Komiks, który wybucha z siłą granatu i nie zwalnia nawet na sekundę!
Frank Castle, odrodzony dzięki współczuciu potworów, powraca, by porachować się z ludźmi. Droga ku zemście prowadzi go w rozświetlone neonami zaułki Tokio, gdzie króluje Daken – okrutny syn Wolverine’a. Pojedynek tych dwóch morderców może jednak kosztować Punishera nie tylko życie, lecz także resztki człowieczeństwa. Czy od zatracenia uratuje go Elsa Bloodstone – zawodowa łowczyni potworów, która wie, jak zabić każde monstrum, nawet to noszące ludzką twarz? A może zrobi to tajemnicza kobieta podająca się za Marię – zmarłą żonę Franka?
„Punisher” to brutalna opowieść o determinacji, zemście i sile charakteru, stworzona przez scenarzystę, który nie boi się wychodzić poza utarte schematy. Rick Remender – autor takich serii jak „Deadly Class”, „Fear Agent”, „Głębia” czy „Uncanny X-Force” – śmiało przekracza granice tego, co uchodziło dotąd za typowy komiks o Punisherze, i wrzuca Franka Castle’a w sam środek groteskowego koszmaru inspirowanego „Frankensteinem”. To świat pełen nie tylko makabry i czarnego humoru, lecz także szaleńców i potworów, które okażą się bardziej ludzkie niż niejeden człowiek.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w zeszytach „Dark Wolverine” #88–89, „Franken-Castle” #17–21 i „Punisher: In the Blood” #1–5.
29.07.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
296
159,99 zł
9788328175952

O ile pierwszy tomie “Punishera” ze scenariuszem Ricka Remendera, jaki by nie był ów komiks, potrafił jednak zaskoczyć czytelników. Natomiast przy drugie odsłonie rozpaczliwie wypatrujemy końca tej dziwacznej fabuły.
Na ów pierwszy tom, w internetowych komentarzach i opiniach wylało się wiadro pomyj. Bo rzeczywiście - to nie był “Punisher” do jakiego komiksowi czytelnicy są przyzwyczajeni. Opowieści o Franku nie powinny być niepoważne, a jeśli już, to niech będą groteskowe jak w cyklu “Punisher Marvel Knights’ ze scenariuszem Ennisa. I generalnie, wszelkie nadnaturalne zjawiska wplecione do fabuły o Franku Castle zazwyczaj średnio pasują do opowieści o ponurym mścicielu, który systematycznie masakruje przestępców. Nie potrzeba do tego nic nadnaturalnego, bo działa to najlepiej w scenerii szarej, brutalnej rzeczywistości.
Rzecz w tym, że nie da się bez przerwy pisać takich fabuł i powielać w nich zastałych schematów, z drugiej strony przecież większość z nas lubi te same piosenki. No i dlatego historia wymyślona przez Remendera działa tak negatywnie na fanów postaci. Jest przesadnie efekciarska, dziwaczna, często niedorzeczna i takiej właśnie konwencji się trzyma. A jej apogeum jest saga Franken-Castle, w której przywrócony ze stanu śmiertelnego bohater, pozszywany i poskładany do kupy niczym monstrum Frankensteina znajduje się w sytuacji w jakiej jeszcze nie był. I drugi tom jest głównie o tym, że Frank jednak chciałby powrócić do swojego status quo. Jakby sam Remender zrozumiał, że zbytnio się rozpędził w tworzeniu tych dziwacznych przygód i nie ma zmiłuj - musi zwolnić, musi obrócić i wjechać na powrotną drogę, bo inaczej fani postaci go ukrzyżują.
Zaczyna się od tego, że Franka znowu trzeba ożywić, no i Morbius ze swoimi potworami wpychają mu do piersi magiczny klejnot, choć wiedzą, jak poważne mogą być tego konsekwencje. A potem Punisher, przy pomocy Henry’ego zaczyna myśleć o zemście. Bo przecież zanim zmienił się we Franken-Castle'a dużo się działo za sprawą Hooda, jego ekipy i jego diabelskich planów.. Nie zapominajmy też o Dakenie, który uśmiercił Punishera. Frank zatem bierze się do roboty, choć Remender musi przy okazji zakończyć całą tę pośmiertną odyseje w świecie potworów, które w międzyczasie stały się towarzyszami mściciela.
I to się dzieje - raz po kolei, innym razem wszystkim na raz - powrót do status quo to nieprzerwana akcja, niekończące się i męczące (jak ta z Dakenem) naparzanki, a nad tym, żeby to było atrakcyjne czuwa cała gromada rysowników. Efekt jest taki (szczególnie w rozciągniętej na kilka zeszytów konfrontacji z synem Wolverine’a), że ciężko się to czyta, ogląda podobnie - ekspresja, czy też nadekspresja graficzno-scenariuszowa, która ma generować emocje, częściej generuje westchnienia zirytowanego czytelnika.
Bo prawda jest taka, że trzeba tę rąbankę przetrwać, przetrawić i zapomnieć. Ciekawie oglądało mi jedynie ostatnia historię, z rysunkami i kolorami Dana Breretona, do których mam słabość, choć do przygód Punishera ta oprawa graficzna średnio pasuje Gdy zatem dotarłem do końca tej Franken-Castle epopei ulga była niezmierna. Oraz nadzieja, że Punisher wraca na znane tory - bo i sam tytuł ostatniej opowieści w tym tomie (“Krew z krwi”) i bardziej przystające do fabuł z Frankiem Castle rysunki, na to wskazywały.
Rzeczywiście, ta historia z bohaterem, który wrócił na stare śmiecie i do dawnych zachowań, czyta się na pewno lepiej niż wcześniejsze fabuły z tego i z poprzedniego tomu. Mamy tu jeszcze znanego dobrze złoczyńcę, czyli Jigsawa i jego ciekawą, psychologiczną rozgrywkę z Henrym (łączą ich, jak wiemy, więzy rodzinne), aktualnym pomocnikiem Punishera. To mogło być coś naprawdę mocnego - “Krew z krwi” zawiera zresztą jedną z najmocniejszych scen w komiksach z Punisherem. kiedy Jigsaw i jego kompan obściskują się na oczach Franka z bardzo ważną dla niego osobą. Cóż, mogło być, ale nie musi, bo Remender ma tu jakąś tendencję do fabularnej nadprodukcji - to wszystko robi bez wyczucia, jakby pisał na haju, z energią, która tak naprawdę zjada samą siebie. To rodzaj komiksu, którego lektura wyczerpuje, zamiast twórczo pobudzać. Cały czas mnie to dziwi, bo czytając historię Remendera mam wrażenie, że czytam superhero z lat dziewięćdziesiątych, a nie z drugiej dekady XXI wieku. I ów scenariuszowy “wyczyn”, który przy pierwszym tomie potrafił jeszcze zaskoczyć, uważam za rodzaj kuriozum. Eksperyment, w którym twórca poszukiwał nowych ścieżek na rozwój świata i postaci Punishera, ale koniec końców wyszedł na manowce.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.