Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
W najnowszym tomie “Shade’a. Człowieka przemiany” opowieść dociera do punktu krytycznego, po którym nic już nie będzie takie samo. Zresztą to powyższe, marvelowskie sformułowanie pasuje jak ulał do ogólnej koncepcji (i tytułu) komiksu ze scenariuszem Petera Milligana.
Po trzech tomach i ostatnich przygodach trójki bohaterów, Shade’a, Kathy i Lenny, dosyć mocno zbrataliśmy się z tą grupką dziwaków. Owszem, potrafią irytować swoim zachowaniem, ale w gruncie rzeczy to pogubione dusze, a cała ta historia być może jest opowieścią o ich stosunku do świata i jego niestandardowym postrzeganiu. Ostatnio przeżyli ( w sensie, że im się to udało przeżyć) wielka zawieruchę z Dzieckiem Namiętności i wciąż urzędują w Hotelu, która to rezydencja idealnie pasuje do ich przygód, ale los (i scenarzysta) szykują dla nich nowe doświadczenie życiowe. Wszystko przez to, że Kathy jest w ciąży i ten fakt będzie miał przemożny wpływ na fabułę, która do pięćdziesiątego numeru serii będzie istnym rollercoasterem dziwactw i emocji.
Kathy nie chce tego dziecka, Shade ma jej to za złe. Lenny zostaje zepchnięta na boczny tor i nie wie co ze sobą począć. Cała trójka za sprawą pewnego sympatycznego (z początku) gościa hotelowego cofa się w czasie aż do XVII wieku, by tam przeżyć koszmar, który tak naprawdę jest polemiką Milliigna z za i przeciw aborcji. A wszystkiemu przypatruje się niespodziewany, ale jakże niezwykły gość w tej historii, czyli sam John Constantine.
Nie kto inny, tylko Peter Milligan kończył sagę “Hellblazera” w Vertigo, więc jak widać, dzięki niniejszej historii miał już odpowiedni trening. Zresztą na pokrewieństwo stylistyki “Shade’a. Człowieka przemiany” z historią o Constantinie zwracałem uwagę podczas lektury poprzedniego tomu, szczególnie w stosowaniu przez twórców poetyki horroru. “Do “Lekcji historii” idealnie pasują mocno vertigowskie rysunki Chrisa Bachalo, a jego wyraźnie zmęczony życiem (ale wciąż skuteczny) Constantine to klasa sama w sobie. To zresztą najciekawiej napisany bohater w tej krótkiej (trzy zeszyty), acz intensywnej opowieści i do niego należą jej ostatnie kadry. Choćby dla “Lekcji historii” warto sięgnąć po czwarty tom komiksu Milligana, a tymczasem po tym historycznym wprowadzeniu, scenarzysta skupia się na zaprojektowaniu złożonego konfliktu, który ma zatrząść życiem wszystkich bohaterów.
To, czy dziecko jest chciane, czy nie, cały ów spór między Shadem i Kathy schodzi na drugi plan, kiedy okazuje się, że Anioły mają chrapkę na nienarodzonego jeszcze potomka kosmity i Ziemianki, zamierzając wykorzystać go do swoich (oczywiście wielkich i ważnych) celów. Obdarzony tą wiedzą Shade uruchamia ciąg wydarzeń, którego z pewnością będzie w pewnym momencie żałował. Bo skoro Anioły wyskakują z czymś takim, to do kogo najlepiej zwrócić się o pomoc? Oczywiście, że do diabła.
Peter Milligan przyzwyczaił nas do tego, że w swojej opowieści idzie do przodu, nie oglądając się na nierzadko zdezorientowanych czytelników. Czasem bywa tak, że jego metafory czy sama narracja są przyciężkie bądź chaotyczne, ale zawsze jest nietuzinkowo (nawet jeśli momentami pretensjonalne). Każdy szalony, ekstrawagancki czy po prostu nietypowy pomysł jest tu na miejscu, ale odpowiednio gra w fabule tylko wtedy, jeśli za tym całym szaleństwem są też prawdziwe uczucia. Takie, które ostatecznie w brutalny sposób sprowadzą tytułowego bohatera na ziemię po to, by mógł pogrążyć się w jeszcze większym szaleństwie - na przykład pełniąc przez jakiś czas rolę podłogi, a dokładnie tanecznego parkietu. W tej drugiej części opowieści rysownikiem końcowych zeszytów jest Mark Buckingham (znany choćby z “Baśni”), który potrafi dzięki swej subtelnej kresce wyciszyć całe to szaleństwo, ale fabuła jest jak wir i w końcu on też - graficznie - musi grać w różne ekstrawaganckie pomysły Milligana.
W czwartym tomie serii momenty przejmujące i szalone nieustannie się przeplatają, pojawiają się też - dołączając do Shadowej gromadki - nowi i jak się okazuje istotni dla wymowy dzieła bohaterowie. Dajmy na to Shimmy, określający się jako ożywione dzieło sztuki, Pandora wprost z greckiej mitologii, czy nastoletnia Lilly aka Lilith, której obecność bardzo wpłynie na Lenny. A i tak największą ekstrawagancją Milligana jest cudaczne podsumowanie swojego dzieła po pięćdziesiątym numerze. Cudaczne i ekstrawaganckie, bo oparte na ewolucji fryzur bohaterów w całej dotychczasowej serii. Przyznam, że tym tekstem Milligan mnie i rozbawił, i wzbudził rodzaj podziwu, bo w ten sposób zaprasza czytelnika do swojej literackiej gry, z której sam czerpie wiele radości i chce, by tę radość (oprócz wspomnianej wyżej dezorientacji) poczuł również odbiorca. I ja ją czuję, podobnie jak podczas lektury innych serii Vertigo, które przez lata dawały mi moc naprawde niezwykłych literackich wrażeń.