Wypadek w fabryce rozpoczyna ciąg wydarzeń, których kulminacją jest zamach na czołowego szwedzkiego biznesmena. Bezimienny sprawca znika w mrocznym zaułku. Ambitny ochroniarz rusza w pościg. Białe Volvo ucieka z miejsca zdarzenia.
Pewna recepcjonistka się zakochuje. Pewien kot choruje. Pewien kierownik średniego szczebla rozważa kupno kapelusza. Czy to wszystko przypadek, czy element ogromnej konspiracji?
Białe Volvo to bezlitośnie absurdalny thriller.
Książka ukazała się dzięki wsparciu finansowemu Kulturrådet / Swedish Art Council
Kategoria
Pochodzenie
Wydawca Polski
Wydawca Oryginalny
Data Wydania
28.04.2026
Wydanie
I
Druk
Czerń / Biel
Oprawa
Twarda
Format
168x240 mm
Liczba Stron
336
Cena Okładkowa
99,00 zł
EAN
9788368259797
Opinie redakcji

Są takie komiksy, po których człowiek odkłada album na półkę, patrzy przez chwilę w ścianę i zadaje sobie jedno, bardzo szczere pytanie: „co ja właściwie przed chwilą przeczytałem?”. „Białe Volvo” Erika Svetofta to nie mniej ni więcej, ale cała ściana takich odczuć. Fabularny chaos i eksperymentalna forma to jedno, ale poczucie że po jego poznaniu zostało się wyprowadzonym całkowicie na manowce to inna sprawa. Ale w tym wypadku chyba dokładnie tak miało być.
Próba dokładnego podsumowania fabularnego konceptu jaki zrodził się w umyśle Erika Svetfota to niemal pewne fiasko, ale cóż – spróbujmy. Punktem wyjścia dla historii jest incydent związany z tajemniczym białym Volvo i przemysłową katastrofą. W tle przewija się wątek wpływowego biznesmena, dziwnych wydarzeń i ludzi, którzy zdają się funkcjonować w rzeczywistości stopniowo tracącej logiczny porządek. Co więcej, fabuła rozgałęzia się na kolejne perspektywy, w międzyczasie pojawiają się postaci, które trudno jednoznacznie umiejscowić w świecie przedstawionym, a całość zaczyna przypominać paranoiczny strumień świadomości. Bohaterowie błądzą po świecie pełnym przemocy, cielesnej deformacji i niewytłumaczalnych zjawisk, a my wraz z nimi próbujemy uchwycić sens tego wszystkiego. Szanse na to są minimalne.
Co by jednak nie mówić o jego fabule, prawdopodobnie najbardziej charakterystycznym elementem „Białego Volvo” pozostaje jednak warstwa wizualna. Styl Svetofta jest bardzo specyficzny, wręcz karykaturalny. Twarze bywają zdeformowane, sylwetki są nienaturalnie powyginane, a kadry sprawiają wrażenie celowo nieprzyjemnych w odbiorze. Całość utrzymana jest dodatkowo w chłodnej, niebieskiej tonacji, która nadaje albumowi jeszcze bardziej odrealnionego charakteru. Mimo wszystko jednak, to ciekawy przypadek o tyle, że ten brzydki, momentami wręcz odpychający styl idealnie współgra z samą historią, bo zwyczajnie wyobrazić sobie podobną abstrakcję narysowaną w bardziej realistyczny albo estetyczny sposób. Svetoft konsekwentnie buduje świat, który ma wywoływać dyskomfort i poczucie zagubienia. Problemem jest raczej, że czasami robi to aż za skutecznie.
O ile bowiem absurd całej historii potrafi działać hipnotyzująco, o tyle jej czytelność pozostawia sporo miejsca na wątpliwości. Okej, być może to jeden z tych przypadków, w których autor świadomie chce zgubić odbiorcę, ale podczas lektury wielokrotnie miałem poczucie kompletnego niezrozumienia tego, co właściwie dzieje się na planszach. Prym - bez niespodzianek zresztą – wiodą w tym momenty, gdy narracja odpływa w sceny wyglądające jak obrazy z innych wymiarów, przypominające jednocześnie senne koszmary i narkotyczne wizje. Ich znaczenie pozostaje ukryte za gęstą zasłoną symboli, do której autor właściwie nie daje żadnego klucza. I jasne, można oczywiście próbować interpretować te fragmenty jako manifestację szaleństwa, lęków albo społecznych obsesji, ale równie dobrze można dojść do wniosku, że Svetoft przede wszystkim chce wywołać poczucie dezorientacji.
I jako słowo się rzekło, trzeba przyznać, że robi to znakomicie. „Białe Volvo” funkcjonuje gdzieś na pograniczu thrillera, horroru i dramatu psychologicznego, choć wszelkie próby jednoznacznego sklasyfikowania go gatunkowo szybko okazują się bezsensowne, bo album nieustannie balansuje pomiędzy znanymi schematami i oczekiwaniami czytelnika tylko po to, by za chwilę je kompletnie rozmontować. Paranoja miesza się tutaj z groteską, majaki szaleńca z body horrorem, a sceny, których nie sposób sensownie zinterpretować, pojawiają się jedna po drugiej bez najmniejszego ostrzeżenia. Jednocześnie Svetoft potrafi przemycić do tego wszystkiego absurd tak przesadzony, że trudno się nie przynajmniej uśmiechnąć. Mnie pokonała scena z dwiema policjantkami, której idiotyzm w najlepszym możliwym sensie sprawił, że zwyczajnie wybuchnąłem śmiechem na głos.
„Białe Volvo” to z ogólnej perspektywy komiks, który nie chce być wygodny ani przystępny. Bardzo oszczędna narracja i opowiadanie historii głównie obrazem powoduje, że komiksowi Svetofta bliżej do form eksperymentalnych, niż klasycznych opowieści graficznych. Autor ewidentnie ufa, że czytelnik sam złoży sobie wszystko w całość. Problem w tym, że czasami zwyczajnie nie ma z czego tej całości poskładać.
Mimo to jednak trudno przejść obok tego albumu obojętnie. „Białe Volvo” nie jest komiksem, który da się łatwo polubić, ale jest dziełem na tyle dziwacznym i w tej dziwaczności konsekwentnym, że pewnikiem niejednemu odbiorcy narobi w głowie całkiem pozytywnego zamieszania. Cóż, choćby i z tego względu, ja lektury nie żałuję.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
Michał Szczebak:
Dawno nie czytałem czegoś tak odjechanego, jak BIAŁE VOLVO Erika Svetofta. Ani opis, ani okładka nie oddają do końca jak bardzo niepokojący i dziwaczny jest to komiks, a uwierzcie mi na słowo, historia ta wzbudza oba rodzaje emocji na potęgę. Jasne samo premise fabularne, jeśli przytoczyć je w kilku słowach, brzmi bardziej jak thriller akcji niż paranoiczne weird fiction, bo mamy tu zarówno spisek i morderstwo na najwyższych szczeblach szwedzkiego świata biznesu, jak i bohaterów, facetów od brudnej roboty, którzy mają ten spisek ukrócić na korzyść swoich pracodawców. Jednak dojście do tego kto jest czyim pracodawcą, kto stoi po jakiej stronie, co właściwie się dzieje i dlaczego, w napływie dziwacznych wizji, niepokojących scen i ilości bohaterów jest tu w pełni intencjonalnie niemożliwe. Mamy tu do czynienia bowiem z paranoiczną fikcją najwyższej próby, która nawet nie udaje, że próbuje nas prowadzić za rączkę, albo splatać wątki w jedną spójną, zrozumiałą całość. Od pierwszej strony do ostatniej towarzyszy nam więc poczucie zagubienia, ale jeśli w pewnym momencie zorientujemy się, że właśnie o to w tym chodzi i ten fakt zaakceptujemy, to lektura staje się nawet jeszcze lepsza.
Powiedziałem już o dużej ilości bohaterów i nie są to przelewki. Ilość perspektyw, ale też po prostu twarzy, które pojawiają się w jednej części komiksu, aby powrócić dopiero za kilkadziesiąt stron, jest naprawdę spora. Tym bardziej więc warto czytać komiks z uwagą, bo o ile rozwiązania tajemnicy w tej fabule nie uświadczymy, to z pewnością mogą umknąć nam koneksje i szczegóły, które pokazują, że w tym szaleństwie jest jednak metoda. Dodatkową warstwę czytelniczej alienacji wzbudza zupełna niewzruszoność bohaterów względem coraz to bardziej dziwacznych scen. Zazwyczaj kompletnie nie reagują oni na jakiekolwiek odstępstwa od normy i bronią się lub uciekają jedynie przed konwencjonalnymi atakami, tak jakby wszystkie te metaforyczne wyrwy w tkance rzeczywistości których jesteśmy świadkami zupełnie ich nie ruszały. Zwrócenie na to uwagi naprowadza nas na myśl, czy może i ci bohaterowie są tak naprawdę pustymi w środku cielesnymi powłokami, nie tak odległymi od zjaw, które nawiedzają ich na każdym kroku.
Zjawy, te postacie, które funkcjonują w tej historii gdzieś na pograniczu jawy i sennych wizji, wprowadzają do tej już i tak dość dziwacznej opowieści dodatkową warstwę horroru, groteski i symboliki. Nie dość, że same w sobie są enigmatyczne, to jeszcze wydają się być źródłem całego spisku i wszelkich innych problemów w biznesie, od których wszystko się zaczęło. No ale właśnie, groteskowa pustka tych cielesnych powłok zdaje się być odzwierciedleniem bezdusznej pustki całej tej machiny przemysłowo-korporacyjnej późnego kapitalizmu, w którą się w tej fabule zagłębiamy oraz konsumpcjonizmu, który system ten wytwarza. Nic więc dziwnego, że finałowa scena wyjawiając co tak naprawdę jest produkowane przez firmę, w strukturach której rozgrywa się spisek, jest w równej mierze abstrakcyjnie zabawna, jak i cholernie niepokojąca. Ponadto wiele w kontekście tego o co tak naprawdę chodziło autorowi, może wyjawić nam tarotowo-ezoteryczna symbolika miecza, jako symbolu intelektu, racjonalizmu. Mieczami posługują się tu uczestnicy spisku, miecze kolekcjonuje jeden z akcjonariuszy firmy, który staje się ofiarą, miecze pojawiają się co i rusz w groteskowo-onirycznych wizjach powiązanych ze zjawami. Racjonalizm jest więc atrybutem systemu, który sam w sobie, jak pokazuje komiks, jest głęboko irracjonalny.
To za co najbardziej należą się Svetoftowi pochwały, to fakt, że pomimo głębokiej dziwaczności tej historii i intencjonalnego braku jej rozwiązania, wciąż ani na chwilę nie gubi się on w tej narracji - wręcz przeciwnie jest ona zaskakująco spójna. Co więcej, choć z pewnością ciężkie w odbiorze BIAŁE VOLVO jest niezwykle wciągające. Może to właśnie zasługa świetnego operowania poczuciem paranoi, tej emocji, która i niepokoi i fascynuje zarazem, a może to po prostu wyśmienite tempo. W każdym razie bardzo ten komiks polecam wszystkim tym, którym nietypowe horrorowe narracje niestraszne. Sam skończyłem lekturę absolutnie zachwycony.
Mateusz Czechowicz:
“Białe Volvo” odkąd tylko zobaczyłem zapowiedzi wydawało mi się intrygujące. Wystarczy spojrzeć na przykładowe strony. I po lekturze stwierdziłem, że dobrze mi się wydawało. Jest to tytuł intrygujący, zmuszający do myślenia i pozostawiający czytelnika w niepewności.
Przyznam się, że nie zrozumiałem tu wszystkiego. Na to bym potrzebował przynajmniej jeszcze jednej lektury. A stety lub nie musiałem wysłać komiks Michałowi, żeby i on mógł przeczytać i jakąś swoją opinię wyrazić. Stąd też moja ocena na tym etapie będzie jeszcze niepełna, ale myślę, że dość celnie wyrazi to co czuję po pierwszej, ale nie ostatniej lekturze tego komiksu.
Tytuł ten składa się z dwóch warstw. Tej opisanej na tylnej okładce - thrillerowej i drugiej - psychodelicznej. I one wzajemnie się ze sobą mieszają, przez co tak naprawdę nie da się być pewnym ile z tego co czytamy to dzieje się w tej historii naprawdę, a ile to jakaś mniej lub bardziej odjechana wizja i ułuda.
Połączenie tych dwóch elementów sprawiło, że podczas lektury biło od niej poczucie niepokoju. Wciąż i wciąż dowiadujemy się, że tak naprawdę nic nie jest takie jak początkowo myśleliśmy. Do tego nigdy nie wiemy czy ten człowiek obok zaraz nie okaże się zamieszany czy to w intrygę, czy też w te bardziej nadnaturalne sprawy.
To co ewidentnie tu wyszło to intryga. Jak dobrze ją się śledziło. Zaczynamy od morderstwa ważnego przedstawiciela biznesu, a jego sprawca nie zostaje ujęty. Jesteśmy więc świadkami jakiegoś rodzaju śledztwa, które skręca w coraz bardziej dziwne rejony. A strona po stronie, dowiadując się coraz więcej, zauważamy, że nawet najmniej pasująca osoba jest elementem szerszej i szerszej intrygi, która w pewnym momencie zaczyna przytłaczać wszystko i wszystkich.
Tak jak mówiłem na początku, są to wrażenia po pierwszym, ale nie ostatnim razie z tym komiksem. Do pełnego ogarnięcia potrzebuję zagłębić się w tę historię jeszcze raz. Bbardzo lubię takie komiksy, które mnie zmuszają do skupienia, a czasem nawet do powrotu, aby wyłapać pewne niuanse czy symbolikę. I myślę, że osobom z takim podejściem “Białe Volvo” przypadnie do gustu. Mi przypadło. Jednak, jeżeli macie ochotę na coś normalniejszego, to bym omijał szerokim łukiem, bo można się sparzyć.