Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Drugi tom „Tej teksańskiej krwi” zabiera nas w przeszłość szeryfa Joe Boba Coatesa, przypominając, że niektóre sprawy, choćby od ich zakończenia minęły całe dekady, potrafią prześladować człowieka do końca życia.
Kiedy przeprawiałem się przez pierwszy tom „Tej teksańskiej krwi” miałem nieodparte wrażenie, że to jeden z tych komiksów, które doskonale wiedzą, czym chcą być. Chris Condon i Jacob Phillips stworzyli kryminał przywodzący na myśl najlepsze dokonania braci Coen, ze szczególnym wskazaniem na „Fargo”, umiejętnie łącząc ponurą historię z przemykającą tu i ówdzie ironią oraz całkiem pokaźną dawką czarnego humoru. Przede wszystkim jednak wprowadzili nas w życie Joe Boba Coatesa, leciwego i nieco zrezygnowanego szeryfa hrabstwa Ambrose, który na przestrzeni swojej wieloletniej służby zdążył zobaczyć chyba wszystko, co najgorsze w ludzkiej naturze.
Jakby na dowód tego, drugi album pozwala nam zajrzeć w jego przeszłość znacznie głębiej, sięgając do sprawy, której wspomnienie nie daje mu spokoju nawet po upływie wielu lat. I choć Condon zachowuje charakterystyczne dla poprzednika, rozładowujące napięcie elementy humorystyczne, tym razem proponuje historię zdecydowanie mroczniejszą, w której miejsce prowincjonalnych kryminalnych porachunków zajmuje coś znacznie bardziej niepokojącego.
Wszystko zaczyna się od śledztwa, które stopniowo odsłania przed Joe Bobem przerażający obraz wydarzeń związanych z tajemniczymi rytuałami i majańskimi bóstwami w tle. Im więcej szczegółów wychodzi na jaw, tym trudniej traktować mu jednak całą sprawę jak kolejną zbrodnię, za którą stoją zwyczajni, choćby najbardziej zwyrodniali ludzie. Condon bardzo umiejętnie wykorzystuje przy tym motywy okultystyczne, nie pozwalając nam do końca rozstrzygnąć, czy mamy do czynienia wyłącznie z szaleństwami ludzkiego umysłu, czy może za wszystkim kryje się coś, czego racjonalnie wyjaśnić zwyczajnie nie sposób.
Pod tym względem „Ta teksańska krew” ociera się momentami o atmosferę pierwszego sezonu „Detektywa”. Podobnie jak w serialu Nica Pizzolatto, rzeczywistość prowincjonalnej Ameryki zaczyna tutaj stopniowo nabierać niemal metafizycznego wymiaru, a kolejne odkrycia prowadzą bohaterów coraz głębiej w ciemność. Co ważniejsze, autorzy nie potrzebują do tego jednoznacznego potwierdzania obecności sił nadprzyrodzonych. Wystarczy im odpowiednio zasugerować pewne możliwości i pozostawić kilka niepokojących szczegółów bez wyjaśnienia, by pozwolić żeby wyobraźnia czytelnika zrobiła resztę roboty.
Bardzo dobrze wypada również sama konstrukcja narracyjna. Całą historię poznajemy bowiem za sprawą retrospekcyjnych wspomnień Joe Boba, który po latach wraca myślami do wydarzeń odciskających na nim tak głębokie piętno. Condon regularnie przenosi nas pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, pozwalając z jednej strony obserwować przebieg dawnego śledztwa, z drugiej zaś przyglądać się temu, jak po upływie czasu postrzega je sam szeryf. Dzięki temu otrzymujemy nie tylko zapis kolejnych wydarzeń, ale też obraz człowieka próbującego zrozumieć coś, z czym być może nigdy nie zdoła się pogodzić.
Swoją cegiełkę dokłada tu oczywiście Jacob Phillips, którego oprawa graficzna znakomicie współgra z charakterem opowieści. Jego rysunki nie próbują epatować przesadną szczegółowością, ale za to doskonale oddają atmosferę teksańskiej prowincji, gdzie pozornie zwyczajna codzienność może w jednej chwili odsłonić wyjątkowo paskudne oblicze. Szczególnie dobrze wypada operowanie światłem i kolorem, dzięki któremu kolejne sceny nabierają niemal namacalnego ciężaru. Phillips potrafi też odpowiednio wyeksponować ciszę i pozornie nieistotne momenty, pozwalając, by napięcie budowało się nie tylko poprzez dialogi czy wydarzenia, ale również sam obraz.
Drugi tom „Tej teksańskiej krwi” jest więc kontynuacją o tyle interesującą, że zamiast zwyczajnie powielać rozwiązania znane z poprzednika, wykorzystuje jego największe zalety do opowiedzenia historii o znacznie cięższym kalibrze. Nadal mamy tu charakterystyczną dla serii ironię i prowincjonalny koloryt, ale tym razem zostają one podporządkowane opowieści o zbrodni, której konsekwencje wykraczają daleko poza samo śledztwo. Condon i Phillips udowadniają przy tym, że potrafią znakomicie odnaleźć się na pograniczu kryminału i okultystycznego thrillera, nie rezygnując z wiarygodności swoich bohaterów. A że przy okazji pozwalają nam jeszcze lepiej poznać Joe Boba, którego trudno nie darzyć coraz większą sympatią? Tym lepiej. Po dwóch albumach hrabstwo Ambrose pozostaje miejscem, do którego zdecydowanie warto wracać… choć prawdę mówiąc, samemu chyba wolałbym trzymać się od niego jak najdalej.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
Drodzy fani komiksów, otóż - jak głosi wpis: coś gnije w stanie Teksas.
No i prawda to, gnije.
Nie zmyślają.
Gdyż tandem Chrisa i Jacoba już można śledzić i oczekiwać na kolejne ich twory. Świetna kooperacja między rysunkiem a scenariuszem jest wyczuwalna już po kilku stronach.
Scena kończąca wątek pierwszy bardzo wymowna, już wiedziałem, że to komiks „na tak”
Ta Teksańska Krew zapowiada nielichą serię. Mocno, dosadnie, brutalnie i bez ceregieli nakreślone są tu sprawy i sprawunki, które śmiało zaczynają od kryminału, na mocnym dramacie kończąc.
Joe Bob, starszy już szeryf hrabstwa Ambrose, ma swoją intuicję i doświadczenie wyrobione przez lata. On jest głównym protagonistą - przyjemny, charakterny staruszek. Do miasteczka, po długim czasie nieobecności, wraca młody pisarz, który właśnie stracił brata. Chce dowiedzieć się, co się stało - chociaż los mu podpowiada, że starych rodzinnych spraw lepiej nie rozdrapywać.
Ale Randy jest mądrzejszy i to są jego ostatnie szczęśliwe dni.
168 stron, każda istotna, nie ma kiedy się ponudzić. Mimo, że to w zasadzie prosta opowieść, można nieco przeczuć, zanim zacznie się dziać gęste - to scenariusz umiejętnie rozpisany wciąga nielekko. Chris czuje komiksowe medium i widać to najpełniej przy świetnie wyważonych i prowadzonych dialogach.
Rysunkowo jest poprawnie, czysto i nad wyraz czytelnie. Kolory budują klimat, a zabawa kadrem dopieszcza całości, kiedy robi się grubo. Chociaż nie jest zaskakująco ani oryginalnie, to mnie się podoba i pod okiem leży elegancko.
Aż szkoda, że tak szybko się kończy. Mamy tutaj dwie opowieści, krótką i długą. Obie łączy Joe Bob, a całość przypomina mi trochę To Nie Jest Kraj Dla Starych Ludzi, głównie przez szeryfa - zmęczonego życiem, którego nic już nie zaskoczy. Główny wątek jest zamknięty, więc następne rozdziały zapewne zaserwują coś innego. Oby, bo dobre to było.
Takich komiksów wincyj!
Więcej na IG: @znakiem_tego
Ta Teksańska Krew Tom 2.
Wieczorami szeryf Joe Bob nie może spać. Coś złego czai się w hrabstwie Ambrose i choć chłop swoje lata już ma, to wciąż potrafi wyczuć niebezpieczeństwo. Podczas spotkania z koleżanką z pracy w przydrożnym barze wraca wspomnieniami do pewnej historii sprzed lat. A uwierzcie mi, jest o czym opowiadać!
Zaginęło dwoje rodzeństwa. Jedno z dzieci zostaje odnalezione martwe pośród pogorzeliska, które wygląda na miejsce jakichś mrocznych obrzędów. Drugie przepada bez śladu. Tymczasem do miasteczka przybywa prywatny detektyw Harlan Eversaul, który twierdzi, że w okolicy zagnieździło się prawdziwe zło w postaci sekty. Problem w tym, że nikt specjalnie nie chce wierzyć w jego rewelacje. No i wtedy robi się naprawdę grubo!
Kawał świetnego kryminału z typowo amerykańskim klimatem. Czuć tutaj ten specyficzny, filmowy sznyt, a atmosfera gęstnieje praktycznie z każdą kolejną stroną. Sama historia o sekcie może i nie jest niczym szczególnie odkrywczym, ale nadrabia to charakternymi postaciami i sposobem, w jaki twórcy stopniowo odkrywają przed nami kolejne elementy układanki. No i ta mroczna tajemnica w tle…
Szczególnie przypadła mi do gustu konstrukcja fabuły oparta na dwóch liniach czasowych. Całość momentami przywodzi mi na myśl mój ukochany pierwszy sezon True Detective. Mamy tajemnicę, niepokojący klimat małego miasteczka i poczucie, że pod pozornie spokojną powierzchnią kryje się coś naprawdę paskudnego.
Do tego dochodzą surowe ilustracje. Bez wodotrysków i artystycznych fajerwerków, ale za to świetnie oddające nastrój poszczególnych scen. Tutaj nie ma się specjalnie do czego przyczepić.
Aha jeszcze jedna sprawa: to samodzielna historia, więc jeśli macie ochotę na mroczny kryminał z amerykańskim sznytem, możecie śmiało po niego sięgnąć, nawet nie znając pierwszego tomu. Tylko brać i czytać!