Nominowana do Nagród Eisnera i Hugo historia, która stała się kanwą dla filmu „Supergirl”.
Kara Zor-El czuje, że nic nie ma sensu. Krypton przestał istnieć, a ona sama trafiła na Ziemię, gdzie jest skazana na życie w cieniu sławnego kuzyna – jako Supergirl, pomocnica Supermana.
Wszystko się zmienia, gdy Karę zaczepia Ruthye, młoda mieszkanka odległej planety szukająca zemsty na mordercy ojca. Supergirl i zrozpaczona dziewczyna wyruszają w podróż przez gwiazdy, która pozwoli im odnaleźć siebie, pogodzić się z przeszłością i stawić czoła przyszłości.
Wielokrotnie nagradzany scenarzysta Tom King („Strange adventures”, „Człowiek cel”, „Helen z Wyndhorn”) i laureatka Nagrody Eisnera rysowniczka Bilquis Evely („Śnienie”, „Wonder Woman”, „Helen z Wyndhorn”) przedstawiają kosmiczną opowieść o tym, jak hartuje się charakter ze stali.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Supergirl: Woman of Tomorrow” #1–8 z kolorami zremasterowanymi przez kolorystę serii Matheusa Lopesa, wstęp Toma Kinga, obszerną galerię szkiców Bilquis Evely, a także odrzucony scenariusz jednego z zeszytów.
6.05.2026
II
Kolor
Twarda
170x260 mm
264
139,99 zł
9788328173477

W majowej ofercie Egmontu dostaliśmy dwa komiksy tego samego duetu twórców i na oba z nich należy zwrócić baczną uwagę. Jednym z nich jest “Supergirl. Kobieta jutra”.
O tym, że na Karę Zor-El można spojrzeć w zupełnie nowy sposób przekonaliśmy się oglądając końcówkę “Supermana“ Jamesa Gunna. Z kolei w nadchodzącym filmie o przygodach tej superbohaterki znajdziemy wyraźną inspirację komiksową opowieścią ze scenariuszem Toma Kinga i rysunkami Bilquis Evely. Kara Zor-El to postać, która w komiksach zazwyczaj stała w cieniu swojego kuzyna i rzadko odgrywała w superbohaterskich fabułach kluczową rolę. Ok, może to nie do końca prawda, ale ciężko mi jest wymienić komiks, w którym zwróciłbym na Supergirl uwagę, może oprócz wydanego niedawno “DC kontra wampiry”, gdzie jej rola w fabule była jednak istotna. W każdym razie nie jest to postać z panteonu superbohaterów i o takich właśnie postaciach, które stoją w cieniu, na które zwracamy mniejszą uwagę lubi pisać swoje historie Tom King. I jak to bywa w przypadku tego scenarzysty, jego komiksy o tych pobocznych, mniej eksploatowanych bohaterach są zawsze godne zapamiętania. A nawet więcej - lektura “Supergirl. Kobiety jutra” jest niczym celebracja czegoś naprawdę wyjątkowego.
Nie będę ukrywał - jestem jeszcze przed lekturą “Helen z Wyndhorn” duetu King i Evely i może to się jeszcze zmieni, ale na tę chwilę “Supergirl” jest najlepszym komiksem jaki przeczytałem w tym roku (powiedzmy, że wspólnie z “Ideo” Jacka Świdzińskiego”). Jest tak, że po Kingu zawsze oczekuję wiele, ale tym razem to co dostałem przerosło moje oczekiwania. “Supergirl” jest także dzięki talentowi Biquis Evely i baśniowo-kosmicznym kolorom Matheusa Lopesa przepiękną historią - mądrą i mroczną, zanurzoną w literackich tradycjach i mającą posmak czegoś nowego spośród komiksów, które dotąd tworzył King. Choćby dlatego , że tym razem jest to opowieść o superbohaterce, a nie o superbohaterze. Przedstawioną nam nie tradycyjnie w dwunastu rozdziałach, jak to u Kinga, ale tym razem w ośmiu. W niczym to nie przeszkadza, żeby docenić tę poruszającą historię, w której oprócz Supergirl nie znajdziemy żadnego innego ze znanych nam superbohaterów. Bo to jest jej historia. A najważniejsze jest to, że opowiedziana została przez drugą z bohaterek tego komiksu. I to od jej doświadczeń zaczyna się ta opowieść.
Ruthye - młoda dziewczyna żyjąca gdzieś na rubieżach kosmosu na planecie Maypole traci ojca, po tym jak zginął on z rąk Krema - rzezimieszka w służbie władcy tej krainy. Ruthye postanawia ruszyć śladem Krema i dokonać na nim zemsty. Wkrótce na swej drodze spotyka Karę, która na Maypole korzysta z wątpliwych uciech życia (może się tu upijać, bo pozwala jej na to czerwone słońce). Po ich dramatycznym spotkaniu w pogoń za Kremem wyruszają w parze - bo również i Supergirl ów złoczyńca zdołał zajść mocno za skórę. Tak zaczyna się wielka kosmiczna przygoda, która o dziwo w jakiś sposób jest również kameralna w odbiorze, bo mocno skupiona na relacjach łączących Ruthye z Karą. Co ciekawe, w tej opowieści znamy tylko perspektywę tej pierwszej z nich. Narracja pochodzi od Ruthye, która po latach opisuje wydarzenia z pogoni za Kremem i może nawet zdarzyć się tak, że obrazy na kadrach przeczą jej słowom - to już świadomy zabieg ze strony Toma Kinga, który utkał tę historię w mistrzowski sposób. Jego styl i sam ciężar emocjonalny opowieści mogą kojarzyć nam się z twórczością Ursuli le Guin, a to już chyba wystarczająca rekomendacja. Sama Kara staje się tu głęboką, wielowymiarową postacią, która choć jawi się Ruthye jako nieosiągalny wzór do naśladowania, sama ma do przepracowania swoje traumy.
King na tyle panuje nad swoją historia, że często stosuje skróty fabularne, które nadają jej większej dynamiki, tak samo jak częste zmiany scenerii. To opowieść drogi, której napędem jest żądza zemsty, choć dzięki rysunkom Evely nie ma w niej jakiegoś pokazowego okrucieństwa, a bardziej posmak klasycznych opowieści, także tych z dawnych młodzieńczych lektur. Klimat retro z komiksu zapewne w nadchodzącym filmie nie zostanie odtworzony, a to właśnie na tym elemencie opiera się wspaniała fabuła wyczarowana przez Toma Kinga, Bilquis Evely i Manuela Lopesa. Mroczna, smutna, czasami dosadna, czasami pełna niedopowiedzeń. Po prostu piękna.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.
3 oceny Show votes.