Pierwszy tom kolejnej z opowieści rozgrywającej się w stworzonym przez słynnego Neila Gaimana uniwersum Sandmana. Tym razem głównym bohaterem jest największy komiksowy mag Anglii – John Constantine!
Podobno John nie żyje… Owszem, przez jakiś czas był poza naszym wymiarem życia, ale jakaś siła wyrwała go z chaosu apokaliptycznych wersji przyszłości, aby powrócił na ulice Londynu, gdzie przerażające istoty rozdzierają na strzępy miejscowych gangsterów. Ich szef chce zatrudnić Constantine’a, aby zlikwidował mroczne zagrożenie. Szybko okazuje się, że zwyczajne egzorcyzmy nie wystarczają. Co więcej, sprawa ginących bandytów jest tylko zapowiedzią nadciągającego wielkiego niebezpieczeństwa…
Serię „John Constantine: Hellblazer” tworzy wielu autorów, między innymi scenarzysta Simon Spurrier („Lobster Random”, „The Simping Detective”) i rysownik Aaron Campbell („The Shadow”, „Green Hornet”).
Tom zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „The Sandman Universe Presents: Hellblazer” #1, „Books of Magic” #14, „John Constantine: Hellblazer” #1–6.
Album dla dorosłych.
12.2021
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
216
79,99 zł
9788328160682
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

"Sandman Uniwerum" tak sobie falami powraca i dogorywa, ale od początku nie zdobyło dużego zainteresowania, a wchodzące w jego skład tytuły nie cieszę się wielką estymą – nic zresztą dziwnego, bo poziom zazwyczaj prezentują średni. Trochę inaczej jest w przypadku 12-zeszytowej serii "John Constantine, Hellblazer" napisanej przez Simona Spurriera, która jest dosyć ceniona i chyba jako jedyna wywołała wśród odbiorców jakiekolwiek emocje. Z racji, że już jakiś czas temu skończyłem czytać run Careya w oryginalnym "Hellblazerze", stwierdziłem, że pora zabrać się za kolejną interpretację, zanim jednak cofnę się do epoki Paula Jenkinsa, nadrobię wspołcześniejszą odsłonę Spurriera.
Występujący tu John to nie ten sam bohater, którego znamy z klasycznej serii Vertigo, a jego alternatywna wersja, choć jej korzenie tej klasyki sięgają – przed lekturą Spurriera warto zapoznać się z pierwszymi "Księgami Magii" Gaimana, bo ten Hellblazer bardzo ładnie do nich nawiązuje, co ma miejsce w rozpoczynającym tom one-shocie "The Sandman Universe Presents: Hellblazer". To tutaj rusza cała intryga, a jej kontynuacja rozgrywać się będzie w regularnych zeszytach, zaś na rozwiązanie trzeba będzie jeszcze poczekać. Poza tym dostajemy jeden z numerów "Ksiąg Magii" Kat Howard, w którym pojawia się Constantine, a także 6 odcinków, czyli dokładnie połowę serii głównej.
Optymistyczne przyjęcie tej odsłony Hellblazera spowodowało, że oczekiwania miałem raczej wysokie, jednak sam komiks nie do końca je spełnił, bo poziom trochę się waha i póki co nie podzieliłem zachwytu nad scenarzystą. Natomiast otwierający one-shot jest naprawdę dobry. Jak wspomniałem fajnie odnosi się do wydarzeń z Gaimana, w udany sposób wprowadza też tę wersję Johna do linii fabularnej z "Sandman Universe". Ale przede wszystkim stanowi interesującą opowieść – z właśnie takim Constantinem, jakiego lubię, na pozór cynicznym, a jednocześnie mierzącym się z własnym poczuciem winy i byciem nieustannie stawianym w obliczu niełatwych moralnie wyborów. Historia nastroiła mnie mocno pozytywnie i z ochotą zabrałem się za ciąg dalszy, aczkolwiek zeszyty regularnej serii uważam już za nierówne.
Początek jest fajny – zaczynamy mroczną, osadzoną w brutalnej miejskiej rzeczywistości fabułą, gdzie czarna magia miesza się z wojnami gangów. Ma to dosyć oryginalny klimat i zachęca do śledzenia kolejnych rozdziałów. Momentami rozwój wypadków przestawał mnie kupować, niemniej to nadal porządne otwarcie. Niestety historia zaprezentowana w dwóch następnych numerach mocno mnie zirytowała. Jest utrzymana w nieco parodystycznym tonie, jednak za dużo tu było tej zgrywy, poza tym był to humor na zasadzie, że Constantine’a ścigają żywiołaki zrobione z gówna czy opowiedziana w dialogach historia o Piczogremlinie, który jednemu z bohaterów odgryzł niegdyś jądro… No męcząca to była lektura, w dodatku czuć było w niej jakieś dziwne homoerotyczne napięcie. Na szczęście ostatni zeszyt w zbiorze wraca do cięższego klimatu i tonalnie jest zbliżony do pierwszych trzech. Sam w sobie też jest naprawdę solidnym odcinkiem, choć tematycznie odtwórczym w stosunku do wcześniejszych, co nie najlepiej rokuje, biorąc pod uwagę, że powtarzalnie robi się już na starcie. W ogóle po skończonej lekturze mam wrażenie, że w "Hellblazera" Spurriera motywem przewodnim i źródłem wszelkiego zła, z jakim mierzą się postacie, jest rasizm. Średnio przekonuje mnie również dziewczyna stojąca na bramce w londyńskim klubie, która każdemu bandziorowi potrafi spuścić łomot.
Za stronę graficzną odpowiadają trzy nazwiska, z czego najbardziej kojarzony z serią jest Aaron Campbell. W tym tomie spod jego ręki wyszły ilustracje do czterech numerów i muszę przyznać, że prezentują się całkiem atrakcyjnie – jego kreska umiejętnie uchwyca przemoc czy nadnaturalne zjawiska, jest mroczna i mocno horrorowa. Nie mniej przyciągające uwagę są bogate kadry tworzone przez Marcio Takarę, odpowiedzialnego za rysunki z one-shota. Natomiast słabiej podszedł mi styl Matíasa Bergary (być może także dlatego, że zilustrował najmniej ciekawą część opowieści), który wydał mi się zbyt karykaturalny i kreskówkowy.
Kompletności dodaje wspomniany odcinek "Ksiąg Magii" Kat Howard z gościnnym udziałem Johna. Jak na ten tytuł jest to solidny zeszyt, tak pod kątem scenariusza, co rysunków – można go znaleźć również w trzecim tomie zbiorczego wydania tamtej serii, choć jest to rzecz bardzo słaba, więc nieszczególnie warta inwestycji.
Całość zostawiła mnie z mieszanymi odczuciami – równocześnie widać tu sporo potencjału i zalążki interesujących motywów, a szata graficzna przykuwa wzrok, ale tematycznie jest nudno, a za dużo fragmentów było dla mnie nieprzekonujących lub wprowadzonych na siłę. Jak na razie dostrzegam tu więcej wspólnego z poziomem, wokół którego zwyczajowo oscylują składowe "Sandman Uniwersum", niż z klasycznymi komiksami o Constantinie. Sięgnę oczywiście po tom drugi (wielkimi krokami zbliża się też kolejna seria Spurriera poświęcona temu bohaterowi) i mam nadzieję, że jeszcze zmienię zdanie, bo 6 zeszytów to jednak mało reprezentatywna próba – aczkolwiek fakt, że to już połowa niezbyt przychylnie mnie nastraja.