W nowym wspaniałym świecie po Kapitanie Ameryce zostało tylko wspomnienie. Steve Rogers – człowiek, który dawniej nosił to imię – nadal jednak żyje… a raczej dryfuje bez celu w odmienionej Ameryce, w której wolność jest starannie wyreżyserowaną iluzją, a najpotężniejsi ziemscy bohaterowie stali się dla siebie obcy. Czy jednak amerykański sen naprawdę się rozwiał czy został tylko wypaczony?
U progu nowego roku Steve odkrywa prawdę ukrytą za fasadą idealnego społeczeństwa. Czas ucieka; z każdą godziną Ameryka chyli się ku upadkowi. Żeby ją uratować, Rogers musi ostatni raz zebrać Avengers. Czy ktokolwiek odważy się stanąć u jego boku? Czy legenda Kapitana Ameryki wystarczy, by rozpalić iskrę buntu w świecie, który bardziej niż tyranii obawia się… wolności?
Scenariusz tego albumu napisał Chip Zdarsky, laureat aż pięciu Nagród Eisnera i autor takich komiksów jak „Batman”, „Daredevil”, „Sex Criminals” i „Spider-Man. Historia życia”. Rysunki stworzył Daniel Acuña („Avengers”, „Uncanny Avengers”). Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Avengers: Twilight” #1–6.
22.04.2026
I
Kolor
Twarda
180x275 mm
208
119,99 zł
9788328175990

“Avengers: Zmierzch” imponuje przede wszystkim oprawą graficzną. Bo scenariuszem - już nie do końca.
Komiksy ze scenariuszem Chipa Zdarsky’ego coraz częściej pojawiają się w ofercie Egmontu. Ta częstotliwość to po prostu efekt wydawania dwóch topowych serii, czyli głównego runu Daredevila i głównego runu Batmana. To naprawde miejscami bardzo dobre czytadła z ambicjami, by być czymś więcej. Co ciekawe, polscy czytelnicy dopiero co zaczęli przygodę z komiksami tego autora, podczas gdy z USA dochodzą słuchy o wypaleniu zawodowym scenarzysty, który chciałby poświęcić czas autorskim seriom (jedna taka u nas wyszła - “Newburn” z Mucha Comics”). Co jeszcze ciekawsze - o podobnym rodzaju wypalenia, o usunięciu się na boczny tor jest najnowszy w ofercie Egmontu komiks amerykańskiego autora - “Avengers: Zmierzch”.
Opowieść Zdarsky’ego można uznać za rodzaj rewersu Powrotu Mrocznego Rycerza” Franka Millera. Dostajemy elseworld, w którym znani nam marvelowscy superbohaterowie są już starzy i niemal zapomniani, a Ameryka wygląda dokładnie tak, jak nigdy nie chcieli, żeby wyglądała. To potęga, która inwigiluje swoich obywateli i urządza samowolne ataki na swoimi granicami. W tym nowym wspaniałym świecie żyje zgorzkniały Steve Rogers, któremu trudno pogodzić się z tym co dzieje się z jego krajem i co dzieje się wokół niego, ale po pierwsze jest już za stary na interwencje, po drugie, toczy go poczucie winy za jeden straszliwy dzień z przeszłości, po którym obywatele odwrócili się od swoich superbohaterów. Można zatem rzec, że dawny Kapitan Ameryka po prostu egzystuje - bez celu, bez oczekiwań, ale też z narastającym poczuciem sprzeciwu i jak się możemy domyślać, w końcu to poczucie zostanie zastąpione działaniem.
Jak również możemy się domyślać patrząc po prostu na tytuł komiksu, to także historia o tym, jak dawni Avengers (są też oczywiście nowi Avengers) wracają do gry. To jednak wcale mnie jest łatwy powrót i właśnie w tym elemencie tkwi największy potencjał opowieści Zdarsky’ego. Z popkultury znamy takie ekipy aktywizujących się, dawnych bohaterów, aktualnie boomerów, którzy biorą sprawy w swoje ręce, choć u Zdarskyego nie jest to takie proste i fajne. Nie jest, bo Zdarsky napisał dramat - tu nie ma miejsca na superbohaterskie podśmiechujki, a i końcowy rezultat konfrontacji z głównym złolem tej historii jest z pewnością poruszający. Słowem, to historia na poważnie i powinniśmy to docenić, ale czasem jest aż za poważnie, a nawet bombastycznie. Bo komiks ten, to również krytyka współczesnej Ameryki, więc musi być odpowiednio patetycznie, kiedy z taką właśnie Ameryką dawni superbohaterowie zamierzają się rozprawić.
Przywołany wyżej “Powrót Mrocznego rycerza” był ostrą satyrą, był też karykaturą i z dzisiejszej perspektywy widać również, że i antycypacją tego, co może się zdarzyć niedobrego w Ameryce. “Avengers: Zmierzch” jest natomiast komentarzem oburzonego obywatela i ten komentarz zbyt często wychodzi poza ramy samej opowieści wskutek czego zamiast potakiwać autorowi głową, bardziej można czuć rozdrażnienie takim rodzajem fabularnej publicystyki. A przeciez fabuła jest tu naprawdę ciekawa, pomysły na nowe role starszych herosów intrygujace, tak samo jak zwroty akcji nawiązujące do klasycznych motywów przypisanych do danej postaci. A jednak coś w tej opowieści zgrzyta, co nie pozwala w pełni ją docenić.
Docenić trzeba za to pracę rysownika Daniela Acuny, który ma rozmach godny Alexa Roosa, ale jego technika jest inna, bardziej oszczędna, ekspresyjna w innym wymiarze, niedopowiadająca pewnych rzeczy. Poza tym, dzięki użytym w komiksie kolorom ten świat jest niedoskonały, brudny, nieprzyjazny - nie tak nieskazitelny formalnie jak ten wykreowany przez Rossa. Wspominam o tym twórcy, bo to przecież to on, bądź co bądź legenda komiksu, odpowiada za okładki w “Avengers: Zmierzch”. Szczególnie jedna zapadła mi w pamięci, z pewną superbohaterką przy której, z racji na jej wiek w fabule, Ross pozwolił sobie wyeksponować pewne niedoskonałości. Dopiero wtedy poczułem, jak dobra mogłaby być ta historia, gdyby Zdarsky nie zogniskował się na krytyce współczesności w iście kaznodziejskim tonie. W tym samym tonie ubolewał nad postawą potomka Starka, reprezentującego tu zapatrzone w siebie i w swoje możliwości, a tak naprawde mocno pogubione młode pokolenie.
Zamiast tego wystarczyłoby więcej uwagi poświęcić niedoskonałościom, czy po prosty fizycznym problemom podstarzałych superbohaterów. I tak, niby to tutaj mamy, bo przecież Kapitan Ameryka dostaje łupnia i to nie raz, ale to za mało, by ów portret był w pełni wiarygodny i niejednostronny. Rozumiem też, że miał być to rodzaj gorzkiej opowieści o tym, że idzie nowe i niegdysiejsze pokolenie poszło w odstawkę - zabrakło mi właśnie nieco więcej na temat tego nowego pokolenia, bo jeden Stark w żadnym wypadku nie oddaje pełni jego obrazu. I w efekcie zamiast gorzkiej i sprawiedliwie rozkładającej akcenty opowieści mamy kolejny hołd dla zwietrzałych amerykańskich superbohaterów, z których odbiorcy (szczególnie co kinowo-serialowi) coraz częściej drwią i mają ich dość. A to oznacza, że potrzebują innego rodzaju historii niż boomerski “Avengers Zmierzch”.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Nie spodziewałem się, że to powiem, ale Avengers Zmierzch to najlepszy komiks Marvela, jaki czytałem od dawna. Spore zaskoczenie, bo nigdy nie byłem fanem tego autora. A tu proszę! Już przy pierwszym kartkowaniu zachwycił mnie styl ilustracji, detale, dopracowanie.
Na szczęście fabuła też daje radę. Naprawdę! Dostajemy dystopijną przyszłość, w której dawni Avengers to już tylko ich cień, garstka zmęczonych, zdziadziałych bohaterów. Większość poległa podczas Dnia H, a ci, którzy zostali, mogą tylko patrzeć, jak młodsze pokolenie przejmuje pałeczkę… i radzi sobie świetnie. No, przynajmniej na pierwszy rzut oka.
Bo oczywiście coś tu śmierdzi. Młodzi są pod kontrolą rządu, karmieni propagandą i łykają wszystko bez popity. Społeczeństwo ma ograniczoną wolność, do tego stopnia, że nawet robienie zdjęć telefonem jest zakazane. I właśnie to zaczyna zwracać uwagę starej gwardii. W końcu nie o taki świat kiedyś walczyli. No więc ostatni raz trzeba się zebrać i spróbować coś z tym zrobić. Kurczę, te stare dziady mają tutaj takiego powera, taki charakter, że momentami miałem ciary!
Jasne, znajdziemy tu sporo znanych klisz, ale są one naprawdę dobrze prowadzone i równoważone świeżymi, ciekawymi pomysłami. Nie zamierzam jednak ich zdradzać, bo odkrywanie ich samemu daje masę frajdy.
Bawiłem się przy tym komiksie świetnie. Ten lekko cyberpunkowy klimat robi robotę i fajnie podkręca całość. No i jeszcze raz ilustracje! Re-we-la-cja. Masa detali, świetny design, kadry, które można oglądać bez końca.
Na koniec warto też wspomnieć o wydaniu: gruby, lekko matowy papier idealnie współgra z tym wizualnym przepychem.
Polecam bez wahania. Takiego Marvela chcę czytać!
Komiks ten i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek