Gang zamaskowanych morderców terroryzuje ulice Gotham. Do walki o swoje miasto wkracza pogromca zła, nie jest to jednak Batman, którego znacie.
Uniwersum Absolute, narodzone z apokaliptycznej bitwy Ligi Sprawiedliwości z Darkseidem, otwiera serię zupełnie nowych rzeczywistości – takich, w których na nowo dzieją się historie waszych ulubionych bohaterów. W „Absolute Batman” poznacie młodego Bruce’a Wayne’a, który nie dorastał w rezydencji Wayne’ów z Alfredem u boku.
Scenariusz Scotta Snydera („Batman: Trybunał Sów”) zilustrowali Nick Dragotta („Na wschód od zachodu”) i Gabriel Hernández Walta („Vision”). Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Absolute Batman” #1–6.
26.08.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
192
89,99 zł
9788328173590
| Rok | Nagroda | Kategoria | Wynik |
|---|---|---|---|
| 2026 | Ringo Awards | Najlepsza seria | Nominacja |
| 2026 | Nagrody Eisnera | Najlepsza seria kontynuowana | 🏆 Wygrana |
| 2026 | Nagrody Harveya | Komiks roku | Nominacja |

Nadejszła wiekopomna chwila - największy komiksowy hit sprzedażowy ostatnich lat w końcu jest (nie)dostępny po polsku w postaci pierwszego tomu wydania zbiorczego. I nie ma co ukrywać - w przypadku “Absolute Batman”, zarówno jest co czytać i jest co oglądać.
Przedsmak tego co czeka polskich czytelników mieliśmy trzy miesiące wcześniej, w postaci albumu “Absolute Noir”, z trzema pierwszymi zeszytami najważniejszych serii spod szyldu Absolute - razem z Batmanem mogliśmy przeczytać historie z Wonder Woman i Supermanem. I ten zestaw był naprawde dobry, nawet jeśli uważany przez polskie komiksowo za falstart. Cóż, miesiące szybko minęły, i w końcu dotarł do mnie pierwszy album z tym najważniejszym bohaterem - nie było co czekać, od razu wziąłem się za lekturę. I pierwsze wrażenie było naprawdę ciekawe - w czarno-białym wydaniu projekt wydawał się bardziej millerowski, emocjonalnie mocniejszy i może drapieżniejszy - kolory jakby ujarzmiły te energię. Ale za to w miarę czytania kolejnych zeszytów, kolorystyka wyraźnie wypełniła i wzbogaciła tę historię - być może najlepszą w wykonaniu Scotta Snydera, który od czasu “Trybunału sów” na pewno nie napisał o Batmanie niczego tak dobrego.
Czy “Batman Absolute” i w ogóle cały ten świat to elseworld? To ważne pytanie, bo od wielu lat mam wrażenie, że elsworldowe historie z Uniwersum DC są o wiele ciekawsze od tych z głównej linii. No i właśnie projekt Absolute to nie do końca elseworld, bo jest wypadkową fabuły znanej z “Władzy absolutnej” i przede wszystkim z “DC All in: Alfa i Omega” - to wskutek wydarzeń w tym niewielkim albumiku dowiedzieliśmy się o świecie Absolute. To miejsce, w którym odrodził się Darkseid i to z boskim statusem. A zatem to również świat bez nadziei, w którym znani nam superbohaterowie (i nie tylko oni) mają nowe życiorysy, mają ciężej, mają mniej możliwości w walce ze złem. To nie tyle kolejna pochodna podstawowego świata DC, ani kolejna wariacja (choć w jakimś sensie nią jest), ale bardziej zmiana systemu, które zdejmuje różne ograniczenia obowiązujące superbohaterski świat DC. I nie są to kosmetyczne zmiany, pewne świętości, pewna tradycja zostaje tu zanegowana, dzięki czemu tworzona historia staje się nieprzewidywalna. Już sam tytuł pierwszego tomu, czyli “Zoo” to podkreśla - nowe lokacja i nowe okoliczności, w których Waynów spotkała rodzinna tragedia jest właśnie taką zmianą tradycji i uświadomieniem czytelnika, że wkracza w nową historię, co do której naprawdę nie wie, dokąd go zaprowadzi. A przede wszystkim to opowieść, która pozwala twórcom rozwinąć skrzydła.
Batman nie ma w “Zoo” majątku, ale za to przynajmniej ma jedno z rodziców - matkę. Oto Martha Wayne, która na pewno jest jedną z najbardziej wyrazistych postaci w tej opowieści ( tą najbardziej wyrazistą jest bez wątpienia Alfred), oto Jim Gordon, który jest burmistrzem Gotham, oto Oswald Cobblepot i inni znani nam złoczyńcy, którzy są od czasów dzieciństwa kumplami Bruce’a Wayne’a. On sam wygląda jeszcze na szczeniaka, tyle że zwalistego i naładowanego furią. Ale z czasem wychodzi na jaw, że jest to tak samo inteligentny superbohater jakim go znamy, tyle że swoje możliwości, przy braku funduszy rekompensuje czym innym. Planowanie i intelekt więc pozostają bez zmian, ale mimo wspomnianej, potężnej sylwetki, przede wszystkim Batman w końcu pozbył się ciężaru mitu, jego nadbudowy wręcz (w “Wiecznym Batmanie”, "Batman. Death Metal” itd) który to mit, o paradoksie, od lat wykuwał sam Scott Snyder. Scenarzysta chyba w końcu zrozumiał, że w głównej linii uniwersum DC doszedł do ściany, bo cóż jeszcze można o Batmanie opowiedzieć? No i okazało się, że można, tylko trzeba spróbować innego podejścia, w innym świecie. Aby to się udało, trzeba było zmienić reguły gry.
W “Zoo” odbija się obraz naszych czasów, w których (przynajmniej w internecie) każdego można na kogoś napuścić, a że świat stał się jednym wielkim reality show, to jeszcze można zostać za to wynagrodzonym. Ten motyw, kiedy zwykli ludzie mogą nagle dostać i narzędzia, i obietnicę fortuny za czynienie zła też nie jest niczym nowym, ale w ”Zoo”, posiłkując się postacią dość nietypowego, enigmatycznego głównego złoczyńcy, motyw ów wygląda nowatorsko, potrafi rozhuśtać fabułę i chyba co najważniejsze, trafić do właściwej i jak widać po sprzedaży również szerokiej grupy czytelników. Dodanie do tej mieszanki idącego na zderzenie Batmana to już rollercoaster - takich scen, ociekających brutalnością, nie widujemy często w komiksach DC i Marvela. A i sam projekt kostiumu Batmana wraz z jego zaskakującymi możliwościami to coś, czego jeszcze chyba w opowieściach o tym superbohaterze nie widzieliśmy.
Co się wyjątkowo udało, to narracyjne zespolenie warstwy scenariuszowej i graficznej. Czytając scenariusz Snydera w ogóle nie czułem podobieństw do jego wcześniejszych historii z Batmanem - jakby to pisał inny człowiek, z polotem, bez zadęcia, jakby twórczo odżył i chciał, żeby to uczucie udzieliło się również czytelnikom. I rysunki Nicka Dragotty wrażenie tej świeżości podkreślają. Jest tak, jakby rysownik połączył tu graficzną energię rodem z “Akiry” i “Powrotu Mrocznego Rycerza” - zwłaszcza w scenach akcji, w scenach rozwałek. O tak, to jest właśnie gwóźdź programu - o ile w superbohaterskich opowieściach zazwyczaj podczas scen naparzanki najczęściej ziewałem, tak w przypadku “Zoo” cieszyły one niezmiernie moje oczy. Nie wiem, czy jestem usatysfakcjonowany ze wszystkich rozwiązań fabularnych, spodziewałem się, że w świecie bez nadziei rzeczywiście tak będzie, że miażdżący Batman, sam zostanie nagle zmiażdżony ( w jakimś stopniu tak prawie było, w momencie kiedy Alfred zmiażdżył go danymi). Ale to tylko drobne uwagi, bo całość jest po prostu na równym, bardzo dobrym, momentami znakomitym poziomie. I oby tak zostało przy kolejnych albumach.
7 ocen Show votes.
7 ocen Show votes.
7 ocen Show votes.
“Absolute Batman. Zoo”, czyli o takie superhero nic nie robiłem.
I tu też się specjalnie nie narobię – piszę, co o tym Batmanie myślę, bo mi Wiktor z Komiks onu kazał, ale tak naprawdę, to jego tekstów na ten temat nie przebiję, bo, po pierwsze, w superbohaterszczyźnie nie siedzę, po drugie, W NAJLEPSZYM WYPADKU napisałbym coś podobnego do tego, co znajdziecie na Komiks onie. Daruję sobie zatem głębokie analizy i pojadę głównie wrażeniówką (ta, jasne, na pewno wyjdzie krótko…).
No więc zdecydowanie jest to Batman jakiś i chałwa Snyderowi i Dragotcie za to, że se dali spokój z powielaniem trykociarskich schematów i postawili na wersję Nietopyrza uwspółcześnioną i dopasowaną – takie przynajmniej mam wrażenie – do mentalności i wrażliwości obecnego czytelnika, co wypada tym ciekawiej, że sama koncepcja ‘absolutowego’ Bruce’a Wayne’a bazuje w zasadzie na klasycznych dla Stanów Zjednoczonych motywach working-class hero i self-made mana, a że są one w tej historii ugryzione w dość specyficzny sposób, to dodatkowo zestawiają trochę już przebrzmiały amerykański sen i możliwość osiągnięcia pełnego potencjału i (w tym wypadku jednak specyficznego) sukcesu, z równie typową dla kultury amerykańskiej opowieścią o pozbawieniu złudzeń i rozczarowaniu.
Ten Batman jest zdecydowanie bardziej brutalny – może inaczej, Batman Snydera i Dragotty POKAZUJE nam, jak brutalny jest Batman, który nie zabija, ale nie ma problemu z poważnym okaleczaniem przeciwników. Łamanych kości, poparzeń, odciętych kończyn jest tu bez liku, a i sceny domyślne, ukryte w przestrzeni międzykadrowej i ‘dopisywane’ przez czytelników, do najprzyjemniejszych nie należą – zależą one oczywiście od wyobraźni i doświadczeń samych odbiorców, ale muszę przyznać, iż moja wersja wyszła dość ponuro, bezwzględnie i krwawo. Poza tym, po raz pierwszy chyba tak na dobre zobaczyłem i w jakimś stopniu zrozumiałem, że Bruce Wayne jest rzeczywiście straumatyzowany wydarzeniami z dzieciństwa – straumatyzowany w sposób, którym mógłbym się realnie przejąć. Wycofanie i ogólny rys charakterologiczny głównego bohatera są nie tylko umotywowane scenariuszowo, ale też świetnie przedstawione w ilustracjach, dzięki czemu wypadają wiarygodnie i emocjonalnie. Jednocześnie, przy całej tej masie nowinek (żeby długo nie szukać, to choćby i design Batmana) wprowadzonych przez Snydera, mnóstwo w “Absolute Batmanie” mrugnięć okiem do odbiorców towarzyszących Gackowi od lat, i jak ekspertem od Człowieka-nietoperza specjalnie nie jestem, to pewne fragmenty (być może błędnie) odczytuję jako ewidentne nawiązania do “Batmana. Roku pierwszego”, a inne wyglądały, jakby były żywcem wyjęte z “Powrotu Mrocznego Rycerza”.
Czy jest w tym Batmanie głębia? No jakaś jest, ale też bez przesady. To nie jest filozoficzny traktat o kapitalizmie, poparty analizą i statystykami, a raczej skrótowe “eat the rich”. Z drugiej strony, to przecież komiks popularny, skierowany do masowego odbiorcy, i jako taki, w porównaniu do wszechobecnej mainstreamowej papki, wypada pod względem spójności i logiki scenariusza całkiem dobrze. Efekt jest taki, że nawet jeżeli faktyczna wartość intelektualna tej historii finalnie jest w dużej mierze pozorna, w najlepszym wypadku uproszczona, to całościowo, pod kątem samego wrażenia, się sprawdza – jest to z perspektywy czytelnika o tyle istotne, że daje poczucie szacunku ze strony autorów, zapraszających nas mimo wszystko do pewnej interpretacyjnej zabawy i skłaniających do przemyśleń.
Graficznie bardzo mi ten Batman odpowiada i biorę go z całym dobrodziejstwem inwentarza – lekko mangową estetyką, agresywną kreską, pełną ‘ostrości’, nieregularnym kadrowaniem, dodającym scenom dynamiki oraz przesadzoną symboliką. Projekty postaci są świetne i – tak jak Absolute Batman – na pełnej. Kapitalne są wtrącone między rozdziałami/scenami całostronicowe/dwustronicowe panele (jak ten z pistoletem czy lwem), podkreślające znaczenie danej sytuacji dla fabuły, potęgujące napięcie lub po prostu podkręcające wrażenia estetyczne. No i kolorystycznie wszystko świetnie wygląda dzięki pracy Franka Martina, a podoba mi się do tego stopnia, że będę zapewne zmieniał wydanie polskojęzyczne na amerykańską, powiększoną wersję deluxe, żeby móc się tymi ilustracjami nacieszyć jeszcze bardziej.
A propos polskiej edycji, którą kupiłem trochę na fali fomo, trochę w celach testowych, żeby przyjrzeć się pracy Świat Komiksu, to muszę przyznać, że wydawca odwalił dobrą robotę. Tomik prezentuje się ładnie, ale ja zawsze większą wagę przywiązuję do kwestii językowych, a tu jest wszystko w porządku. Czyta się egmontowskiego (egmontowego?) “Absolute Batmana” dobrze, więc propsy dla tłumacza (Tomasz Sidorkiewicz), redaktorki (Paulina Walenia) i korektorek (Paulina Walenia, Urszula Drabińska).
Warto.