Brutalna psychologiczna opowieść o bohaterze, który działa po swojemu – bez kompromisów i fałszywego uśmiechu, za to z surową sprawiedliwością.
Marc Spector rusza tropem Czarnego Widma – wroga, który wydaje się zarówno zupełnie nowy, jak i niepokojąco znajomy. Kiedy Moon Knight próbuje rozwikłać tę zagadkę, budzą się w nim mroczne wspomnienia ostatniej misji jego najemnej grupy – Kowbojów z Karnaku. Przeszłość powraca z pełną siłą i nie odpuści, dopóki Marc nie odpokutuje. Pokuta może jednak kosztować go życie, ponieważ osłabiony Khonshu nie potrafi już wskrzeszać swoich Pięści. Czy Moon Knight zdoła pokrzyżować mordercze plany Widma, kiedy każda decyzja może się okazać ostatnią? I co – a raczej kto – czeka na niego w Duacie, Mieście Umarłych, gdzie sądzi się dusze?
Scenariusz tego albumu napisali Jed MacKay („Avengers”, „Black Cat”, „X-Men”) i David Pepose („Spencer & Locke”, „The O.Z.”, „Diabeł o mojej twarzy”). Rysunki stworzyli Alessandro Cappuccio („Strange Academy”, „Ultimate Wolverine”), Marcelo Ferreira, Federico Sabbatini i inni artyści.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Moon Knight” (2021) #25–30 i „Moon Knight: City of the Dead” (2023) #1–5.
17.06.2026
I
Kolor
Miękka ze skrzydełkami
167x255 mm
312
129,99 zł
9788328175709

Trzeci tom serii “Moon Knight” ze scenariuszem Jeda MacKaya z pewnością potrafi zaskoczyć niektórymi wątkami dwóch dłuższych opowieści zebranych w niniejszym wydaniu zbiorczym. Problem w tym, że w różnych momentach potrafi również znużyć swoją fabułą, a to już ciężkie przewinienie.
Wracając myślami do pierwszego tomu tej serii wydawanej w ramach Marvel Fresh, teraz już wiem, że wracam do tego, co było w niej najlepsze. Pomysł z nowojorską Misją Moon Knight, która miała odkupić winy superbohatera z okresu “Avengers. Era Khonshu” bardzo dobrze się sprawdził - różni, pogubieni życiowo bohaterowie na tle tego głównego stanowili charakterystyczną gromadę. Znaleźli w końcu jakiś sens w życiu, znaleźli odpowiedniego przewodnika. I to się sprawdzało.
Jednak zawsze istnieje granica - kolejni przeciwnicy, kolejne wyzwania ponad siły, kolejne komiksowe plansze na których toczą się efektowne z założenia walki, aż w końcu zaczynamy tego nie ogarniać. Kto walczy, dlaczego, w imię czego niby powinno być istotnre a jednak przestaje takie być - po prostu w komiksie superbohaterskim musi się dziać, musi być akcja i kolejni przeciwnicy, którzy ostatecznie zlewają się w jedno. Jed MacKay jakby to wyczuł i tym razem prowadzi swojego bohatera do punktu przełomowego, co nawet widać po tytułach poszczególnych historii - “Ostatnie dni Moon Knighta”, czy “Miasto umarłych” (to drugie jest akurat fabularną i chronologiczną zmyłką, bo jego fabuła dzieje się zaraz po pierwszym zeszycie (z numerem 24) z niniejszego albumu.
Mamy tu kolejnego przeciwnika, Czarne Widmo - zaczynając lekturę nie byłem wcale pewien, czy pojawił się on już w poprzednim tomie, czy to jednak ktoś nowy. Zresztą okazuje się to nie aż tak ważne. Ważne zaś jest, by skupić się mocno na podawanej kilkutorowo fabule, skacząc między retrospekcjami, a tu i teraz. I przez jakiś czas naprawde nie można tego co się dzieje ogarnąć, nawet jeśli historia z przeszłości Marca Spectora, kiedy nie był jeszcze superbohaterem okazuje się być intrygująca. Podejrzewamy oczywiście, że w jakiś sposób przeszłość musi się połączyć z tym, co wydarza się obecnie wokół superbohatera. No i pewnie, że się łączy, ale w pewnym momencie łapiemy się na myśli, czy to wszystko ma jeszcze sens.
Pojedynek z Czarną Maską realizowany przez kolejne zeszyty jest ciężki i poszatkowany narracyjnie, ale musi taki być, skoro prowadzi w stronę ostatecznych rozwiązań. To co dzieje się z bohaterami z Misji Moon Knight, co dzieje się z powracającym Zodiakiem jest tylko tłem (choć akurat Zodiak dostaje w tym tomie najciekawsze rozwiązanie fabularne). Może jedynie druga pięść Khonshu, czarnoskóry Yehya Badr pełni tu bardziej równorzędną rolę, a jego sesje terapeutyczne są równie ciekawe co te, których doświadczał Mark w pierwszym tomie. W każdym razie, to właśnie Marc Spector ma tu być najważniejszy - jego walka, jego rozszczepiona osobowość, jego dylematy. A naprawdę wygląda to tak, jakby był bezwolną marionetką, ofiarą jakiegoś fatum wykorzystywaną w kolejnych starciach, wyżej i wyżej na drodze do siedziby Czarnej Maski. Aż w końcu i czytelnik doznaje rodzaju rozdwojenia.
Bo w chwili, kiedy przerywam lekturę i zaczynam kartkować ów komiks, to jest on naprawdę fascynujący - skąpany w nietypowej palecie barw, z kadrami na których zamiast tła są ekspresyjne smugi kolorów - jakby zewnętrzny świat wokół bohatera przestawał istnieć albo po prostu widzimy go tak, jak on - oto szalony, surrealistyczny świat Moon Knighta, który obrazowo pokazuje na stronie tytułowej komiksu, Bill Sienkiewicz.
Ale jest też druga strona medalu - jakiś rodzaj męczarni w tej wspólnej podróży z głównym bohaterem - tracimy w niej poczucie sensu, czujemy się jak w scenariuszowym koszmarze, narracja się nie klei, podane jest to wyjątkowo ciężką ręką, bez płynności, w jakiejś nieprzyjemnej szarpaninie. I teraz pytanie - czy to może specjalny zabieg scenarzysty? Czy może tak bardzo chce pociągnąć do finału opowieści, że przestaje nad nią panować i zwala na głowę bohatera i czytelnika jakiś popkulturowy strumień narracyjnej świadomości, czy raczej wir - który może ich obu pochłonąć? Zaprawdę niełatwe czytelnicze doświadczenie, z którego wybawieniem wydawało się być pieciozeszytowe “Miasto umarłych” - ale nie było. Nawet nie mam siły o tej części pisać - w świecie umarłych jest bowiem superbohaterszczyna na pełnej, wzniosła misja, była ukochana Marca, zmarły i z tego powodu pałający żądzą zemsty brat Spectora - wszyscy na wszystkich w nieustannej akcji. - O bogowie! - jęknałem kończąc tę lekturę o nomen omen egipskich bogach. - Mam na razie dość Moon Knighta.
Choć nie będę się oszukiwał - jak tylko pojawi się nowy tom i tak będę musiał sprawdzić, co wydarzyło się po historii o ostatnich sekundach Moon Knighta,.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Trzeci tom Moon Knighta okazał się być dokładnie taki, jak się spodziewałem. Pierwszy świetnie wprowadził w ten świat, drugi rewelacyjnie rozwinął wszystkie pomysły i zachwycił psychodelicznym klimatem. A trzeci? Cóż, zgodnie z tradycją komiksów superbohaterskich dostajemy przede wszystkim wielki finał: pełen akcji, widowiskowych starć i domykania wszystkich rozpoczętych wątków.
Tym razem psychologiczna warstwa schodzi nieco na dalszy plan. Moon Knight wraz z ekipą Misji Midnight staje do ostatecznej walki z Zodiakiem, Czarnym Widmem i… własną przeszłością. To dość klasyczne zakończenie, ale na szczęście nie brakuje mu charakteru. Nadal czuć ten specyficzny, mroczny klimat, który wyróżnia całą serię i sprawia, że nawet bardziej standardowe rozwiązania po prostu działają.
Po zamknięciu głównej historii dostajemy jeszcze obszerną opowieść o Mieście Umarłych. I tutaj mam już nieco większy zgrzyt. Choć szaleństwo wręcz wylewa się z kadrów, to całe rozliczenie się z uniwersum Moon Knighta wydało mi się zdecydowanie zbyt słodkie. Nie tego oczekuję od tej postaci. Dla mnie Mark Spector powinien pozostać niezrównoważony, nieobliczalny i balansujący na granicy obłędu, a nie dostawać tak wygładzone podsumowanie.
Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się świetnie. Komiks wciąga od pierwszych stron, a jego oprawa wizualna nadal robi na mnie wrażenie. Jest efektownie, mrocznie i bardzo klimatycznie. Co prawda trochę zabrakło mi charakterystycznych efektów prześwietlenia, które tak bardzo podobały mi się w poprzednim tomie, ale nadal jest na czym zawiesić oko.
To zdecydowanie najlepsza seria o Moon Knightcie i spokojnie mogę ją polecić każdemu fanowi mroczniejszych historii superhero.
Komiks ten i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek