Na warsztacie #18: Michał „Śledziu” Śledziński

Data publikacji

12.03.2026 06:00

Kategorie

Na warsztacie

Dziś w ramach cyklu Na warsztacie oddajemy nasze łamy Michałowi Śledzińskiemu. Śledziu okazał się wdzięcznym gościem, bo odwdzięczył się na nasze zaproszenie treściwym tekstem okraszonym obfitą prezentacją wizualną.  

Śledziu pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych współczesnych polskich artystów komiksowych. Scenarzysta i rysownik, twórca filmów animowanych zatrudniony w studiu Ego Film. Współtwórca i redaktor naczelny (kultowego) magazynu komiksowego Produkt, człowiek, który stworzył (kultowe!) Osiedle Swoboda, autor trylogii Na Szybko SpisaneCóż tu mogę jeszcze więcej dodać? Po prostu – prawdziwa legenda polskiej sztuki komiksowej, która jeszcze nie złożyła broni i dalej ciśnie komiksy.

A nad czym obecnie pracuje?

Cześć! Dzięki za zaproszenie i możliwość pokazania, co tam aktualnie u mnie na warsztacie. A trochę tego jest (z jednego, gotowego tytułu, który razem z kolegą zmajstrowaliśmy wydawca już powoli się wysypuje), więc musiałem dokonać wyboru i padło na trzeci tom serii „Czerwony Pingwin musi umrzeć!”.

To parę słów o tym co to w ogóle jest, tym bardziej, że kolejne części komiksu wychodzą dość rzadko, co ma swoje wytłumaczenie. „CPMU!” to seria fantastyczno-awanturnicza, w rolach głównych występuje załoga statku Śpiący Prosiak w składzie Budo (kapitan), Momo (kucharz pokładowy), Bebetto i Wypluch (razem stanowią siłę ognia) oraz Wisień (cherry-ninja). W dużym skrócie: cała ekipa stara się odzyskać swój statek z pierzastych łap podłego pirata Papugatty a przy okazji, niemal przypadkiem, uratować System, czyli zbiór planet-światów. Przez komiks przewija się także spora grupka bohaterów drugoplanowych i dość tragicznych. Ale o czym to jest tak naprawdę? O ambicjach, o stracie, o roli rodziny, kłamstwach, którymi jesteśmy karmieni, bywa, że dla naszego dobra, o toksycznych relacjach. Ogólnie o tym, jak z ludzika stać się osobą w niesprzyjających warunkach. 

Pierwsze plansze tej historii powstały w 2011 roku. Podzieliłem się nimi wtedy na blogu, buńczucznie stwierdzając, że to już czas na komiksową zabawę. Miałem na myśli, że polscy twórcy nie muszą już się mierzyć z rzeczywistością, wielkimi tematami ku uciesze mediów, które nad komiksem pochylą się wyłącznie wtedy, kiedy jest o holokauście, biedzie i smutku. Oczywiście, myliłem się i pierwszy tom stał się najgorzej, bo najdłużej, sprzedającym się komiksem w historii moich publikacji. I to pomimo bardzo entuzjastycznych recenzji oraz zadowolonych głosów czytelników, którzy komiks przeczytali. Widocznie na bardziej kolorowy mainstream w wykonaniu krajowego twórcy było wtedy za wcześnie, albo temat nie sklejał się umysłowo z autorem „Osiedla Swoboda” i środowiskowe neurony wypadały z szyn.

To jedna z przyczyn, dla których seria tak rzadko gości na półkach. Powód drugi to moje pójście w animację, kolejną średnio płatną za to ekstremalnie czasochłonną czynność narracyjną, które nastąpiło kilka miesięcy po premierze pierwszego albumu w 2013. Powód trzeci to czas pracy nad pojedynczą planszą tej serii. Wiecie, drugi tom CPMU! to było, jak obliczyłem, ponad 1100 godzin za biurkiem (co zostało zauważone w 2021 przez „Nową Fantastykę”, która uhonorowała komiks, jako najlepszy polski fantastyczny tytuł roku)!

Niewątpliwie jest to komiks „premium” w porównaniu do reszty mojej roboty. Wiecie, teraz to już nie robi wrażenia, masa ludzi tak pracuje, ale kiedy ukazywała się “jedynka”, mało kto w krajowym komiksowie tak bawił się teksturami, pędzlami, tak mieszał kolory. Szkic i kontur powstają w miarę szybko, to prawda, ale cała reszta to kilkugodzinna harówka. Praca nad kadrem częściej przypomina tworzenie layoutu pod animację, niż klasyczną, komiksową robotę. Modele, plany, wszystko powstaje na osobnych warstwach, czas jest wysoką ceną za ten system pracy. Nagrodą to jak to finalnie wygląda.

„CPMU!” to mój szczery miłosny list do tego, czym nasiąkałem jako dzieciak: amerykańskich i japońskich kreskówek z lat 80-tych i 90-tych, przygodowych komiksów z tamtych czasów, motyw kosmosu, w którym można oddychać podprowadziłem z “Jazona z gwiezdnego patrolu”, posturę głównego bohatera z „Dragon Balla” a jego marynarski strój to mrugnięcie okiem w kierunku i Popeye’a, i naszego Kajtka majtka. Jest sporo nawiązań do “Gwiezdnych Wojen”, łącznie z ukrytymi cytatami w kadrach prostu z fotosów, które można było znaleźć kiedyś przy salach kinowych. Większość z nich nie jest tak oczywista, jak w moich pozostałych publikacjach, ale wiem, że część czytelników podprogowo czuła się zaopiekowana w czasie lektury, nawet nie będąc w stanie konkretnie wskazać – dlaczego. To dodatkowa wartość tego tytułu. To seria, przy której naprawdę twórczo odpoczywam, cieszę się nią, ten luzik i radość aż wylewa się z kadrów.

Tom trzeci jest już na całkiem zaawansowanym poziomie. Jeszcze nie mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że płynę prosto do portu, ale jestem blisko. Moim marzeniem jest zamknąć całość przed wakacjami. Część dodatków (galeryjnych) już jakiś czas temu powstała w klasyczny sposób, co widać gdzieś obok. Mam też nadzieję, że Kultura Gniewu wznowi poprzednie albumu, ta seria zdecydowanie zasługuje na więcej miłości ze strony krajowych czytelników.

Czerwony Pingwin musi umrzeć! #03

Pochodzenie

Komiks polski

Wydawca Polski

Kultura Gniewu

Data Wydania

2026

Wydanie

I

Druk

Kolor

Oprawa

Twarda

Format

235×165 mm

Liczba Stron

100

Zobacz