Egbert Monk nigdy w życiu z nikim nie był, choć bardzo tego pragnie – miłość po prostu jakoś go nie znalazła. Na imprezie najlepsza przyjaciółka radzi mu, żeby poszedł do wróżki. Po wyciągnięciu karty śmierci Egbert jest totalnie skołowany.
Tej samej nocy budzi go stukanie w okno sypialni. Egbert odsuwa zasłonę… i nagle staje oko w oko z unoszącym się w powietrzu wielorybem.
Wieloryb to magiczna opowieść o odwadze potrzebnej, by wierzyć w rzeczy niewyjaśnione i wykraczające poza nasze pojmowanie.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury. Zadanie współfinansowane ze środków Ministra Kultury.
15.05.2025
I
Kolor
Twarda
220x270 mm
88
79,00 zł
9788383790244
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Mateusz Czechowicz:
Każdy z nas potrzebuje miłości. Z tym zdaniem raczej nikt się nie będzie kłócił. Jedno z najgorszych uczuć, to kiedy wraca się do domu i nie ma się do kogo odezwać, do kogo przytulić, z kim zjeść wspólny obiad. Samotność potrafi być wyniszczająca, bo nawet mając grupę przyjaciół, to nie są oni w stanie zastąpić w pełni romantycznej pustki. A o tym i czy da się od tego uczucia samotności w końcu uwolnić, próbuje opowiedzieć “Wieloryb” autorstwa Frederika Hautina (scen.), Hanne Dewachter (rys.) i Gerardo Alba Rojasa (kol.), w przekładzie Olgi Niziołek. I choć stara się i momentami jest to historia poruszająca, to moim zdaniem popełnia kilka błędów. Zanim jednak przejdę dalej muszę ostrzec o spoilerach.
Głównym bohaterem jest Egbert Monk. Właśnie kończący 40 lat facet, którego jak można wyczytać z tyłu okładki miłość po prostu nie znalazła. Od razu wiadomo, że go to cholernie boli i raczej z tego powodu egzystuje niż żyje. Wskutek rozmowy, którą podczas swojej imprezy odbywa z przyjaciółką - Libs, idzie do wróżki. Po wyciągnięciu karty Śmierci, która ma w jego wypadku oznaczać zmianę, znajduje przy swoim oknie latającego wieloryba, który ma być katalizatorem tych zmian.
Z tego punktu można by pójść kilkoma torami. Możnaby pokazać kompletną przemianę bohatera, który dzięki temu znajduje swoją miłość. Możnaby spróbować go zeswatać z jego miłostką sprzed lat. Ale “Wieloryb” idzie inną ścieżką. Autorzy próbują pokazać, że czasami trzeba odpuścić. I osobiście nie wiem czy to był najlepszy wybór, bo zostawia czytelnika z poczuciem, że jednak może być dla niego za późno na pokonanie samotności. Przynajmniej ja tak to odebrałem i nie wiem czy zgadzam się z takim morałem.
Bo nasz bohater to nie jest jakiś zupełny odludek i dziwak. Ma on grupę przyjaciół, którzy są dla niego wsparciem i organizują mu niespodziankę. Jednak jak każde, kto zbyt długo przebywa w tej formie osamotnienia, widok rodzin czy par wcale nie przynosi szczęścia. Wręcz przeciwnie, dołuje go to jeszcze bardziej. Jest to uczucie, z którym mogę się głęboko utożsamić. Owszem, kibicuje się im i cieszy ich szczęściem. Ale towarzyszy temu kłucie w sercu, że samemu się tego nie ma. Niestety postanowiono dopisać Egbertowi jedną, moim zdaniem dość odpychającą cechę. Od 20 lat podkochuje się w tej przyjaciółce, która wysłała go do wróżki. Rozumiem czemu to jest w tej historii, ale niestety trochę podminowuje jej wydźwięk.
Mam wrażenie, że wiem co autorzy chcieli przekazać tą historią. Że nie jesteśmy tylko swoją samotnością i nie możemy jej się poddać. Ale niestety to nie wybrzmiewa tak jak powinno. Po pierwsze, opowieść ta się kończy, że z jednej strony Egbert przestaje gonić za tą młodzieńczą miłostką co jest w gruncie rzeczy dobre. Ale jak dla mnie, to wygląda jakby w ogóle odpuścił i zaakceptował życie w samotności. Fajnie, że spełnił swoje marzenie i trafił na szczyt Kilimanjaro, ale nie tego oczekiwałem po zakończeniu. Do tego na koniec mamy moim zdaniem kompletnie zbędną scenę, kiedy Libs biegnie pod drzwi Egberta i próbuje się do niego dobić. W moich oczach to tani i zupełnie zbędny zabieg, który nie wnosi nic za bardzo do tej opowieści.
Jeśli miałbym określić jednym słowem “Wieloryba” to bym powiedział, że jest interesujący. Mi nie wszystko w tym tytule podeszło, ale zwłaszcza na początku docierał do mnie. Nie są to uczucia, które lubię czuć, ale wywołało to u mnie emocje, a to trzeba docenić. Niestety później historia idzie w takie rejony, że nie mogę powiedzieć, że mi się w pełni podobało. Jest to jednak tytuł moim zdaniem mocno otwarty na różne interpretacje, więc jestem w stanie sobie wyobrazić, że ktoś go uzna za fantastyczny. Ja lektury nie załuję, nawet jeśli niekoniecznie podniosła mnie ona na duchu. A wręcz przeciwnie.