie Hellblazera jako maga o wielu twarzach. Podobnie jak Brian Azzarello, jego poprzednik w pisaniu scenariuszy tej serii, Mike Carey nie zapomina o brytyjskich korzeniach postaci i otwiera czytelnikom drzwi do tej sfery życia Johna Constantine`a, która wciąż nie jest im znana: jego rodziny. HELLBLAZER to najdłużej ukazująca się seria imprintu Vertigo (1988–2013). Na przestrzeni lat scenariusze przygód Johna Constantine’a pisało wielu znanych autorów, m.in. Garth Ennis, Paul Jenkins, Warren Ellis, Brian Azzarello, Neil Gaiman czy Grant Morrison. W niniejszej edycji przedstawiamy postać Hellblazera w interpretacji Briana Azzarello (2 tomy), Gartha Ennisa (3 tomy), Warrena Ellisa (1 tom), Jamiego Delano (3 tomy) oraz Mike`a Careya (3 tomy).
04.2022
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
352
139,99 zł
9788328156388
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Po "Hellblazera" w wersji Careya sięgnąłem po raz pierwszy niedługo po jego polskiej premierze, a więc już blisko dwa lata temu. Wtedy z miejsca odbiłem się od tego komiksu i jak dotąd nie próbowałem do niego wracać, a zamiast tego skupiłem się na nadrobieniu poprzednich tomów, które spodobały mi się dużo bardziej. Co prawda mogłem zabrać się teraz za chronologicznie wcześniejszego Jenkinsa, ale jako że ciągle stoi u mnie komplet Careya, stwierdziłem, że pora dać mu drugą szansę.
Do ponownej lektury podchodziłem z pewnymi obawami, natomiast tym razem odebrałem całość zgoła inaczej. Owszem, nadal jest to inny "Hellblazer" niż Ennis czy Delano, bo i daty ich publikacji dzieli trochę czasu, ale przestałem odbierać to jako wadę. Carey pisze przygody Constantine’a na współczesną modłę, narracja jest nowocześniejsza, pozbawiona nadmiernej ilości tekstu, a akcja bardziej dynamiczna. Komiks jest widowiskowy w nieco blockbusterowy sposób, jednak już od pierwszych zeszytów wciągnąłem się jak cholera i lektura minęła mi zaskakująco szybko. Autor ma fajne pióro, styl jest lekki, ale nie prostacki, dialogi celne, a postacie satysfakcjonująco prowadzone – pojawia się też sympatyczna bohaterka drugoplanowa, której udział dodaje przyjemnej dynamiki za pośrednictwem jej relacji z Johnem.
Fabularnie widać, że to dopiero wstęp do większej układanki. W zasadzie przez cały tom rozwija się jedna dłuższa opowieść, której poszczególne wątki są dopiero odkrywane przed czytelnikiem. Scenarzysta rzuca szukającego rozwiązania zagadki Constantine’a w różnorodne scenerie, co krok stawiając przed nim nowe zagrożenia. Całość jest też konkretnie osadzona w historii serii. Carey odwołuje się do wydarzeń z runów Delano i Ennisa, korzysta z postaci stworzonych przez Ellisa czy też z trochę szerszego otoczenia Johna. Mimo to komiks wydaje mi się napisany na tyle niezależnie, żeby nadawać się i na początek przygody z "Hellblazerem". W pewnym sensie to także swego rodzaju powrót do korzeni, bo akcja ma miejsce bezpośrednio po stażu Azzarello, który przeniósł bohatera do Ameryki, a tu na wstępie wracamy do Anglii.
Oprawa graficzna jest bardzo udana. Większość zeszytów w tym tomie wyszła spod ręki Marcelo Frusina, ale znajdziemy tu też Steve’a Dillona, Jocka, Lee Bermejo i Douga Alexandra Gregory’ego. Frusin ma już spore doświadczenie z tym tytułem, a jego prace nareszcie w pełni zaczęły mi się podobać (dodatkowo w tym tomie mocno kojarzył mi się z Eduardem Risso), bo długo nie mogłem się przekonać do jego kreski, gdy czytałem numery, które ilustrował u Azzarella. Pozostali autorzy pojawiają się raczej gościnnie, jednak każdy wywiązał się ze swojej roboty przynajmniej solidnie. Najmniej przypadły mi do gustu rysunki Gregory’ego, który zdecydowanie zbyt mocno zalatuje Mignolą, a najlepiej poza Frusinem sprawdzili się Bermejo i Dillon – kolejny weteran tej serii.
Sam nie wiem, dlaczego za pierwszym razem tak kiepsko odebrałem ten komiks, bo przy tym podejściu bawiłem się wyśmienicie. Od razu wsiąknąłem w fabułę i już czekam, aby wkrótce kontynuować tę podróż. Liczę na to, że rozwój wypadków będzie przynajmniej tak samo angażujący, a dalsza historia utrzyma bardzo fajny poziom początku. Czasem widać warto dać drugą szansę.
Ocena 4/6.