„Powierz mi lepiej swojego syna. Nie ma w nim żadnego złego wpływu, jego umysł jest giętki niczym trawa… Będę potrzebował piętnastu, może dwudziestu lat, żeby całkowicie opróżnić jego głowę i nauczyć go drogi miecza, która rzuca na kolana bogów i kobiety”.
– Musashi Miyamoto
Wydanie zbiorcze komiksowej adaptacji powieści Thomasa Daya zabiera czytelników do Japonii u boku Musashiego Miyamoto – legendarnego ronina, „świętego od miecza” i autora słynnej Legendy pięciu kręgów (Gorin-no-shō).
Uwaga! Komiks tylko dla dorosłych.
Dla fanów: „Maska Fudo”, „Legenda o Szkarłatnych Obłokach”, „Izuna”, „Hitomi”, „Dynastia Smoków”, „Samuraj”, „Okko”, „Shogun”.
27.07.2026
I
Kolor
Twarda
240x320 mm
192
140,00 zł
9788368346763

Memory, find. “Musashi Miyamoto”. I wszystko jasne.
Na wypadek, gdyby jednak nie, to Musashi Miyamoto był japońskim roninem, kensei, czyli mistrzem miecza, twórcą szkoły walki dwoma mieczami, ale przede wszystkim był niezłym harpaganem. Musicie bowiem wiedzieć, że Musashi Miyamoto swój pierwszy pojedynek wygrał w wieku trzynastu lat, a w ogóle to stoczył ich w swoim życiu ponad sześćdziesiąt – że były to pojedynki na śmierć i życie, to nie muszę chyba dodawać, że wszystkie wygrał. Ale Musashi Miyamoto zajmował się też malarstwem, rzeźbą, kaligrafią, poezją, medytacją, był pisarzem i strategiem, a swoje życie poświęcił dążeniu do perfekcji we władaniu mieczem i poszukiwaniu Drogi – Drogi, którą pod koniec swojego życia był w stanie dostrzec w absolutnie każdym aspekcie życia. [1][2] Musashi Miyamoto swoją Drogę odnalazł, zrobili to także Federico Ferniani, Mikael Bourgouin, Yann Tisseron i Mathieu Mariolle, chociaż oni pojechali jednak na kodach i swój pomysł na komiks “Droga miecza” zgapili z powieści Thomasa Daya o tytule – a jakże – “Droga miecza” – nie, że ukradli, po prostu ją na potrzeby medium obrazkowego adaptowali, i to adaptowali w taki sposób, że wyszedł im całkiem konkretny komiks.
Komiksowa wersja “Drogi miecza” (czy książkowa również, tego nie wiem, bo sprawdzić nie miałem jak) koncentruje się i pisana jest z perspektywy Mikediego, dwunastoletniego syna jednego z japońskich możnych, którego to legendarny Musashi Miyamoto, pozersko ubijając wcześniej paru samurajów, za zgodą ojca zabiera ze sobą w trasę, jako podopiecznego. Skoro nośnikiem fabuły jest tu podróż, to i dla mnie punktem wyjścia będzie dziś tytułowa droga – i całe szczęście, bo już myślałem, że po prelekcji na Dniach Fantastyki zostanę ze swoją wiedzą na temat wędrówki w komiksie, jak Himilsbach z angielskim, a tu proszę, idealna okazja, żeby przyszpanować nadarza się już dwa tygodnie później. Będę tu też sam siebie cytował, ale od razu mówię, że wyrażam na to zgodę, więc oleję cudzysłowy i takie tam.
Jako że motyw drogi związany jest z metaforyzacją religijną, filozoficzną i mityczną, jest on bardzo wdzięcznym materiałem do tworzenia otwartych na interpretację opowieści charakteryzujących się wieloznaczeniowością. W przypadku “Drogi miecza” jest podobnie, choć tych znaczeń nie ma w niej aż tak wiele. Jest to zdecydowanie podróż formatywna, ale też podróż formatywna lekko niesztampowa. Role Musashiego i Mikediego to oczywiście te nauczyciela i ucznia, chociaż wymykają się one ciut utartemu schematowi i konwencji, głównie dzięki temu, że autorom udało się nakreślić charaktery bohaterów w niejednoznaczny sposób – dużą w tym rolę odegrało akurat uczynienie z Mikediego narratora, w efekcie czego Musashi, którego widzimy w komiksie, traci sporo ze swojej standardowej glorii i nieskazitelności.
Sam Musashi rzadko kiedy sprawdza się w roli mentora, a jego lekcje częściej konfundują młodego adepta bardziej, niż faktycznie czegoś uczą – przy okazji, może wyjdę tu na kompletnego ignoranta, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż samurajskim mądrościom wygłaszanym przez ronina bliżej do cytatów z książki Paulo Coelho, niż filozofii bushido. Mikedi jest z kolei przesiąknięty arystokratycznym poczuciem wyższości, brakuje mu doświadczenia i nierzadko chęci, a sam proces jego dorastania, zarówno fizycznego, jak emocjonalnego, również nie prowadzi do oczywistych konkluzji. Nietrudno się domyślić, że skomplikowana jest to relacja, zbudowana na niezrozumieniu, niechęci i strachu, raczej niż na przyjaźni i szacunku – i trzeba powiedzieć, że jest to ciekawe do tego stopnia, że nawet te pseudo-coelhowskie dyrdymały finalnie nie brzmią wcale tak źle.
Cały komiks to świetny przykład podróży fantastycznej, bo chociaż “Droga miecza” wykorzystuje faktyczne osoby, plus dzieje się w rzeczywistych lokacjach (na przykład taki wtręt europejski jest bardzo pomysłowy) w określonym historycznie czasie, scenarzyści zdecydowali się wpleść w nią liczne elementy fantastyczne, tak pod postacią specjalnie wydzielonych podrozdziałów, kiedy to poszczególne postacie snują opowieści, jak i bardziej bezpośrednio, jako część głównej linii fabularnej. Na planszach pojawiają się gigantyczne stworzenia morskie, duchy, magowie, czy wyjątkowo przerośnięte wężo-kobiety, a i same miejscówki, choć wyraźnie japońskie pod względem prezentacji i atmosfery, to momentami też wydają się odrobinę ufantastycznione – to wszystko działa i elegancko wpisuje się w konwencję opowieści.
Rysunki Fernianiego i barwy nałożone przez Fernandeza i Sapontiego są ekstra – od początku, do końca (a przez ‘koniec’ rozumiem galerię szkiców i concept artów). Pod względem stylu jest realistycznie i da się wyczuć ten specyficzny frankofoński sznyt, chociaż z drugiej strony plansze unikają powtarzalnych układów kadrów, a panele pojawiają się w nieregularnych aranżacjach albo kształtach. Dobór kolorystyki poszczególnych scen podkręca ich wydźwięk, i, w zależności od tego, co autorzy chcą osiągnąć, zmienia się od przytłumionych szarości, przenikliwych czerni, do łagodnych pasteli. Naprawdę dobrze wypadają wszelakiej maści elementy fantastyczne umieszczone w ilustracjach, czy to efekty magiczne, czy stwory/potwory. Dużo w “Drodze miecza” brutalności, która znajduje swoje odzwierciedlenie w odciętych głowach i tryskającej krwi, i traficie na niektórych stronach na sceny seksu – nic przesadnie wyuzdanego, ale trochę golizny jest.
Wrócę jeszcze na moment do tej drogi – jak na swój kapitalny format i jakość wydania w ogóle, ten komiks wcale taki drogi nie jest. Za wydanie zbiorcze od Wydawnictwo Lost In Time, zawierające wszystkie trzy oryginalnie opublikowane tomiki, czyli za 192 strony opowieści na grubym papierze dobrej jakości, pozwalającym (razem z formatem) docenić klasę ilustracji, za album dopracowany pod względem redakcyjnym (Jakub Syty – tłumaczenie, Iwona Gawryś – redakcja i korekta), i w końcu za solidny tom zawierający angażującą, niegłupią, a jednocześnie lekkostrawną historię, zapłacicie coś koło stówki. Dobra lektura.
Komiks do recenzji otrzymałem od Wydawcy, za co bardzo dziękuję.
[1] https://pl[.]wikipedia[.]org/wiki/Musashi_Miyamoto
[2]https://m[.]niten[.]org/english/instituto/miyamoto_musashi/musashi-biografia
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Droga Miecza to spektakularny wizualnie komiks. Historia legendarnego ronina Musashiego Miyamoto, który bierze pod swoje skrzydła młodego Mikediego Nakamurę. Ma go wychować zgodnie z Drogą Miecza, nauczyć walki, dyscypliny i życia. Cel tej misji okazuje się jednak daleki od szlachetnych ideałów. Gdy chłopak dorośnie, ma uwieść córkę Cesarza…
Droga do tego celu jest długa i wyboista. Mikedi musi nauczyć się nie tylko fechtunku, ale sposobu życia, cierpliwości, a nawet sztuki miłości (tej w komiksie jest dużo). Problem w tym, że chłopak jest porywczy, łatwo ulega pokusom, a wizja władzy coraz częściej kieruje jego myśli na ciemną stronę mocy. Tak, przypomina to historię Anakina z Gwiezdnych Wojen, choć tutaj wszystko jest zdecydowanie bardziej złożone i nie tak jednoznaczne. Do tego komiks nie próbuje być ultrarealistyczny, więc co jakiś czas pojawiają się baśniowe i symboliczne motywy.
Nie ukrywam jednak, że z samą fabułą miałem chwilami problem. Historia bywa dziwnie posklejana, niektóre przeskoki wydają się chaotyczne, postacie mogłyby zostać lepiej napisane, a dialogi nie zawsze brzmiały dla mnie naturalnie. Mimo to im bliżej końca, tym bardziej wciągałem się w opowieść. Finał naprawdę zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie i sprawił, że ostatecznie oceniam ten komiks wyżej, niż planowałem na początku. A warto dodać, że to naprawdę obszerna lektura.
Największą siłą komiksu są jednak ilustracje. To prawdziwa uczta dla oka. Owszem, kadry potrafią być chaotyczne, a przejścia między scenami są poszatkowane, ale sama jakość rysunków wynagradza te niedogodności. Ogromne, pełne detali plansze, przepiękne krajobrazy i świetnie dobrane kolory budują atmosferę niepokoju, która idealnie współgra z tym, co dzieje się w duszy chłopca. Piękna rzecz.
To nie jest lektura łatwa, czasem potrafi wymęczyć. Jednak ja ostatecznie bawiłem się bardzo dobrze i zdecydowanie mogę ten tytuł polecić, zwłaszcza osobom, które cenią komiksy potrafiące zachwycić stroną wizualną.
Komiks ten i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek