Koniec apartheidu nie rozwiązał wszystkich problemów. Uwodzicielski i nieco porywczy porucznik Shane Shepperd z kapsztadzkiej policji bardziej pasjonuje się kochanką lidera afrykanerskiej skrajnej prawicy niż konfliktem wokół drażliwej kwestii redystrybucji ziemi pomiędzy czarnych i białych obywateli. Jednak gdy któregoś dnia znika noworodek, a na farmie pewnej białej rodziny znalezione zostaje ciało czarnego robotnika rolnego, Shane musi zmierzyć się ze złożonymi realiami kraju będącego niczym beczka prochu, gdzie wciąż żywe są dawne napięcia rasowe, a stare i krwawe przesądy mają się dobrze.
Po powieści „Zulu” Caryl Férey powraca do RPA w towarzystwie Corentina Rouge’a z niebywale intensywną opowieścią kryminalną napisaną w niepodrabialnym stylu.
25.02.2026
I
Kolor
Twarda
235x310 mm
152
99,90 zł
9788368542165

Częstokroć miarą tego, jak bardzo czytelnik wciągnie się w daną historię, nie jest wcale tempo akcji czy liczba fabularnych zwrotów, lecz umiejętność wykreowania przez autorów odpowiedniego nastroju. To właśnie atmosfera potrafi sprawić, że odbiorca nie tyle śledzi wydarzenia, co zaczyna w nich uczestniczyć, chłonąc świat przedstawiony wszystkimi zmysłami. I właśnie ta zdolność budowania klimatu okazuje się największą siłą komiksu „Sangoma. Przeklęci z Kapsztadu” autorstwa Caryla Férey’a i Corentina Rouge’a.
Rdzeniem opowieści jest brutalne morderstwo czarnego pracownika zatrudnionego na farmie należącej do białych właścicieli. Wszystko wskazuje na to, że zbrodnia ma związek z działalnością lokalnych uzdrowicieli, tytułowych sangomów, funkcjonujących na styku duchowości, tradycji i społecznego marginesu. Sprawę przejmuje Shane Shepperd, charyzmatyczny porucznik kapsztadzkiej policji, który szybko odkrywa, że czeka go wyjątkowo trudne zadanie. Aby dotrzeć do prawdy, będzie musiał zanurzyć się w świat lokalnego folkloru i miejsc zwykle niedostępnych dla osób z zewnątrz - przestrzeni, gdzie granica między racjonalnym śledztwem a wiarą w siły nadprzyrodzone zaczyna się niebezpiecznie zacierać.
„Sangoma” to jednak znacznie więcej niż tylko kryminał oparty na egzotycznym tle. Obok samej zagadki morderstwa komiks oferuje przejmujący obraz społeczno-politycznej rzeczywistości Republiki Południowej Afryki w czasach postapartheidu. Rasizm, napięcia społeczne, żądza władzy i walka o ziemię tworzą tu mieszankę wybuchową, w której kraj przypomina rozgrzany do czerwoności tygiel, w którym wystarczy iskra, by doszło do eksplozji. W takim chaosie nie brakuje ludzi próbujących ugrać coś dla siebie, wykorzystując napięcia i uprzedzenia do własnych celów.
Jakkolwiek pieczołowicie takiego napięcia by nie odmalowywali, twórcy nie opowiadają się jednak wyraźnie po żadnej ze stron konfliktu. Zamiast tego ukazują rzeczywistość jako sieć sprzecznych interesów i wzajemnych oskarżeń, w której brakuje wspólnego języka, a każda ze stron ma swoje racje i swoje winy. Ten brak jednoznaczności dodaje historii autentyczności i sprawia, że czytelnik sam musi odnaleźć się w moralnej szarości przedstawionego świata. Na tym tle szczególnie interesująco wypada wplecenie lokalnych wierzeń i legend – sangomowie nie są tu jedynie egzotycznym dodatkiem, lecz integralną częścią rzeczywistości, która dla rdzennych mieszkańców nigdy nie przestała istnieć.
Przy całym tym bogactwie fabularnych elementów, narracyjnie komiks prowadzony jest bardzo sprawnie. Poszczególne wątki modelowo zazębiają się ze sobą, stopniowo odsłaniając kolejne elementy układanki i budując napięcie w sposób przemyślany i konsekwentny. Wątek kryminalny przyciąga uwagę nie tylko ze względu na swoją konstrukcję, ale również dzięki oparciu o folklor, który dla europejskiego czytelnika stanowi element świeży i intrygujący. Autorzy umiejętnie dawkują też informacje, unikając nadmiernego odsłaniania kart i pozwalając, by tajemnica wybrzmiewała aż do samego końca.
Ogromną rolę w odbiorze „Sangomy” odgrywa również warstwa wizualna, bo to ona w dużej mierze odpowiedzialna jest za wspomniane przeze mnie na wstępie kreowanie nastroju. I ćóż tu kryć, w tym względzie rysunki Corentina Rouge’a robią piorunująco realistyczne wrażenie, zwłaszcza jeżeli miało się okazję samemu znaleźć się w podobnych warunkach. Dość powiedzieć, że niemal czuje się tu na skórze palące słońce Afryki, kurz unoszący się nad drogami czy duszący zapach slumsów Kapsztadu. Kadry spowite żółtawym filtrem tworzą spójną, charakterystyczną estetykę, a jednocześnie są pełne detali: od architektury po stroje bohaterów. To właśnie ta dbałość o szczegóły sprawia, że czytelnik zostaje dosłownie przeniesiony na południe Afryki. Całość uzupełnia świetna dynamika ujęć, dzięki której komiks czyta się płynnie, a każda scena ma odpowiedni ciężar i rytm.
„Sangoma” wyróżnia się zatem na tle innych komiksów przede wszystkim swoim klimatem, niepokojącym i jednocześnie fascynującym. To historia, która nie daje łatwych odpowiedzi i nie pozwala zachować bezpiecznego dystansu. Zamiast tego wciąga czytelnika w świat pełen sprzeczności, gdzie przeszłość wciąż odciska piętno na teraźniejszości, a granica między racjonalnym a irracjonalnym pozostaje nieustannie rozmyta.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Autorzy świetnego Islandera, wydanego niedawno przez NonStopComics, wracają i to wracają NA PEŁNEJ.
Tym razem, zamiast chłodnej i surowej Islandii, odwiedzamy piekielnie upalne RPA. I mimo, że słońce daje po oczach a krajobrazy aż chce się podziwiać - opowieść do łatwych nie należy.
Sangoma - Przeklęci Z Kapsztadu to wielowątkowy thriller, zbudowany kadr po kadrze, plansza po planszy - tak samo świetnie (albo i lepiej) jak wspomniany Islander.
Po pierwsze: Sangoma jest zamkniętą opowieścią. Skończoną, z domkniętym wątkiem głównym. Niemało tu czytania - to komiks, którego filarem jest fabuła i który większej ilości dialogów się nie boi. Nie jest przegadany, autorzy dobrze wyważyli sekwencje dynamiczne z powolnym budowaniem intrygi w dialogach.
Porucznik Shane Shepperd jest tutaj głównym bohaterzyną. Ciekawym, bo nie jest to zerojedynkowy, przesadnie dobry chłoptaś-glina. Ma swoje za uszami, skłamać lubi, a i swoje zachachmęci żeby doprowadzić sprawę do końca. Ale wątek kryminalny, w którym Shane stara się dowiedzieć kto zabił - to tylko jedna z wielu cegiełek.
Gdyż Sangoma to również polityka. Ta brudna, nieuczciwa i skrajnie niemoralna. Tuż obok niej - córka jednego z tych ważnych politycznych. Ona ma również swój wątek, który początkowo wydaje się dodatkiem, ale zanim opowieść się zakończy - wszystkie elementy układanki znajdą swój moment, aby wybrzmieć.
Dlatego Sangoma to kolejny komiks na Polskim rynku, który z radością wkładam do pudełka z napisem „PYCHA KOMIKSY”
Scenariusz rozpisany świetnie. Sporo czytania i ani chwili na oddech w zasadzie. Każda strona zdaje się istotna, doskonale wyważony w dialogach. Intryguje, w intrydze trzyma do końca, ciekawi od pierwszych stron i ciekawy pozostaje do stron ostatnich. Trzeba przyglądać się twórczości tych autorów. Zdecydowanie utalentowany to tandem.
Bo w rysunkach jest równie dobrze. Są poprawne, nie wychodzą ponad fabułę, nie pchają się na plan pierwszy. To nie jest komiks z artystyczną wizją. To czysta fabularna opowieść rozrysowana i ilustracje spełniają swoją funkcję w zupełności. Dużo grubej czerni w linearcie, lekko szkicowa, nierówna kreska, genialna kolorystyka, mimika twarzy i te krajobrazy. Dla fanów realizmu ilustrowanego - perełka.
Czuć pełny synchron między twórcami. To jeden z tych komiksów, które możesz dać komuś, kto kadrowanych nie czyta i przekonać tym samym, że komiksy to tak samo dojrzałe i solidne medium jak książka czy film.
Świetny, pełny, konkretny - bez biadolenia - pyszniak jak nic!
Więcej na IG: @znakiem_tego
Sangoma to solidnie skrojony kryminał, w połowie zamieniający się w rasową, niezwykle dynamiczną sensację.
RPA po apartheidzie – kraj, który teoretycznie ma już najgorsze za sobą, ale w praktyce wciąż zmaga się z napięciami rasowymi i społecznymi podziałami. Szczególnie wyraźnie widać to na farmach, gdzie historia i uprzedzenia wciąż rzucają długi cień. Początek komiksu skupia się właśnie na funkcjonowaniu jednej z takich farm oraz rodzinie, która nią zarządza. Autorzy spokojnie rozstawiają pionki na planszy, pozwalają nam przyjrzeć się relacjom, napięciom i codzienności bohaterów.
Wkrótce dochodzi do morderstwa jednego z czarnych pracowników. To wydarzenie uruchamia lawinę podejrzeń i do akcji wkracza porucznik Sheppard. I choć to brzmi jak dość klasyczny punkt wyjścia, fabuła bardzo szybko pokazuje, że mamy do czynienia z czymś znacznie bardziej złożonym.
Scenariusz jest świetnie rozpisany. Co chwilę na jaw wychodzą nowe fakty, zmieniające nasze postrzeganie bohaterów i wydarzeń. Wygląda to tak, jakby twórcy najpierw celowo porozrzucali postacie i wątki, a potem zaczęli łączyć je coraz mocniejszymi, często zaskakującymi powiązaniami. Każda postać ma tu znaczenie. Nawet jeśli na początku wydaje się tylko tłem, z czasem okazuje się istotnym elementem większej układanki.
Do tego dochodzą intrygi, zabójstwa, polityczne podchody i stare, lokalne przesądy. Ta mieszanka działa znakomicie. Czyta się to rewelacyjnie – dosłownie na krawędzi fotela.
Warstwa wizualna? Najwyższa półka. Duże, filmowe kadry, dynamicznie zmieniające się otoczenie, różnorodne lokacje ociekające detalami. Czuć przestrzeń, klimat, upał i napięcie wiszące w powietrzu. Rysunki robią ogromne wrażenie, a duży format albumu tylko potęguje efekt.
Niezwykle filmowa opowieść – wielowątkowa i emocjonująca. Zdecydowanie polecam!