Pierwszy tom epopei heroic fantasy rozgrywającej się na mitycznym lądzie, który potem został pochłonięty przez ocean. Atlantyda istnieje już półtora tysiąca lat i wydaje się niepokonana, jednak nawet największą potęgę można zniszczyć od środka. I taki właśnie plan ma podstępny kapłan Hak-Na. Dzięki magicznym specyfikom sprawia, że król Atlantydy staje się jego marionetką. Na szczęście w otoczeniu władcy są ludzie, którym zależy na dobru państwa. Jeden z nich płynie na południowe wyspy, gdzie przebywa okaleczony człowiek mogący ocalić imperium…
Autorem serii jest Włoch Stefano Martino, znany w Polsce z rysunków do humorystycznej opowieści fantasy „Lasy Opalu”, jednego z tomów cyklu „Orki i gobliny” (w ramach świata Akwilonu) czy pierwszej części mitycznej antologii „Wieszcz”.
9.09.2026
I
Kolor
Twarda
215x290 mm
72
59,99 zł
9788328178939

„Kroniki Atlantydy” nie próbują wymyślać fantasy na nowo, ale nadrabiają fabularną zachowawczość znakomitą oprawą graficzną i tempem, które właściwie nie pozwala na nudę.
Opowieści o wielkich królestwach chylących się ku upadkowi to jeden z tych motywów, które fantasy zdążyło już przerobić na wszystkie możliwe sposoby. Trudno zresztą oczekiwać, by każdy kolejny autor odkrywał w tym wszystkim Amerykę, zwłaszcza że sprawdzone schematy nie bez powodu pozostają w użyciu od dziesięcioleci. Pytanie brzmi raczej, czy potrafi zrobić z nich coś na tyle interesującego, żebyśmy chcieli śledzić losy kolejnego zagrożonego królestwa. W przypadku pierwszego tomu „Kronik Atlantydy” odpowiedź brzmi: owszem, choć niekoniecznie za sprawą samego scenariusza.
Tytułowa Atlantyda jest w albumie Stefano Martino krainą opływającą w dobrobyt, której przyszłość staje jednak pod znakiem zapytania, gdy zasiadający na tronie władca zaczyna coraz mocniej ulegać podszeptom złowrogiego maga. Kolejne wojny stopniowo destabilizują państwo, a ratunek może nadejść jedynie ze strony Eodena, wojownika, który przed laty porzucił dotychczasowe życie i wybrał samotność. Nie jest on przy tym przypadkowym bohaterem wezwanym na pomoc w godzinie próby, lecz bratem samego króla, a ich wspólna przeszłość skrywa kilka spraw, których najwyraźniej nigdy nie udało się rozwiązać.
Brzmi znajomo? Nic dziwnego, bowiem scenariusz „Kronik Atlantydy” zaskakująco chętnie sięga po gatunkowe schematy. Słaby monarcha manipulowany przez przebiegłego doradcę, spisek na najwyższych szczeblach władzy czy wygnany wojownik, na którego barkach spocznie przyszłość królestwa - wszystko to widzieliśmy już wielokrotnie. Ba, dostajemy nawet miłosny trójkąt, bo Eoden i jego brat darzą uczuciem tę samą kobietę, tyle że ostatecznie to drugi z nich został jej mężem. Sama królowa jest przy tym postacią na tyle rezolutną, że równie dobrze radzi sobie z politycznymi rozgrywkami, co z orężem w dłoni. Autorzy nie próbują jednak szczególnie komplikować tych zależności ani wywracać naszych oczekiwań do góry nogami.
Nie oznacza to bynajmniej, że komiks czyta się źle. Wręcz przeciwnie, bo choć scenariuszowi trudno przypisać szczególną oryginalność, jego autorzy doskonale rozumieją, jak utrzymać zainteresowanie czytelnika. Akcja pędzi na złamanie karku, a bohaterowie właściwie nieustannie muszą mierzyć się z kolejnymi problemami. Wydarzenia następują po sobie tak szybko, że momentami można odnieść wrażenie, iż materiał zawarty na nieco ponad sześćdziesięciu stronach spokojnie wystarczyłby na dwustustronicowy album. Oczywiście odbywa się to kosztem pogłębienia postaci i niektórych wątków, ale przynajmniej trudno zarzucić opowieści, że gdziekolwiek niepotrzebnie drepcze w miejscu.
Prawdziwym powodem, dla którego warto jednak sięgnąć po „Kroniki Atlantydy”, jest ich oprawa graficzna. Plansze zachwycają bogactwem detali, a soczysta kolorystyka sprawia, że fantastyczny świat niemal wylewa się poza ramy kadrów. Co ważniejsze, twórcy potrafią przy tym znakomicie operować skalą. Dynamiczne sekwencje, w których niemal czuć pęd wydarzeń, kiedy trzeba ustępują miejsca monumentalnym panoramom, pozwalającym nacieszyć oczy rozmachem wykreowanej Atlantydy.
O ile więc pod względem fabularnym „Kroniki Atlantydy” pozostają w okolicach sprawdzonej przeciętnej, tak realizacyjnie prezentują poziom, który skutecznie wynagradza scenariuszową zachowawczość. Czy jest to historia, do której będę wracał myślami przez kolejne tygodnie? Ano niekoniecznie. Jako szybka, niezobowiązująca rozrywka natomiast, album sprawdza się w sam raz.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Zanim Atlantyda zniknęła pod wodą, miała własnych władców, konflikty i wrogów działających w cieniu tronu. Kroniki Atlantydy tom 1 przenoszą czytelnika do fantastycznej wersji tej legendarnej cywilizacji, gdzie polityczne ambicje spotykają się z mitologią. Na pierwszy plan wysuwa się tu Eoden, wojownik próbujący zostawić przeszłość za sobą.
Scenariusz komiksu osadzony tysiące lat przed naszą erą od pierwszych stron stawia na szybkie tempo i bezpośrednie starcie z brutalną rzeczywistością. Obserwujemy tu historię Eodena, okaleczonego weterana żyjącego w odosobnieniu na wyspie. Jeżo żywot nabiera wyrazistości, gdy dawny znajomy przynosi mu wieści o szaleństwie jego brata zasiadającego na atlantydzkim tronie.
Rozgrywająca się równolegle intryga polityczna sterowana przez chciwego kapłana Hak-Na napędza w albumie wydarzenia w sposób bardzo pragmatyczny, nie siląc się na zbytnie udziwnienia. Fabuła czerpie pełnymi garściami z klasycznych motywów gatunku, co z jednej strony ułatwia wejście w świat przedstawiony, z drugiej zaś sprawia, że pewne zwroty akcji stają się dość przewidywalne już w połowie lektury.
Znacząca siła tej historii tkwi raczej w czytelnym punkcie zapalnym niż w fabularnej rewolucji. Eoden nie wraca do działania dlatego, że nagle odkrywa w sobie ambicję zdobycia tronu. Zmusza go do tego sytuacja, w której osobiste uczucia zderzają się z problemem znacznie większym niż on sam. Dzięki temu intryga ma emocjonalny rdzeń, nawet jeśli jej główne elementy są łatwe do rozczytania.
Album otwiera większą historię i musi przedstawić główne postacie, ich relacje oraz zagrożenia. Taki początek ma swoje ograniczenia, ale nie przekreśla opowieści. To fantasy, które stawia na szybkie uruchomienie konfliktu, a nie na długie przygotowywanie gruntu pod wydarzenia. Czytelnik dość szybko rozumie, o co toczy się gra, ale samo to potrafi być dość angażujące.
Główny bohater albumu, Eoden, wypada tu dość przekonująco i ciekawie. Dobrze rozpisany jest rozdźwięk między jego przeszłością a teraźniejszością. To wojownik, który wiele stracił i zdecydował się odsunąć od świata, zamiast bez końca walczyć o odzyskanie dawnej pozycji. Daje mu to więcej charakteru niż typowemu herosowi, który od pierwszych stron marzy o kolejnym zwycięstwie.
Kontrastuje z nim jego brat, król Leoden. Leoden nie jest pokazany tu jedynie jako władca, który podejmuje złe i nieprzemyślane decyzje. Jego podatność na manipulację Hak-Na staje się istotną częścią konfliktu. To interesujący punkt wyjścia, ponieważ zagrożenie dla państwa wynika nie tylko z działań zewnętrznego przeciwnika, ale także ze słabości osoby stojącej na jego czele. Hak-Na pełni natomiast funkcję wyraźnego antagonisty. Ma wpływ na władcę i własne ambicje, a jego obecność spaja wątki związane z religią, polityką i kontrolą.
O ile męska część obsady spełnia swoje zadanie, o tyle postacie kobiece budzą spory niedosyt. Zarówno królowa Leyon, jak i pojawiające się w fabule amazonki czy Valkyrie stoją na pograniczu dwóch sprzecznych wizji. Z jednej strony dialogi i przebłyski z przeszłości sugerują, że Leyon to kobieta odważna i dorównująca charakterem wojownikom. Z drugiej zaś strony scenariusz sprowadza ją głównie do roli damy w opałach, która staje się kartą przetargową w łękach potężniejszych od niej mężczyzn.
Postacie w pierwszym tomie mają więc czytelne role i łatwo uchwycić łączące je zależności. Nie wszystkie zyskują jednak równie mocny indywidualny rys.
Bardzo mocną stroną albumu jest kreacja świata. Uniknięto tu na szczęście sterylnej, błyszczącej wizji Atlantydy jako zaawansowanego technicznie utopijnego miasta, stawiając w zamian na surowy, wręcz barbarzyński klimat z pogranicza opowieści spod znaku Conana.
Atlantyda w tej wersji to przestrzeń duszna, niebezpieczna i naznaczona religijnym fanatyzmem. Rankoom, stolica królestwa, tętni życiem, ale jest to życie podszyte strachem i polityczną korupcją. Przenikanie się wpływów kulturowych, od prekolumbijskich akcentów, przez elementy nordyckie, aż po klasyczny antyk, buduje intrygujący, ektlektyczny miks.
Od strony wizualnej komiks prezentuje się fenomenalnie. Stefano Martino pokazuje mistrzowskie opanowanie warsztatu, dopracowując każdy kadr. Największe wrażenie robią kadry przedstawiające architekturę oraz dziką przyrodę. Ponadto detale na pancerzach żołnierzy, faktura kamiennych budowli czy projekty uzbrojenia stoją na najwyższym poziomie.
Równie okazale wypadają sekwencje pojedynków i starć zbiorowych. Dynamika kadrów, anatomia postaci w ruchu i płynność przechodzenia między poszczególnymi scenami sprawiają, że walki czyta się jak wyreżyserowane widowisko kinowe. Praca kolorem doskonale uzupełnia surowy ołówek Martino. Ciepłe, nasycone barwy światła słonecznego kontrastują z mrocznymi, zimnymi odcieniami w scenach poświęconych rytuałom kapłanów. Oprawa graficzna nie tylko buduje więc nastrój, ale nadrabia wszelkie niedociągnięcia scenariuszowe.
Największym problemem pierwszego tomu jest przewidywalność podstawowych elementów fabuły. Okaleczony wojownik, król pozostający pod wpływem przebiegłego kapłana, rywalizacja braci i kobieta, której los splata ich drogi, to konstrukcja, którą łatwo rozpoznać. Sama treść jest ok ale brakuje jej jakieś większej wyrazistości.
Zastrzeżenia budzi również sposób, w jaki przedstawiane są kobiety. Skąpe stroje i zmysłowe pozy pojawiają się na tyle często, że trudno uznać je za przypadkowy detal. Taki wybór może zawężać odbiór komiksu i sprawiać wrażenie, że bohaterki mają przede wszystkim przyciągać wzrok, a dopiero w dalszej kolejności funkcjonować jako pełnoprawne postacie.
Kroniki Atlantydy tom 1 najwięcej tracą tam, gdzie mogłyby zaryzykować. Zamiast mocniej rozwinąć własne pomysły, często korzystają z bezpiecznych rozwiązań gatunkowych. Dopracowana grafika i atrakcyjne tło podtrzymują zainteresowanie, lecz nie sprawiają, że wszystkie słabości scenariusza przestają być widoczne. To właśnie od kolejnych części zależy, czy cykl rozwinie swój potencjał, czy pozostanie efektownym, ale znajomym wariantem heroic fantasy.
Mimo czytelnych schematów i kilku potknięć warsztatowych komiks broni się jako bardzo sprawnie zrealizowana rozrywka heroic fantasy. Czy warto wydać na niego pieniądze? Tak, jeśli szukasz szybkiej, efektownej przygody w klimatach klasycznego miecza i magii.
Więcej recenzji na POPKulturowy Kociołek