KLASYKA UNIVERSAL PICTURES POWRACA!
Z głębin wynurza się nowa groza!
Lata po wydarzeniach z oryginalnego filmu dziennikarka Kate Marsden wyrusza na polowanie na osławionego seryjnego mordercę do samego serca Amazonii. Gdy już depcze szaleńcowi po piętach, napotyka niespodziewane zagrożenie… ale czy to przyjaciel, czy wróg? A może po prostu… potwór z Czarnej Laguny?!
Dan Watters (DESTRO) oraz Ram V (Dawnrunner, Wiele śmierci Laili Starr) – uznani twórcy Jednorękiego i Sześciu palców – a także Matthew Roberts (Manifest Destiny) przedstawiają zupełnie nową, epicką historię z udziałem klasycznego Potwora Universalu!
Wydanie zawiera materiały opublikowane pierwotnie w „Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny Żyje!” #1-4.
Dla fanów: „Dziki ląd”, „Posiadłość”, „Wiedźmy”, „Potwór z Bagien”, „Providence”. Filmów wytwórni Universal Pictures, w tym „Potwora z Czarnej Laguny” w reżyserii Jacka Arnolda.
„Kolejny ekscytujący sukces” – ComicBook.com
„Jeden z najlepszych komiksów 2024 roku” – Screen Rant
„Idealny nowy komiks dla fanów horroru” – Slash Film
29.05.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
144
75,00 zł
9788368346695

Kolejna komiksowa odsłona serii „Universal Monsters” w portfolio wydawniczym krakowskiego Lost In Time nie zawodzi. Choć prezentuje zdecydowanie inny rodzaj komiksu, niż ten, z jakim mieliśmy do czynienia w przypadku rewelacyjnego „Draculi” do scenariusza Jamesa Tyniona IV.
Ważne, że to nadal poziom satysfakcjonujący. Zwłaszcza, że postać Potwora z Laguny nie jest tak ikoniczna, tak mocno zapisana w historii popkultury, jak motyw najsłynniejszego wampira, którego historię zna większość, więc pozostawia to przestrzeń do eksperymentów z formą. Tym samym duet Dan Watters oraz Ram V, odpowiedzialni za scenariusz w „Potworze z Czarnej Laguny” stanęli przed zadaniem o wiele trudniejszym, niż Tynion IV. I nie bardzo ma sens porównywanie obydwu komiksów, ponieważ – mimo zaliczenia do jednej serii – to tytuły skrajnie różne, o mocno odmiennym potencjale wyjściowym. Tynion IV niby nie miał lekko, mierzył się z ikoną popkultury, z wizerunkiem trwale w mentalności odbiorców utrwalonym. W połączeniu ze wspaniałą oprawą graficzną Martina Simmondsa, udało mu się wysnuć jednak z tego niezwykle nośną artystycznie, ale i fabularnie opowieść.
W przypadku Potwora, należało pokazać go przez pryzmat historii przyzwoicie objaśniającej samą jego istotę. Watters i V mieli teoretycznie większą przestrzeń do działania, bo nie opierali się na tak silnie utrwalonych wzorcach popkulturowych. Ale z drugiej strony, taka czysta karta zmuszała do takiego budowania opowieści, by zainteresować odbiorcę od pierwszych plansz, pierwszych kadrów. Zbudować napięcie, tajemnicę...ale jednocześnie nie obnażyć nadmiernie wszystkiego na starcie.
I sądzę, że całkiem udanie to wyszło. Nie oszukujmy się, ostatnimi czasy to Ram V jest jednym z najgorętszych nazwisk komiksowych na polskim rynku (dobra, ściga się z Tomem Kingiem). V jest synonimem solidnych, podszytych nieco poetycką manierą scenariuszy, którym rodzaj przyjętej konwencji zupełnie nie przeszkadza. Nieważne, czy to cyberpunk, czy horror, scenarzysta potrafi snuć opowieść zajmującą i z odpowiednim ciężarem emocjonalnym. Z kolei Dan Watters to również bardzo doświadczony autor, który w bogatym dorobku ma pracę i dla DC (Batman, Aquaman) i dla Marvela (Loki, Moon Knight) i dla wielu innych wydawców (Titan Comics, Image Comics, Vault Comics).
W niniejszym komiksie powyższy duet serwuje nam coś na miarę pulpowej postaci, jaką przywołuje, ale bez spłycania jej, bez lekceważenia. Potwór zresztą gra tutaj niejako drugie skrzypce, bo na pierwszy plan wysuwa się zupełnie inna postać i to jej towarzyszymy przez całą historię. Owszem, Potwór gdzieś tam jest, prawie zawsze gdzieś na granicy postrzegania, dostrzegany ukradkiem, gdzieś w obrzeżach kadru. Ale jest, rolę ma zwykle niebagatelną, choć nie eksponowaną nadmiernie. I to – w zaskakujący sposób – działa. Opiera się na tajemnicy, która nie tylko bohaterka próbuje odkryć, ale i my sami, przy lekturze, przebieramy nogami, nie mogąc się doczekać zerwania zasłony tajemnicy... Takie przeniesienie środka ciężkości z tytułowego – bądź co bądź – Potwora na postać, lub nawet postaci, które z różnych powodów go poszukują, jest udatnym zabiegiem wspierającym budowanie sztafażu przygodowego i podbijania napięcia, a z drugiej pozwalającym na zgrabne podsycanie tajemnicy.
To historia o Potworze z Czarnej Laguny, ale jednocześnie opowieść o ludzkiej naturze, o nieradzeniu sobie z własnymi doświadczeniami, o próbie ucieczki od traumy, o trawiącej obsesji i cierpieniu, jakie z niej wynika. Ale też o swoistym rodzaju katharsis, kiedy już zdołamy się od niej uwolnić.
Nie ukrywam, lubię Rama V, jego pisarski, gawędziarski styl i umiejętność wpasowania się w różne konwencje. Dla niego opowieść, niezależnie od sztafażu gatunkowego, pozostaje opowieścią. Potrafi budować akcję, nadawać jej tempo, bazować na twistach. Ale ani na moment nie traci z oczu bohatera, jego emocji. Tego, co w nim, a nie tylko wokół niego. Takie umiejętne skupienie na postaci, to rzadkość. Wattersa czytałem co nieco (ostatnio całkiem niezły „Cyberpunk2077: Psycho Squad”), ale ważniejsze, że wychodzi mu wspólna praca z V, bo wyraźnie obydwaj mają podobne spojrzenie na komiksowy scenariusz i wartość skupienia na emocjach bohaterów.
Graficznie to komiks mocno zachowawczy, operujący klasyczną, prostą, ale przyjemną dla oka kreską. Ale to dobra kreska – za którą odpowiada Matthew Roberts ("Corpse Knight" od Image Comics) - dopasowana do ciężaru opowieści i zgrabnie zrealizowana. Sama opowieść nie pozostawiała, moim zdaniem, przestrzeni na takie graficzne eksperymenty, jak to miało miejsce w przypadku poprzedniego tytułu w serii i nie wypadłoby zbyt dobrze ich zastosowanie. Tu ważniejsza, niż oprawa, okazuje się opowieść, która sama w sobie jest świeża, a i postać Potwora niezbyt dobrze, szczerze mówiąc, znana. Ram V i Watters odświeżają klasyczną opowieść, i udanie przenoszą akcenty płci i schemat przypisywanych ról. W oryginalnej filmowej historii Potwór porywa Kay, piękną asystentkę kierownika wyprawy - co zresztą wpisywało się w ówczesny schemat kreacji oparty na duecie pięknej i bestii, wykorzystujący filigranowa piękność w opałach, zagrożoną ze strony zakusów krwiożerczych bestii i dzielnych mężczyzn ratujących ją z opresji. Tutaj główna bohaterka nie jest z pewnością filigranowa i bezbronna. Umiejętnie stawia opór zagrożeniu i bezkompromisowo dąży do celu, napędzana w dużej mierze wewnętrzną obsesją, wywiedzioną zresztą z doświadczonej traumy. To ciekawy rys silnej kobiety, mocno odkształcający pierwotny schemat klasycznego horroru o potworach.
Jeśli „Dracula” był wierną adaptacją opowieści, walczącej o uwagę czytelniczą przede wszystkim formą graficzną, tak „Potwór z Czarnej Laguny” stawia bardziej na retteling pierwotnej historii i trochę na pstryczek w nos konwencji, z duchem czasów wysuwającym na pierwszy plan silna postać kobiecą. I dobrze to wychodzi. Może czas na remake kultowego filmu? Scenariusz mamy praktycznie gotowy...
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.