Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Kocham takie komiksy. Są dla mnie definicją znakomitej historii, ubranej zresztą w olśniewającego poziomu oprawę graficzną. Od rysunków począwszy, po znakomicie dobraną okładkę. A to, co kryje się w fabule… Po prostu klękajcie narody!
Parque Chas to dzielnica Buenos Aires, która przez swój iście labiryntowy układ ulic, owiana jest legendą. To najdoskonalszy chyba, najbardziej ekspresyjny – choć przyznać równocześnie należy, że w naszym kręgu kulturowym, mało rozpowszechniony – przykład zbioru urban legends. Opowieści o klątwie labiryntu, mającym więzić niefortunnych wędrowców w swoich zaplątanych trzewiach, historia z lat 50., o zaginionych w dzielnicy francuskich odkrywcach, opowieść o efekcie lustra, o taksówkarzach odmawiających wjazdu do Parque Chas, bo mogą nigdy już nie zdołać jej opuścić, czy wręcz sugestie, że ta niewielka dzielnica mieszkalna stanowić ma portal do innego wymiaru – to wszystko stało się podwaliną serii komiksów, do scenariusza Ricardo Bareiro, znakomicie zresztą zilustrowanych przez innego mistrza opowieści rysunkowych – Eduardo Risso. A wszystko to w czerni i bieli, które są – z całym szacunkiem dla komiksowych kolorystów – najdoskonalszą formą dla tego medium.
„Parque Chas” w wydaniu Bareiro staje się miejscem tajemniczym, ale w tej tajemniczości również mrocznym. Miejscem pozornie spokojnym, statecznym, idealną wręcz mieszkaniową dzielnicą, która w praktyce okazuje się przestrzenią zaburzoną, niemającą jednoznacznego początku, ani końca, nieposiadającą realnych – mimo administracyjnie wyznaczonych – granic. Dzielnica zdaje się większa, niż wyznaczałaby to mapa miejska, a jej uliczki okazują się nie tylko umownym labiryntem, ale plątaniną zaułków, które zakrzywiają przestrzeń, w swoisty sposób więżąc pechowców, jacy pomiędzy nie trafili. Okazuje się też Parque Chas nie tylko bańką wyrwaną z tradycyjnej topografii miasta, ale też swoistą bramą pomiędzy wymiarami, gdzie pozornie zwyczajne okno (istniejące wewnątrz mieszkania, ale niezauważalne od strony zewnętrznej), prowadzące do iście innego świata.
Główny bohater, pragnący zgłębić sekrety dzielnicy wprowadza się do mieszkania z bardzo atrakcyjnej oferty, z równie atrakcyjną, co zagadkową właścicielką. Złamanie jedynej, stosunkowo prostej zasady o nieotwieraniu jednego z okien w mieszkaniu, rozpoczyna niezwykły ciąg zdarzeń iście niesamowitych. Ale też czyni go nierozerwalnie związanym z samą dzielnicą, która zdaje się, uchwyciła go, by już ze swoich objęć nie wypuścić. Początkowo opowieści zdają się eksplorować wspomniane na wstępie urban legends, snujące historie o ludziach zagubionych w przestrzeni Parque Chas, w jej uliczkach, zaułkach, niekończących się tunelach metra. Później tonacja komiksowych opowieści się zmienia, urasta do quasi – historii konfliktu z tajemniczą rasą z innego wymiaru, która pragnie zawładnąć naszym światem i zdominować go, przedostając się do naszego wymiaru przez „bramę”, jaką stanowi właśnie Parque Chas.
Całość komiksu stanowi z jednej strony zbiór luźno ze sobą powiązanych centralną postacią opowieści, a z drugiej, w pewnym momencie przeradza się w odcinkową historię międzywymiarowego konfliktu, ale nadal możliwe jest czytanie każdej noweli w sposób niezależny, jako osobną fabułę. Widać tutaj — na przestrzeni kolejnych odcinków — swoistą ewolucję wyjściowej koncepcji, dążącą od zbioru parafrazowanych miejskich legend ku szerszej, bardziej powieściowej fabuły.
Graficznie, to małe arcydzieło, już na etapie fascynującej (także kolorystycznie) okładki, po czarno – białą, olśniewającą kreskę Risso, który nieprzypadkowo uznawany jest za jednego z mistrzów komiksu. I w monochromatycznych grafikach jego kunszt uwidacznia się najmocniej. Mnogość detali, nieszablonowe rozplanowanie kadrów, oparte na częstym zaburzaniu perspektywy wzmaga poczucie niesamowitości i podbija wrażenie, że oto wkroczyliśmy do dzielnicy, która rzeczywiście tchnie niesamowitością. Arcydzieło? Z całą pewnością!
„Parque Chas” przypomina onirycznym, weirdowym scenariuszem Bareiro komiksy Andreasa, który również lubował się w takim weirdowym zaburzaniu rzeczywistości i zaglądaniu poza jej osnowę. Bareiro, z pochodzenia Argentyńczyk, urodzony właśnie w Buenos Aires, siłą rzeczy wyrastał w swoistym cieniu Parque Chas, ale też przesiąkł charakterystycznym dla Ameryki Południowej literackim nurtem – realizmem magicznym, w którym fantastyczność rzeczywistości jest swego rodzaju naturalnym, nieodzownym elementem świata przedstawionego, jak i całej kreacji. A to z pewnością wywarło wyraźny wpływ na kreację komiksowego scenariusza w „Parque Chas”.
To album dla tych, którzy docenili weirdowe zakusy Andreasa („Przejścia”), ale też tych, których fascynuje wspomniana estetyka realizmu magicznego. W połączeniu z imponującym warsztatem Eduardo Risso, autora takich kultowych albumów i serii, jak „100 naboi”, czy „Batman. Rozbite miasto” otrzymujemy jeden z najlepszych albumów minionego roku.
Zwyczajnie, pozycja obowiązkowa!
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.