Skazańcy z celi XXVII w mieście Marmaëkard otrzymują od bogatego zleceniodawcy propozycję nie do odrzucenia – wolność i wysoką nagrodę w zamian za wykonanie szczególnie niebezpiecznej misji. Ich zadaniem będzie przedostanie się na terytorium orków i odnalezienie uprowadzonej spadkobierczyni bogatego rodu.
Para najemników spotyka na swojej drodze konwój osadników udających się do odległej krainy Hingell. Wyznawcy Ernöna Heebärrona potrzebują przewodnika. Choć wiadomo, że podróż będzie obfitować w niebezpieczeństwa, największe zagrożenie nadejdzie z zupełnie niespodziewanej strony.
Zakochany i żądny przygód młody krasnolud pragnie podarować swojej ukochanej najpiękniejszy i najrzadszy kwiat. Chryzostër można znaleźć jedynie głęboko we wnętrzu góry. Wejście do zakazanego królestwa stanie się początkiem wielkiej przygody.
Pierwszy tom zbiorczego wydania serii „Wollodrïn” to zaproszenie do iście tolkienowskiego świata, w którym przenikają się ze sobą losy ludzi, krasnoludów, orków, goblinów i elfów. Na bohaterów czekają epickie przygody, niejednokrotnie zabarwione magią.
Wydanie zawiera tomy #1-5 francuskiej serii „Wollodrïn”, której autorami są David Chauvel i Jérôme Lereculey („Pięć krain”).
28.11.2025
I
Kolor
Twarda
210×290 mm
284
150,00 zł
9788368346473

Pierwszy tom francuskiej serii „Wollodrïn” zapowiadał się na kolejną generyczną fantasy, garściami czerpiącą z estetyki solidnie już ogranej przez Tolkiena. Z drugiej jednak strony, sama konwencja opiera się na tyle schematycznych wytycznych, że trudno ugrać na niej coś rzeczywiście świeżego i oryginalnego. Ważniejsze, o ile da się przetworzyć tendencyjny sztafaż na coś zajmującego. Tutaj muszę przyznać, że całkiem nieźle się to udało.
Sięgając po ten album, spodziewałem się i dość schematycznie nakreślonego świata i linii fabularnej opartej o mocno wyświechtane klisze. I choć z grubsza to właśnie dostałem, nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało. Ot, paradoks. Choć jakimś zagorzałym fanem fantasy nie jestem, to miałem okazję zapoznać się z prawie całą klasyką tej konwencji. I „Wollodrïn” czerpie z niej garściami, kreując świat osadzony ni to w późnym średniowieczu, ni to w tolkienowskim świecie z klasycznym dla fantasy zestawem ras, od ludzi, poprzez krasnoludy, aż po elfy i orki. Oczywiście ras ze sobą zantagonizowanych, walczących o ziemie, o przywileje, o dominację. A czasem też zwyczajnie, prozaicznie, o przetrwanie. Udało się jednak autorowi scenariusza – Davidowi Chauvelowi – trochę wyjść poza schemat, trochę ograną konwencję może nie tyle w pełni odświeżyć, co nieco ją zgrabnie przypudrować, nadać jej ten urokliwy, zawadiacki sznyt, który może nie przełamuje schematów, ile potrafi zająć, wzruszyć, rozbawić, wzburzyć emocje.
To zresztą i nurt komiksu nie usiłujący, w swoim założeniu – wyważać bram, czy gatunku rewolucjonizować. Ma bardziej zapewnić rozrywkę, dostarczyć walorów estetycznych serwowanych za sprawą zarówno chwytliwej, wartkiej opowieści przygodowej, jak i cieszących oko zgrabnych rysunków. A za te odpowiada Jérôme Lereculey, znany (jak i scenarzysta) z nieźle przyjętej serii „Pięć Krain”, wydawanej u nas przez Egmont. I jeśli wspomniane „Pięć Krain” nawiązuje mniej lub bardziej bezpośrednio do „Gry o tron”, tak „Wollodrïn” celuje w estetykę znacznie bardziej w stylu tolkienowskiej opowieści.
I chyba dlatego właśnie mi się podoba, jako wychowankowi fantasy tolkienowskiej właśnie. Kupuję ten sztafaż świata przedstawionego, ciekawie odchylający się od normy (choćby poprzez interesujące ukazanie orków), kwestionujący prosty i oczywisty układ sił i przyporządkowanie ról w kontekście dobra i zła. Doceniam także budowanie większej opowieści poprzez poszczególne, w pewnym stopniu niezależnie historie, rozwijające kolejne z postaci, pozwalające budować niespotykane przyjaźni i sojusze, ale też wykraczające poza klasyczną fantasy i otwarcie romansujące np. z horrorem w niektórych wątkach.
Pierwszy tom zawiera pięć pierwszych rozdziałów, pozwalających poznać zarysy świata przedstawionego, podwaliny jego mitologii i etnicznego zróżnicowania, ale też nie brakuje tutaj wartkiej, dynamicznej akcji, która potrafi zająć na czas lektury, ale też pozostaje na dłużej w pamięci, choćby w formie miłego wspomnienia i poczucia niezmarnowanego na lekturę czasu. A to – w tej kategorii komiksu – to jest wymóg podstawowy.
Graficznie to klasyczny, bardzo starannie narysowany frankofon, który wrażenie robi przede wszystkim w scenach bitewnych i w kadrach, gdzie mamy nagromadzenie postaci. To w nich właśnie widać precyzję i kunszt rysownika, który z wielką umiejętnością oddaje w rysunku dynamizm walki. Wielkie brawa!
„Wollodrïn” tom pierwszy to komiks, który nie obiecywał za wiele i z pewnością przerósł oczekiwania. Jedno z ciekawszych ujęć fantasy, jakie ostatnio czytałem. Dla fanów fantasy tolkienowskiego rzecz jak najbardziej godna polecenia.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.