Alan Moore to jeden z najwybitniejszych twórców komiksowych wszech czasów, artysta, który wywarł niezwykły wpływ zarówno na samo medium komiksowe, jak i na kolejne pokolenia komiksowych scenarzystów i rysowników. Jego kreatywność i wizja przejawiają się we wszystkich jego dziełach, do których należą m.in. „Watchmen”, „V jak vendetta”, „Zabójczy żart”, „Swamp Thing” czy „Promethea”.
„Uniwersum DC według Alana Moore’a” zbiera różnorodne historie napisane przez tego autora dla wydawnictwa DC na przestrzeni lat – od wczesnych opowieści o Green Lanternie i Batmanie, po kosmiczną sagę o Mister Majesticu, której akcja rozgrywa się u kresu czasu. Kolekcja ta ukazuje zatem niezwykle różnorodnego, a zarazem niepowtarzalnego Moore’a w jego najlepszej formie. Wśród rysowników opowieści z tego zbioru są m.in. Klaus Janson, Dave Gibbons, Joe Orlando i Jim Baikie.
Album zawiera zeszyty pierwotnie opublikowane w: Superman Annual #11, Detective Comics #549–550, Green Lantern #188, Vigilante #17–18, Omega Men #26–27, DC Comics Presents #85, Green Lantern Corps Annual #2, Secret Origins #10, Green Lantern Annual #3, Batman Annual #11, WildStorm Spotlight #1, Voodoo #1–4, Deathblow: Byblows #1–3, WILDC.A.T.s #50 i przełomowy „Co się stało w człowiekiem jutra?” z Superman #423 i Action Comics #583.
12.08.2026
I
Kolor
Twarda z obwolutą
180x275 mm
464
199,99 zł
9788328190603

“Uniwersum DC według Alana Moore’a” to jedna z najdziwniejszych, komiksowych antologii jaką miałem okazję przeczytać. Nie jest wcale łatwo przez nią przebrnąć, ale dla prawdziwych fanów brytyjskiego scenarzysty i tak jest to przygoda, w której muszą wziąć udział.
W antologii, jeśli dobrze policzyłem jest szesnaście opowieści.Są wśród nich bardzo krótkie historie, złożone z kilku plansz, ale i takie, które mają po trzy lub cztery zeszyty. Wydaje mi się, że ten tom przez lata w wersji anglojęzycznej się rozrastał i wrzucane były do niego takie historie, jak te z Wildstorm, który to imprint Image dopiero po jakimś czasie trafił do portfolio DC. To oznacza większe zróżnicowanie i komiksy nie tylko z tymi znanymi bohaterami DC. Największą niespodzianką była dla mnie “Voodoo” (pseudonim głównej bohaterki), opowieść o której wcześniej nie słyszałem, rysowana w charakterystycznym stylu pamiętnych lat dziewięćdziesiątych w komiksach z Wildstorm i Top Cow. Wydaje się, że temu graficznemu ciężarowi uległ sam Moore, bo opowieść rozgrywająca się w Nowym Orleanie, mimo że posiada cechy charakterystyczne dla jego pisarstwa, jest wzorcowo najntisowa - takie wrażenie przeważa, nawet jeśli scenarzysta przemycił tutaj swoją fascynację i wiedzę na temat religii i magii voodoo.
Tego typu atrakcje czekają nas jednak w drugiej połowie antologii, a w pierwszej dostajemy to, co teoretycznie powinno najbardziej przyciągać, na czele z kilkoma opowieściami o Supermanie, w tym ze słynną “Co się stało z Człowiekiem Jutra”. Szczerze mówiąc, to większe wrażenie zrobiła na mnie otwierająca ów zbiór “Dla człowieka, który ma wszystko”, w której Moore dał posmak swojego talentu. Opowieść o pasożycie, który sprawia, że ofiary będące pod jego wpływem znajdują się mentalnie w swojej krainie marzeń (i rzecz jasna nie chcą z tego stanu wychodzić) ma mocne, poruszające momenty, które niwelują niektóre rysunkowo-fabularne głupotki. Finał dobitnie pokazuje, dlaczego Moore jest wielkim scenarzystą i jak mogą się różnić od siebie marzenia tych dobrych i tych złych bohaterów.
Co jeszcze tu mamy? Opisywanie wszystkiego po kolei trochę nie ma sensu, ale ogólne wrażenie jest takie, jakby Moore do poszczególnych opowieści trafiał z łapanki - tak bardzo są zróżnicowane. Zobaczymy w nich tych bardziej znanych superbohaterów (Green Arrow, Swamp Thing), ale także tych mocno pobocznych, jak Vigilante, który dał się szerzej poznać fanom popkultury w serialu ‘Peacemaker”. Tyle że w “Dniu ojca” wcale nie jest tak zabawnie jak było na ekranie, bo to ponura, momentami zaskakująca opowieść o tym, jak bliscy dla siebie ludzie mogą fundować sobie życiowe koszmary.
Generalnie z tym zbiorem jest tak, że jedne z tych fabuł dość szybko ulatują nam z pamięci, inne zostają na dłużej - jakby do jednego worka włożono co się tylko da, bez jakiejś myśli przewodniej czy jakiegoś wzoru. Dlatego wzorem musi dla nas pozostać tu sam Alan Moore. Niemal w każdej opowieści próbuje dodać coś, co ją wyróżnia z zalewu podobnych superbohaterskich historii, jakiś znaczący element (jak list w finale “Dnia ojca”). Wyróżnia się także, wyskakujące czasem jak królik z kapelusza poczucie humoru scenarzysty. O tym, że jego fabuły potrafią być zabawne nie zawsze pamiętamy, bo traktujemy go zbyt poważnie, z estymą, a przecież Moore potrafi błysnąć humorem i ironią, jak w krótkich historyjkach “Ulotne życia” i “Męski świat”, jakby żywcem wyjętych ze zbioru shortów “Kompletny szok przyszłości” z 2000 AD.
Podsumujmy - to na pewno jest antologia dla fanów Alana Moore, szczególnie takich, którzy muszą mieć wszystko, co wyszło spod jego ręki. W trakcie lektury można zadziwić się wyobraźnią Moore’a, która chadza sobie tylko znanymi ścieżkami i uznać ów album za zbiór eksperymentów, sprawdzianów, gatunkowego rozpoznania terenu i testowania jego możliwości - w sensie, na ile można nagiąć fabułę, wrzucić do niej coś specjalnego, nieoczywistego, żeby czytelnik dłużej o niej pamiętał. To musiało być swojego czasu nowe pole działania dla scenarzysty, te wszystkie opowieści napisane dla DC, bo ma się wrażenie, że w niektórych z tych historii jakby cofnął się w twórczym rozwoju względem tego, co już wcześniej napisał dla 2000 AD. To po prostu rezultat jego mierzenia się z wymogami wydawnictwa i sprawdzania na ile może być tu twórczy - a to wszystko być może zanim nadszedł ów moment, kiedy zrozumiał, że związał się z bezlitosna korporacją. Taką, która do dzisiaj, wznawiając i kompilując takie zestawy jak ten, bazuje (czy raczej żeruje?) na renomie słynnego scenarzysty.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.