Witajcie w Kurzym Wzgórzu – miasteczku, gdzie wszystko jest możliwe (i bardzo dziwne)! Na pozór to zwykła mała miejscowość, jakich wiele. Ale tutejsze zwierzęta potrafią mówić, żaby rządzą tajnym podwodnym imperium i zawsze jest się o jeden dzień od inwazji kosmitów.
Ferdek to młody wynalazca z talentem do majsterkowania i wpadania w kłopoty. Z pomocą swojej narcystycznej mopsiczki Gryzi i wiecznie zmęczonego kota Dzwonka próbuje rozwikłać najbardziej absurdalne zagadki w mieście. Czy zdołają powstrzymać inwazję kaktusów zombie? Jak udaremnią spisek kotów planujących przejęcie władzy? Kurze Wzgórze: Kaktus zombie atakuje to śmieszny, pełen akcji komiks. Humor, przygoda i ogromna dawka absurdalnej zabawy gwarantowane. W Kurzym Wzgórzu nigdy nie jest nudno – bo miasteczkiem rządzi jedna zasada: gdy myślisz, że już dziwniej być nie może… robi się jeszcze dziwniej!
18.02.2026
I
Kolor
Miękka
140x210 mm
214
39,90 zł
9788368382426

Pierwszy tom nowej serii komiksowej dla dzieci "Kurze wzgórze" reklamuje się hasłem: "Jeśli lubisz "Dogmana", to nowy komiks "Kurze wzgórze" też pokochasz". Jest to dość odważne porównanie, zważywszy na to, jakim hitem jest seria Dava Pikleya. Czy komiks od wydawnictwa Kropka dowozi to, co obiecuje, czy jedynie robi reklamę - i bez tego bestsellerowej - serii, publikowanej przez innego wydawcę? Przekonajmy się.
Już czcionka użyta na okładce w tytule serii, jak i format pasują do tego, znanego z komiksów o gliniarzu z psią głową. Na końcu znajduje się poradnik rysowania kilku bohaterów. Nie ma może interaktywnych stron, ale za to jest gra planszowa, także kwestia bonusów również została pokryta. I tu niestety podobieństwa się kończą, a nie mamy do czynienia z przypadkiem, gdzie można by rzec, że obie serie pięknie się różnią.
Skoro "Kurze wzgórze" jest w materiałach promocyjnych porównywane do "Dogmana", to ja również będę trzymał się tej analogii. W "Dogmanie" każdy tom oferuje dłuższą historię. Nie ma nadmiaru postaci, acz obsada systematycznie się rozrasta. Podczas lektury nie ma się poczucia chaosu narracyjnego. Żarty o puszczaniu bąków są, ale nie dominują i przede wszystkim śmieszą. Historie mimo śmichów-chichów posiadają jakiś morał, często znacznie głębszy niż można by sądzić po pobieżnym przekartkowaniu tomiku.
Tymczasem komiks Beccy Blake oferuje czytelnikowi permanentne przebodźcowanie. Nie chodzi o to, że akcja mknie na złamanie karku, ale o to, że wszystkiego jest tu za dużo. To komiks, który bardzo stara się być cool, ale jest to trud rodem z sarkastycznego mema z Bartem Simsponem i tortem za starania. Dostajemy trzy historie (o nich nieco później), lekko ze sobą powiązane, ale to nie stanowi problemu. Rysunki mogą się podobać, zarówno mnie, jak i syna ani ziębią, ani grzeją, ale warto zaznaczyć, że nie jest to kreska tak prosta, jak w "Dogmanie", także narysowanie bohaterów z komiksów Blake wymaga większych umiejętności. Problemy zaczynają się już na samym początku tomu, gdy zostaje nam przedstawiona dość pokaźna obsada komiksu. Nie wiem po co, bo de facto głównych bohaterów mamy troje i są to idomorosły nastoletni wynalazca Ferdek, lubiący drzemki kot Dzwonek i mopsiczka Gryzia. Szczerze, to musiałem w tym momencie sprawdzić ich imiona, bo zapamiętałem tylko Gryzię... ale ze złych powodów.
Gryzia jest niezmiernie irytująca. Psinka pragnie zostać influencerką i z lubością używa telefonu komórkowego, a jej cała osobowość sprowadza się do puszczania bąków. To ostatnie mogłoby bawić, gdyby nie było nieustanne. Po kilku stronach powszednieje, a jeszcze przed końcem pierwszej opowieści staje się nieznośne. Dobre żarty o pierdzeniu bawią, zwłaszcza dzieci (te duże też), ale ile można to przeciągać... Coś jest na rzeczy, gdy ośmiolatek, dla którego temat bąkopierdny obok absurdalnego humoru (Gumball) jest w czołówce tego, co śmieszy, a w trakcie lektury "Kurzego wzgórza" sam z siebie stwierdza, że Gryzia jest denerwująca, bo ciągle siedzi w telefonie i non stop pierdzi. Jak jego to nie śmieszy, to dla mnie komiks oblewa test u grupy docelowej.
Komiks nie musi niczego uczyć i oferować po prostu rozrywkę. "Kurze wzgórze" nie robi ani jednego ani drugiego. Na pewno są dzieci, którym się ta debiutująca seria spodoba i może za bardzo się nad nią pastwię, ale tak się kończy porównywanie do innego tytułu, do którego zdaniem dorosłego i dziecięcego testera nie dorasta do pięt. Szkoda, bo sam pomysły na historie są całkiem zgrabne. Otwierająca tomik opowieść "Inwazja kosmitów" z napędem na pieczoną fasolę i klonami Wujka Ryśka, kociego fana teorii spiskowych jest całkiem zgrabna, ale atmosferę psuje dosłownie i w przenośni gazująca Gryzia. "Kaktus zombie atakuje" powstał chyba po przedawkowaniu cukru, bo dośmieszanie na siłę poprzez mówienie kilku postaci naraz, z czego część ma być w teorii zabawnym wtrąceniem/komentarzem osiąga tu istne apogeum, co nie podobało się żadnemu z nas. Dodatkowo mamy tutaj kolejną irytującą postać, grającą rock and rolla świnkę morską Kubę. Po tym potoku świadomości, w finałowym "Królu żabolu" otrzymujemy najciekawszy pomysł - podwodny świat, do którego prowadzi kałuża. Cały potencjał historii zostaje jednak zmarnowany przez mopsiczkę i jej gazy. To mogłoby śmieszyć, gdyby zostawiono ten żart na koniec tomu, a po zajechaniu go kąciki ust nawet nie drgają.
Z plusów, komiks od strony edytorskiej wygląda dobrze, a tłumaczenia Jacka Drewnowskiego, weterana tłumaczeń kaczych komiksów Disneya również jest bez zarzutu. Szkoda tylko, że treściowo jest to lektura najzwyczajniej męcząca. "Dogman" to ulubiona seria komiksowa mojego syna, za jego namową sam po nią sięgnąłem i zupełnie nie dziwię się jej popularności wśród dzieci. Tam naprawdę wszystko gra. O "Kurzym wzgórzu" nie da się tego powiedzieć, to jak źle dostrojona orkiestra, gdzie każdy gra swoją melodię, a dyrygent nie może opanować tego chaosu, bo męczą go gazy. Na dniach wychodzi już czternasty tom "Dogmana", który przeczytam zaraz po tym, gdy syn skończy lekturę. Jeśli zaś chodzi o "Kurze wzgórze", to żaden z nas nie będzie wyczekiwał tomu drugiego.