To ptak… Nie! To samolot… Nie! To Invincible!

Data publikacji

18.03.2026 06:00

Kategorie

Publicystyka

Dziś, z okazji premiery czwartego sezonu serialu Invincible na Prime Video, wracam do swoich korzeni. Mam dla Was tekst, który napisałem trzynaście lat temu, a który ukazał się na łamach dwunastego numeru miesięcznika Nowa Fantastyka z 2013 r. Były to czasy kiedy światem rządziły Żywe Trupy, a Invincible skrywał się w ich cieniu, mimo że był i jest serią znacznie lepszą, o czym większe grono odbiorców popkultury mogło się przekonać dopiero w 2021 r. Tekst pozwoliłem sobie nieco przeredagować i rozszerzyć o kilka dodatkowych akapitów nawiązujących do współczesności. Życzę miłej lektury.

Invincible (Niezwyciężony) nie jest bohaterem na miarę archetypów, które znamy z łam komiksów DC czy Marvela. Swoich mocy nie zdobył przez przypadek, w wyniku nieudanego eksperymentu, traumy z dzieciństwa czy też ponadprzeciętnej inteligencji. Po prostu się urodził. Mark Grayson jest synem Ziemianki oraz przedstawiciela obdarzonej niezwykłą siłą i wytrzymałością rasy Viltrumian. Już jako licealista świadomie przywdziewa charakterystyczny uniform i rusza na krucjatę przeciwko wszelkiej maści zwyrodnialcom. Świat, w którym przyszło mu się urodzić też różni się od tych, które spłodziły np. Iron Mana czy Batmana. Od wielu lat funkcjonują w nim superbohaterowie w kolorowych kalesonach, którzy działają w pojedynkę, w grupach, tworzą korporacje, związki zawodowe, a także znajdują się na usługach rządu USA. Invincible nie jest w nim wyjątkiem. Zatem co czyni go postacią szczególną zarówno w jego uniwersum jak i na tle superbohaterów Marvela i DC?

Pastisz jako droga do celu

Po sprawdzeniu się jako niezły scenarzysta w kilku pobocznych mini-seriach, Image Comics dało Robertowi Kirkmanowi szansę wystartowania z własnym autorskim tytułem. Na pierwszy ogień miał trafić Science Dog, który był pulpową opowieścią o psie-naukowcu szukającym przygód w świecie przyszłości. Pomysł nie chwycił, a że wydawca zamierzał wprowadzić w obieg nową linię superbohaterów, okazja nadarzyła się sama. W styczniu 2003 roku (czyli dziewięć miesięcy przed debiutem Żywych Trupów) na sklepowe półki trafił pierwszy numer Invincible z rysunkami Cory Walkera. Pod względem sprzedaży uplasował się na trzecim miejscu wśród tytułów z nowej linii Image. Był to wynik dość zadowalający, jednak kolejne zeszyty znacznie traciły na popularności przez co w pewnym momencie pojawiła sie groźba zawieszenia serii (jak się później okazało, identyczne fatum spotkało również Żywe Trupy). Tak więc Kirkman zmuszony był rozhuśtać fabułę znacznie wcześniej niż to planował. Wyszło mu to tylko na dobre, ale zacznijmy od początku.

Invincible 01
Invincible #1

Mark Grayson został pomyślany jako mieszanka dwóch popularnych bohaterów. Posiada nadludzką siłę, szybkość i wytrzymałość jak Superman (bez udziwnień w stylu supersłuchu, rentgenowskiego wzroku, laserów z… oczu czy lodowego oddechu) oraz zupełnie zwyczajne nastoletnie życie i związane z tym problemy, jak Spider-Man. Chodzi do liceum (a później na studia), stara się dobrze uczyć, pracuje w smażalni burgerów Burger Mart i czyta komiksy. Ma sławnego ojca, który jest poczytnym pisarzem a przy okazji, incognito, kosmitą i najpotężniejszym superbohaterem Ziemi znanym jako Omni-Man. Gdy w okresie dojrzewania pojawiają się u niego moce, życie zaczyna nabierać kolorytu. Pierwsze potyczki z przestępcami, zawieranie znajomości z innymi super-nastolatkami, wybieranie pseudonimu i kostiumu to obowiązkowe przystanki na drodze do bycia cenionym pogromcą zła.

Robert Kirkman jawnie nawiązywał do genezy wielu znanych postaci, przy okazji wyśmiewając i wręcz szydząc z najważniejszych aspektów kreujących herosów. Sparodiował Batmana, Wonder Woman, a przy okazji jednocześnie Ligę Sprawiedliwych i Avengersów, Rorschacha i wielu innych, uwypuklając gatunkowe przywary, mieląc znane i ograne do granic możliwości motywy. Nabijanie się, wytykanie palcem i robienie sobie jaj miało na celu łagodne wprowadzenie czytelnika w nowo wykreowane uniwersum, gdzie humorystyczna teen drama szybko ustąpiła miejsca znacznie ciekawszym i dramatyczniejszym wydarzeniom.

Krwawa rewolucja

Omni-Man przybył na Ziemię jako agent do spraw rozwoju planet. Jego zadaniem, jako przedstawiciela genetycznie i socjologicznie doskonalszej rasy, była opieka nad globem do czasu, aż osiągnie akuratny poziom umożliwiający ingerencję z Viltrum. Mark całe dzieciństwo spędził w cieniu ojca, który wychowywał go na dobrego człowieka i porządnego superbohatera. Tym większe było jego zdziwienie gdy okazało się, że prawdziwa misja Omni-Mana to osłabienie ziemskiej obrony i przygotowanie jej na podbój wielkiego Imperium. Bowiem Viltrumianie to nie tyle potężne co bardzo agresywne istoty, których celem jest podporządkowanie sobie całego życia we wszechświecie. Tak więc w bestialski sposób giną członkowie elitarnego zespołu Strażników Planety (ostatnia linia obrony ludzkości), a Invincible staje do nierównej walki z własnym ojcem. Czytelnicy doświadczyli niemałego szoku. W powyższych scenach Kirkman zupełnie się nie patyczkował. Wprost ukazał efekty oddziaływania supermocy. Jeśli ktoś miał uderzenie o sile pędzącego pociągu, skutki musiały być odczuwalne. W jego komiksie nie było miejsca na insynuowanie scen walk i tak wszechobecną ich umowność, a postronnych ofiar takich starć nie brakowało. Było brutalnie, krwawo i zupełnie na serio – czyli tak jakby mogło to wyglądać w rzeczywistości. Był to na tyle mocny zwrot akcji, że zapewnił tytułowi zarówno wzrost zainteresowania, jak i sprzedaży.

Invincible 11
Invincible #11

Mark, jako postać z którą niewielu bohaterów w jego świecie może się równać, został ostatnią deską ratunku amerykańskiego rządu. Był wysyłany tam, gdzie inni zawodzili, a to ze względu nie tylko na siłę fizyczną, ale umiejętność rozwiązywania problemów również za pomocą głowy. Niejednokrotnie udowodnił, że dialogiem i próbą dotarcia do sedna problemu, można go rozwikłać bez użycia pięści. Rządowe misje w Atlantydzie, na Marsie i wielu zakątkach Ziemi (a także epizodyczne wyprawy do innych wymiarów i na obce planety) kończyły się powodzeniem bez zbędnego rozlewu krwi.

I o ile przemoc stanowi ważny element i jest mocno eksponowana w serii – nadaje jej sznytu i charakteru, o tyle ważniejsze wydaje się być zaplecze uczuciowe, rodzinne i zawodowe. To właśnie relacje między poszczególnymi postaciami (na linii ojciec-syn, mąż-żona, chłopak-dziewczyna, brat-brat) determinują czyny i nadają bieg wielu wydarzeniom. Kirkman jako oddany miłośnik gatunku superhero przetwarza go po swojemu i prezentuje w zupełnie nowych, atrakcyjniejszych ciuszkach. Bawi się konwencją. Bardzo konsekwentnie rozwija nie tylko własnego bohatera ale i całe uniwersum. Nie powinno się bowiem zbytnio przyzwyczajać do panujących realiów, gdyż autor nie należy do grupy twórców, którzy przez dziesiątki numerów powielają te same patenty. Największą zaletą Invincible jest właśnie jego nieprzewidywalność. I nie chodzi tutaj o to, który z bohaterów nie przeżyje w danym epizodzie – co znamy już z Żywych Trupów – ale o sam fakt kierunku w jakim podąży historia.

Nic już nie będzie takie samo

Pomimo, że Kirkman garściami czerpie z klasyki gatunku i doskonale wie w jakiej porusza się konwencji, nie powiela jej schematów. Podczas gdy w tytułach Marvela i DC realia oraz bohaterowie ulegają pozornym ewolucjom, w Invincible postacie rzeczywiście dojrzewają, nabierają doświadczenia, starzeją się, a świat idzie do przodu. Mark szybko zdaje sobie sprawę, że podział na dobro i zło jest mylący, że sam nie do końca podejmuje słuszne i mądre decyzje. Naraża się przez to rządowym decydentom, zostaje wyjęty spod prawa, ryzykuje utratą miłości swego życia. Ale wierzy w zasadność swoich wyborów. Kirkman stara się aby wprowadzone zmiany naprawdę znalazły oparcie w słowach „nic już nie będzie takie samo”, tak często nadużywanych przez wydawnictwa z wielkiej dwójki. Nie boi się posłać na śmierć setek tysięcy mieszkańców Las Vegas i Paryża, czy zmienić geograficzne granice lądów tym samym wybijając pokaźny procent rodzaju ludzkiego. A co się stanie gdy, któraś z ulubionych postaci czytelników zginie? Możemy mieć pewność, że nigdy nie zmartwychwstanie (z drobnym wyjątkiem jakim jest Immortal). Autor wielokrotnie podkreślał, że nie zamierza uciekać się do tanich sztuczek, twierdząc, iż wciąż jest to największa bolączka gatunku.

Invincible 61
Invincible #61

Temat tabu jakim w komiksach superhero jest seks, na łamach Invincible jest obecny od pierwszych numerów, co jest przecież naturalnym elementem ludzkiego – ale też superbohaterskiego – życia. Jednak w opozycji do przemocy, jest on zaznaczony w sposób subtelny, delikatny, a czasem i dowcipny. Aborcja? Związki homoseksualne? Też są. Kirkman zupełnie nie boi się podejmować tych wątków, ale nie robi tego też nachalnie. Przewijają się gdzieś w tle, są mocno zaakcentowane ale nie traktuje ich jako wielkich wydarzeń robiących jedynie szum wokół serii. Również podejmowany w mediach temat skąpo odzianych bohaterek, często wyglądających jak gwiazdki porno, autor sprytnie rozwiązuje. Dla przykładu, Atom Eve, w oczach wielu męskich czytelników ikona seksapilu, znacząco przybiera na wadze, z zaakceptowaniem czego nie ma problemu ani jej chłopak ani otoczenie.

Na łamach serii pojawiły się dziesiątki postaci złych, dobrych, niejednoznacznych i przede wszystkim ciekawych. Czasami służą jako wypełniacz tła, czasami debiutują i zaraz giną, czasami odgrywają znaczące role, ale zawsze pozostawiają po sobie mnóstwo wrażeń. Fani Invincible bardzo często mają problem ze wskazaniem swojego ulubionego bohatera gdyż każdy z nich budzi wiele emocji. Dwa czarne charaktery, jak Angstrom Levy i Conquest, już wielokrotnie trafiały na listy ulubionych złoczyńców obok Gubernatora (znanego z Żywych Trupów), Jokera, Lexa Luthora, Doktora Dooma czy Magneto. Z kolei Allen the Alien, Battle Beast, wspomniana już Atom Eve, Dinosaurus i wiele innych przoduje w rankingach ulubionych bohaterów. Niebywała wręcz wydaje się umiejętność Kirkmana w konstruowaniu postaci wieloznacznych, wciągających, wielowymiarowych i tak mocno oddziaływujących na czytelnika.

I choć główny bohater dorośleje, przez co seria z tytułu dla nastolatków szybko ewoluuje w komiks dla znacznie starszych odbiorców (nie raz poszczególne zeszyty oznaczone były kategorią wiekową R), wciąż jest dla niej miejsce na parodiowanie i podśmiechujki z superbohaterszczyzny, aczkolwiek już nie w takich dawkach jak na początku. Invincible bardzo szybko udał się w ciemniejsze zaułki, obrał cięższe klimaty i z pastiszu przeobraził się w bardzo dojrzałą, samodzielną, wielowątkową opowieść, gdzie wiele elementów układanki trzeba odnaleźć i złożyć samemu.

Nie o mordobicie tu chodzi

Nieokiełznany talent Roberta Kirkmana do tworzenia świetnych historii uzupełniają dwaj rysownicy, Cory Walker i Ryan Ottley. Ten drugi przejął w ósmym numerze obowiązki regularnego ilustratora, dzięki czemu przez czternaście lat była okazja do obserwowania ogromnych postępów jakie poczynił ze swoimi zdolnościami. Obecnie to jeden z najciekawszych talentów na amerykańskim rynku, który nie tylko bardzo obrazowo ilustruje scenariusze ale tworzy także niebywałe projekty postaci, potworów, pojazdów i wielu innych struktur. Z kolei u Cory’ego Walkera również widoczny jest progres, jednak wracał on na łamy serii tylko okazjonalnie, gdyż to typ rysownika, który nie jest w stanie tworzyć w trybie comiesięcznym. Jednak to jemu zawdzięczamy ikoniczny wygląd kostiumu Niezwyciężonego i wielu innych bohaterów z uniwersum Kirkmana, a także projekty postaci do serialu Amazona. Trudno było wówczas znaleźć na amerykańskim rynku zespół twórców, który tak długo pracowałby ze sobą przy jednym tytule. Pod tym względem Invincible również wyróżniał się na tle innych opowieści. Zapewniało to nie tylko ciągłą spójność fabularną ale i graficzną, która dawała czytelnikom niesłychane poczucie stabilności.

Invincible 58
Invincible #58 – moja ulubiona okładka w całej serii

Seria wolna jest od nawarstwiających się wątków, nielogiczności i nieścisłości tak często gromadzących się w innych tytułach superhero. Zasługa w tym przede wszystkim Kirkmana, który jako kreator i wyłączny scenarzysta mógł pozwolić sobie na swobodne operowanie pomysłami. Bez uczepionych nad głową redaktorów i wymogów story-arców, bez przeszkód snuł pełnowymiarową opowieść, pozostawiając gdzieniegdzie tropy, które dopiero kilkanaście numerów później nabierały znaczenia. W tytułach z Marvela i DC takie elementy do tej pory szyte są grubymi nićmi, a i niekiedy redaktorzy nie są w stanie sprostać przeróżnym scenariuszowym potworkom.

W lutym 2018 r., po 144 numerach, Invincible dobiegł końca. Przez ten czas na łamach serii wydarzyło się bardzo dużo. Dramaty przeplatały się z radościami, bijatyki z dyskusjami, akcja przenosiła się z Ziemi w kosmos, a z kosmosu w inne wymiary. Postacie pojawiały się i znikały, gościnne występy zaliczali bohaterowie z innych komiksów (m.in. Spider-Man, Witchblade, Spawn, Savage Dragon). Zawsze było nieprzewidywalnie, intrygująco i ciekawie, bo Invincible to co prawda komiks, w którym główne skrzypce grają superbohaterowie, ale w gruncie rzeczy to opowieść obyczajowa. Docenili to przede wszystkim czytelnicy, pragnący uwolnić się z błędnego koła w jakim znalazły się inne tytuły z tego gatunku (co było widać po stabilnej sprzedaży), a także krytycy (nominacje do nagród Eagle, Harvey’a, Eisnera i innych) i twórcy wielu ówczesnych rankingów i zestawień, w tym redaktorzy magazynu The Time, którzy umieścili Invincible’a na liście dziesięciu najważniejszych i najciekawszych komiksów pierwszej dekady XXI w.

Invincible 144
Invincible #144

Drugie życie

Jednak najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że przez lata serię Kirkmana kojarzyła tylko „garstka” miłośników gatunku superhero. Ostatni zeszyt sprzedał się w nakładzie 16 800 sztuk, co było wynikiem nieco powyżej średniej dla całej serii, która peak zaliczyła przy okazji numeru setnego, sprzedając 44 985 kopii (wpływ na ten wynik miały liczne alternatywne okładki przygotowane przez innych twórców – sam zaopatrzyłem się w cztery z ośmiu). Dla porównania, 176 zeszyt Żywych Trupów, również z lutego 2018 r., rozszedł się w ponad 77 tys. egz. notując wówczas piąte miejsce w TOP100.

Po siedmiu miesiącach od wielkiego i naprawdę satysfakcjonującego finału, Invincible trafił w końcu również do Polski, dzięki wydawnictwu Egmont. I cóż, jego sprzedaż, łagodnie rzecz ujmując, była przeciętna, a nakład pierwszego tomu wyprzedawał się ponad cztery lat. Nad Wisłą czytelnicy dość nieufnie podchodzili wówczas do superbohatera spoza wielkiej dwójki, mimo, że krytyka mu sprzyjała.

Całe szczęście wśród tej „garstki” miłośników superhero byli Seth Rogen i Simon Racioppa, którzy na platformę Prime Video, w 2001 r., zaadaptowali komiks na animowany serial dla dorosłych i rozkręcili szał na Invincible’a do granic możliwości. Dziś premierę ma już czwarty sezon animacji, która stała się globalnym fenomenem, rozkręciła zainteresowanie samym komiksem, stworzyła przynoszącą dochody franszyzę (m.in. figurki, planszówki, gry video, odzież, a nawet burgerownię z logiem Burger Mart, w której pracował komiksowy Mark) i sprawiła, że Egmont zmuszony był zrobić dodruk całej 12-tomowej serii, który, no cóż, wyprzedał się szybciej niż ktokolwiek zakładał, pozostawiając wielu fanów w oczekiwaniu na kolejne wznowienie.

Jako wieloletniego fana serii (trafiłem na nią w 2008 r. i od tamtej pory zbierałem w zeszytach) cieszy mnie to całe zamieszanie wokół Invincible’a, bo ten świat wciąż żyje, rozrasta się i dociera do coraz szerszego grona odbiorców, którzy w końcu mogą docenić te wszystkie zabawy i triki Kirkmana. Nie ukrywam, że fajnie jest też postawić sobie na półce figurki z ulubionymi postaciami…

W maju 2025 r. Robert Kirkman i Ryan Ottley powrócili do komiksowego uniwersum ze spin-offem zatytułowanym Invincible Universe Battle Beast, w którym skupili się na nieznanych dotąd losach jednej z najciekawszych postaci drugoplanowych oryginalnej serii. I żeby uzmysłowić jak bardzo ten świat jest teraz popularny ponownie przytoczę statystyki.

Battle Beast 01
Battle Beast #1 – okładka nawiązuje do pierwszego numeru Invincible’a

Pierwszy numer sprzedał się w nakładzie blisko 400 tys. egzemplarzy i całkowicie wyprzedał na poziomie dystrybutora (Lunar Distribution) na tydzień przed oficjalną premierą w sklepach (8 maja 2025). Ze względu na ogromny popyt, wydawnictwo natychmiast ogłosiło drugi i trzeci dodruk, a do dzisiaj zeszyt doczekał się aż pięciu wznowień. Był to najlepiej sprzedający się debiut 2025 roku, przebijający wyniki takiego giganta jak Absolute Batman #1 od DC. Pamiętajmy, że siedem lat wcześniej, Invincible #144 dobił raptem do 16,8 tys. kopii.

Znamiennym jest też to, że całkiem niedawno wznowiono i kontynuuje się (bardzo zabawną zresztą) serię Capes, traktującą o wręcz czwartoligowych postaciach z uniwersum Invincible’a. Ale ten komiksowy świat ma do zaoferowania jeszcze więcej na łamach innych serii pobocznych, takich jak Atom Eve & Rex Splode (jeden tom), Brit (trzy tomy), The Astounding Wolf-Man (pięć tomów), Tech Jacket (trzy tomy), Guarding the Globe (dwa tomy) i Invincible Universe (dwa tomy), które również zyskują drugie życie dzięki nowym wydaniom, ale dostępne są też w ładnych wydaniach omnibusowych. Mam nadzieję, i trzymam za to kciuki, że Egmont w perspektywie najbliższych lat sięgnie również po te tytuły i ubarwi polskim czytelnikom obcowanie z najlepszą superbohaterską serią we wszechświecie.