Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Małe miasteczka niejednokrotnie udowodniły, że są pełne mrocznych sekretów. Pozornie spokojna codzienność, znajome twarze i rytuały tworzą jedynie cienką skorupę, pod którą latami kumuluje się gniew, wstyd i przemilczane winy. „Ta teksańska krew” Chrisa Condona z rysunkami Jacoba Phillipsa, doskonale wykorzystuje ten motyw. To historia, która zaczyna się jak niepozorny portret prowincji, by szybko przerodzić się w gęsty, psychologiczny kryminał o winie, zemście i nierozerwalnie związanym z nimi mroku ludzkiej duszy.
Akcja komiksu rozgrywa się w fikcyjnym hrabstwie Ambrose w zachodnim Teksasie. Główną rolę odgrywa Joe Bob Coates, siedemdziesięcioletni szeryf, który całe życie spędził w jednym miejscu i coraz wyraźniej czuje, że świat zostawił go w tyle. Jego egzystencja jest jednostajna do przesady: te same dyżury, te same twarze i drobne wykroczenia. Nic nie zapowiada zmiany, dopóki do miasta nie wraca Randy Terrill, pisarz z Los Angeles, przybywający w związku z brutalnym morderstwem brata. Już wkrótce uruchamia to lawinę wspomnień, dawnych konfliktów i skrzętnie skrywanych tajemnic, które przez lata dojrzewały w ciszy.
„Ta teksańska krew” zaczyna się cokolwiek niepozornie. Na początku wyczuwalny jest tu specyficzny klimat „Fargo” – czarny humor, ironiczne dialogi, drobne absurdy codzienności zestawione z czymś wyraźnie niepokojącym. Ta lekkość jest jednak złudna. Szybko okazuje się bowiem, że groteskowe nuty to jedynie przystawka do znacznie mroczniejszej części opowieści. Fabuła zaczyna orbitować wokół zagadkowych morderstw i grzechów przeszłości, a ton całości staje się coraz cięższy. Ostatecznie więc gatunkowo bliżej tu do dusznego, psychologicznego kryminału niż do efektownej, przerysowanej jatki. Historia nie epatuje ironią dla samej zabawy, a wykorzystuje ją, by mocniej uderzyć w chwili, gdy przemoc wkracza na pierwszy plan.
Na tle tak pomyślanego konceptu na historię, prym wiedzie galeria intrygujących w swej zwyczajności postaci. Szeryf Coates nie przypomina filmowego stróża prawa z żelaznym kodeksem moralnym. To człowiek zmęczony, świadomy własnych ograniczeń i coraz bardziej przekonany, że najlepsze lata ma za sobą. Towarzyszy mu poczucie stagnacji i rosnąca świadomość, że sprawy wymykają się spod kontroli. Randy Terrill z kolei wraca do rodzinnego miasta nie tylko po odpowiedzi, ale też po konfrontację z przeszłością, która go ukształtowała. Powrót wywołuje lawinę wspomnień i zdecydowanie nie wszystkie są takie, jakimi chciałby je zapamiętać. Ich motywacje nie są jednoznaczne, a decyzje podejmowane pod wpływem emocji prowadzą do kolejnych tragedii.
Te zaś okraszone zostają bezpardonową dawką brutalności. Przemoc jest tu najbardziej dobitnym środkiem wyrazu. Twórcy wykorzystują ją, by łamać jednostajny rytm narracji, przypominając, że pod powierzchnią pozornej normalności kryje się coś nieodwracalnego. Każdy akt agresji ma wagę i rezonuje w psychice bohaterów coraz wyraźniej odciskając na nich piętno przekroczenia pewnych granic – takich, po których nie da się uniknąć konsekwencji.
Już tylko z tego powodu najciekawszy w całości wydaje się psychologiczny wymiar historii. „Ta teksańska krew” wnikliwie pokazuje, jak zemsta potrafi zdominować człowieka, wypaczyć zdrowy rozsądek i doprowadzić do furii, w której emocje stają się siłą napędową wydarzeń. To więc opowieść o tym, jak łatwo drobne nieporozumienia eskalują w tragedie, jak złamane życia i urażona duma potrafią zdeterminować całe społeczności. Warto zauważyć jednak, że autorzy nie oferują przy tym prostych rozwiązań ani moralnych wykładów. Zamiast tego konsekwentnie budują napięcie, pozwalając, by ciężar decyzji spadał na bohaterów z pełną mocą.
Warstwa graficzna wzmacnia ten efekt. Phillips operuje przygaszoną paletą barw, pełną brązów, ochry i wypłowiałych błękitów, co nadaje całości surowy, spieczony słońcem charakter. Kadry są oszczędne, często skupione na twarzach i detalach, jakby kamera zatrzymywała się o ułamek sekundy dłużej, by uchwycić wahanie czy cień wątpliwości. Ta wizualna powściągliwość doskonale współgra z narracją, nie rozpraszając, lecz potęgując wrażenie dusznej nieuchronności.
„Ta teksańska krew” to ostatecznie opowieść o tragedii jednostek, o własnych interesach stawianych ponad rozsądek, o lojalnościach, które okazują się iluzją i sprawiedliwości wymierzanej na własną rękę. To komiks, który nie daje łatwego katharsis. Zostawia czytelnika z poczuciem ciężaru i świadomością, że w małych miasteczkach, podobnie jak w ludziach, najgroźniejsze jest to, co przez lata pozostaje niewypowiedziane.
Drodzy fani komiksów, otóż - jak głosi wpis: coś gnije w stanie Teksas.
No i prawda to, gnije.
Nie zmyślają.
Gdyż tandem Chrisa i Jacoba już można śledzić i oczekiwać na kolejne ich twory. Świetna kooperacja między rysunkiem a scenariuszem jest wyczuwalna już po kilku stronach.
Scena kończąca wątek pierwszy bardzo wymowna, już wiedziałem, że to komiks „na tak”
Ta Teksańska Krew zapowiada nielichą serię. Mocno, dosadnie, brutalnie i bez ceregieli nakreślone są tu sprawy i sprawunki, które śmiało zaczynają od kryminału, na mocnym dramacie kończąc.
Joe Bob, starszy już szeryf hrabstwa Ambrose, ma swoją intuicję i doświadczenie wyrobione przez lata. On jest głównym protagonistą - przyjemny, charakterny staruszek. Do miasteczka, po długim czasie nieobecności, wraca młody pisarz, który właśnie stracił brata. Chce dowiedzieć się, co się stało - chociaż los mu podpowiada, że starych rodzinnych spraw lepiej nie rozdrapywać.
Ale Randy jest mądrzejszy i to są jego ostatnie szczęśliwe dni.
168 stron, każda istotna, nie ma kiedy się ponudzić. Mimo, że to w zasadzie prosta opowieść, można nieco przeczuć, zanim zacznie się dziać gęste - to scenariusz umiejętnie rozpisany wciąga nielekko. Chris czuje komiksowe medium i widać to najpełniej przy świetnie wyważonych i prowadzonych dialogach.
Rysunkowo jest poprawnie, czysto i nad wyraz czytelnie. Kolory budują klimat, a zabawa kadrem dopieszcza całości, kiedy robi się grubo. Chociaż nie jest zaskakująco ani oryginalnie, to mnie się podoba i pod okiem leży elegancko.
Aż szkoda, że tak szybko się kończy. Mamy tutaj dwie opowieści, krótką i długą. Obie łączy Joe Bob, a całość przypomina mi trochę To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi, głównie przez szeryfa - zmęczonego życiem, którego nic już nie zaskoczy. Główny wątek jest zamknięty, więc następne rozdziały zapewne zaserwują coś innego. Oby, bo dobre to było.
Takich komiksów wincyj!
Więcej na IG: @znakiem_tego