Brutalna psychologiczna opowieść o bohaterze, który działa po swojemu – bez kompromisów i fałszywego uśmiechu, za to z surową sprawiedliwością.
Marc Spector wypowiedział wampirom wojnę w samym sercu Nowego Jorku. Teraz musi toczyć ją na dwóch frontach: na ulicach miasta i… w zakamarkach własnego, na wpół obłąkanego umysłu. Na domiar złego ktoś właśnie rozpoczął krwawe polowanie na ludzi powiązanych z Moon Knightem. Czy Marc zdoła dopaść mordercę, zanim straci wszystkich, którzy mieli odwagę stanąć u jego boku? Jaką rolę odegra w tej intrydze najsłynniejszy z wilkołaków? Kogo Tigra tropi w miejskiej dżungli? I co się stanie, kiedy Misja Midnight przyjmie niezapowiedzianego gościa w potrzebie – Venoma?
Scenariusz tego albumu napisał Jed MacKay, autor doskonale przyjętych serii o Avengers, Czarnej Kotce i Doktorze Strange’u. Rysunki stworzyli Alessandro Cappuccio („Strange Academy”, „Ultimate Wolverine”) i Federico Sabbatini.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Moon Knight” (2021) #13–24 i „Moon Knight Annual” (2022) #1.
21.01.2026
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
167x255 mm
300
119,99 zł
9788328175570

“Moon Knight” to tytuł, który w wydaniu Egmontu zawsze brałem w ciemno. Tym razem jednak, bardziej od schizofrenii głównego bohatera zaintrygowała mnie schizofrenia całego Marvela.
Od pierwszego zetknięcia z Markiem Spectorem i innymi wcieleniami marvelowskiego bohatera z dużą ciekawością śledzę jego przygody i z takim samym podejściem obejrzałem niegdyś marvelowski serial. Ten ostatni nie wpłynął na odbiór postaci Moon Knighta na tyle, by w wyobraźni widzieć go z twarzą Oscara Isaaca pod charakterystyczną maską. W najnowszym tomie bohatera możemy zobaczyć w każdej z jego podstawowych osobowości, czyli nie tylko Marca Spectora, ale też Stevena Granta, który przybył w ramach interwencji w końcówce poprzedniej odsłony i najbardziej sympatycznego z tej trójki, proletariackiego taksówkarza Jake’a Lockleya. To rozwarstwienie powinno świadczyć, że z Markiem nie jest ok (a czy kiedyś w ogóle było?) i szykuje się totalna jazda, ale w rzeczywistości nie jest tak intensywnie jak w poprzednich przygodach dostępnych po polsku, choć twórcy dwoją się i troją, by fabuła i rysunki były jak najatrakcyjniejsze. Rzecz w tym, że w przypadku tej postaci nie o atrakcyjność powyższych chodzi, a o odczucie, że mamy do czynienia z innym, stojącym gdzieś na obrzeżach uniwersum superbohaterem, którego szaleństwo i niedopasowanie, tak naprawdę czyni nam go bliższym.
Tymczasem w niniejszym tomie Moon Knight jest bardziej superbohaterem Marvela niż emanacją naszych własnych neuroz - walczy z wampirami, walczy z przeciwnikami, którzy wdeptują go (przynajmniej w pierwszej fazie) w ziemię, a my przecież, przede wszystkim cenimy fabuły, w których walczy on z samym sobą.
Punkt wyjściowy tej opowieści w poprzednim tomie był fajnym, nowym początkiem. Stworzona przez bohatera misja dla nowojorskich odszczepieńców i przegrywów miała stanowić rodzaj odkupienia po wydarzeniach z “Avengers: Era Khonshu” i dała nam takie godne uwagi postacie jak Żołnierz (tak, mamy go w tym tomie) i przede wszystkim dwie kobiety - wampirzycę Reese i superbohaterkę Tigrę - obie ciekawsze niż wiele pierwszoplanowych superbohaterek Marvela. W drugiej odsłonie dostajemy też mnóstwo akcji, widowiskowe pojedynki i zaskakującą, nadającą rysunkom niezwykłej dynamiki kolorystykę - aż rzeczywistość zdaje się w pewnych momentach zamazywać, kiedy twórcy łączą nowojorską ciemność i jaskrawe kostiumy postaci.
Wątek z wampirami to główne danie niniejszego “Moon Knighta” - niestety takie, którego fabułę dość szybko się zapomina, może oprócz wątku z porwaniem córki głównego bohatera i dramatycznej postawy samego porywacza - o tak, w tym przypadku było ciekawie. Ciekawie do tego stopnia, że zaczynamy rozkminiać - czy o tej partnerce bohatera czytaliśmy już wcześniej? A może twórcy wyciągnęli ją z niebytu, z opowieści sprzed lat - to zresztą całkiem popularny w aktualnym Marvelu (i DC) zabieg. Bo przecież cała historia danej postaci i całego Uniwersum jest tak przepastna, że co i rusz można w niej wyciągać tego typu króliki z kapelusza i wrzucać do aktualnego kontinuum. Marvel bowiem chce być trochę jak Krzysztof Ibisz - młodnieć z każdym dniem i zakłamywać rzeczywistość. A tak naprawdę machina kręci się w kółko, nieustannie dostarczając covery poprzednich historii, bo przecież czytelnicza brać nie jest stała - część tej braci odpada po drodze, ale pojawiają się nowi odbiorcy, dla których można to samo danie przyrządzić ponownie, nieco inaczej mieszając składniki. Stąd to całe uczucie schizofrenii, bo wszystko tu się na siebie nakłada, bo bohaterowie starzeją się wolniej, bo słynne restarty jeszcze bardziej gmatwają sytuację.
Czytam zatem nowego “Moon Knighta” i łapię się na tym, że własnie jedynie czytam, prawie nie przeżywam, zaliczam kolejne zeszyty i nie wiem, do czego to wszystko ma prowadzić. I jedynie pod koniec opowieść nabiera oddechu. zanika ów marvelowski spazm, bo robi się bardziej normalnie, tak ludzko. To zeszyt o dochodzącym do głosu uczuciu między naszym bohaterem a Tigrą i przy okazji o ściganiu przez tę ostatnią nowego rabusia w Nowym Jorku, którego działania okazują się mieć bardzo prozaiczną przyczynę. Te pojedyncze sety, tak jak niegdyś w przypadku scenariuszy Warrena Ellisa dają dużo więcej przyjemności niż rozciągnięte opowieści- tak jak ta z gościnnym występem Venoma i końcowa historia “Spotkanie w blasku księżyca” z programowo odrzucającym szczęście (nawet we własnych majakach) naszym bohaterem. Kolejny tom przed nami, ale mam uczucie, że w historii Moon Knighta coś przestało działać i są tu jedynie fragmenty, przypominające nam z jak nietuzinkowym bohaterem mamy do czynienia. Trochę za mało, by w pełni cieszyć się albumem.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
Moon Knight Tom 2.
Nowa seria Moon Knighta pozytywnie mnie zaskoczyła. Jest przemyślana, dobrze rozpisana i wszystko tu się ładnie klei. W drugim tomie dostajemy solidną porcję starć z wampirami, co buduje świetny klimat, ale zanim do nich dojdziemy, czeka nas dość długie i ciekawe rozliczenie z osobowościami Marca Spectora. Dzięki temu możemy zanurzyć się w jego pokręconą psychikę i… nawet trochę ją zrozumieć.
Tom jest naprawdę obszerny, więc mamy kilka różnych historii, ale co ważne, wszystkie są ze sobą ładnie powiązane i każda pcha fabułę do przodu. Przy okazji lepiej poznajemy też współpracowników Pana Knighta. No i pojawiają się Venom oraz Blade, co automatycznie daje plusik 😄
Całość czyta się bardzo przyjemnie. Od strony wizualnej jest naprawdę świetnie. Zastosowano ciekawy efekt prześwietlonych białych elementów, które wyglądają tak, jakby odbijały światło księżyca, tworząc różne łuny i refleksy. Daje to mocny, klimatyczny efekt. Do tego cały ten drapieżny design prezentuje się bardzo efektownie.
Bardzo udany tom, polecam.
Więcej zdjęć na moim Insta: LukkeGeek