Młody krasnolud, który został spadkobiercą mocy wielkiego herosa Bhaälzeca, postanawia pomóc odzyskać pamięć budzącemu grozę elfiemu wojownikowi, którego wybudził z długiego snu. Razem wyruszają w podróż do krainy elfów.
Grupa młodych orków udaje się na inicjacyjny wypad przeciwko innemu klanowi, lecz po drodze okazuje się, że młodziki mają zupełnie inny plan. Prześladowany snami o niszczycielskim smoku osierocony ork marzy o zemście, nie spodziewa się jednak, co go czeka po dotarciu na owiane legendą Wrzosowisko Tysiąca Poległych.
W obliczu potężnego zagrożenia ze strony wpływających na historię świata czarowników z Termüddu losy obcych sobie bohaterów splatają się ze sobą, wystawiając na próbę ich męstwo. Czy obdarzonym mocą Rong Dhärn pierworodnym z czterech różnych ras uda się ocalić wyjątkowe dziecko i przeciwstawić siłom zła?
Drugi tom zbiorczego wydania serii Wollodrïn to powrót do iście Tolkienowskiego świata, w którym przenikają się ze sobą losy ludzi, krasnoludów, orków, elfów i smoków. Na bohaterów czekają epickie przygody, niejednokrotnie zabarwione magią.
Wydanie zawiera tomy #6-10 francuskiej serii „Wollodrïn”, której autorami są David Chauvel („Corum”) i Jérôme Lereculey („Pięć krain”).
Dla fanów: Władca pierścieni, Hobbit (oba J.R.R. Tolkien), Świat Akwilonu, Pięć krain (Lewelyn, Jérôme Lereculey), Pomroka (Christophe Bec, Iko), trylogia Doliny Lodowego Wichru (R.A. Salvatore).
22.09.2026
I
Kolor
Twarda
240×320 mm
320
150,00 zł
9788368346824

„Wollodrin” w drugim i ostatnim tomie zbiorczym serii potwierdza, że jest to opowieść w duchu bardzo klasycznego fantasy, ale jednocześnie pokazuje, że da się jeszcze w tej konwencji stworzyć coś porywającego.
Nie jest historia na wskroś oryginalna i nowatorska. Jest raczej zlepkiem, konglomeratem znanych i cenionych motywów, z której twórca skleca doprawdy intrygującą układankę, miejscami bardzo mocno i bezpośrednio hołubiącą twórczości choćby Tolkiena – czy to w warstwie scenariusza (np. scena walki w wielkim pająkiem, niby żywcem wyjęta z Hobbita) czy graficznej (np. kreacja mrocznych jeźdźców – czarnoksiężników (na wzór Nazguli). Całość w pierwszym zbiorczym tomie opowiadała niejako niezależne od siebie historie, przedstawiające kluczowe dla serii postaci. Tom drugi scala ich wszystkich w jedną, zwartą grupę – bo wiadomo, że w fantasy pierwszym krokiem jest zebrać drużynę. I znów mamy schemat znany od dawna. Grupa wybrańców, którzy mają szanse pokonać zło, w tym ujęciu przywrócić międzyrasowy pokój. Niby nic nowego, niby motyw wpisany już w samo DNA sztafażu fantasy, tutaj rozgrywany jest z gracją i - miejscami – z ujmująca przewrotnością. To nadal opowieść o przezwyciężaniu tak własnych słabości, jak i zakorzenionych uprzedzeń. To historia szukania dróg porozumienia i rozejmów w obszarach najmniej spodziewanych. A to wszystko podlane sowicie sosem magii i miecza, odświeżanych zgrabnymi twistami.
Kolejne - pozornie niezależne – historie zaczynają się splatać, łączyć ze sobą i wzajemnie uzupełniać. Jedne postacie schodzą – przymusowo, czasem ostatecznie – ze sceny, za to pojawiają się inne, które szybko zyskują niepoślednie role. Zawsze jednak całość utrzymywana jest w epickim tonie opowieści drogi, w której bohaterowie, by sięgnąć przeznaczenia, muszą wpierw zajrzeć w głąb siebie, uporać się z własnymi słabościami, traumami i pragnieniami. Los oczywiście wszystkich połączy w jednej idei – bo taki już schemat konwencji. Ale w tym przypadku zwyczajnie zdążymy tego właśnie zapragnąć, okazję się to niewymuszoną ale naturalną konsekwencją, wypadkową dotychczasowych zdarzeń, okraszonych rzecz jasna brzemieniem przeznaczenia.
Zakończenie serwuje za to bardzo ciekawy przekaz i choć jest w dużym stopniu przesycone smutkiem, to jednak uznaję je za najmocniejszy punkt całej historii. To trochę podważenie samej istoty fantasy, jednego z jej najbardziej sztandarowych motywów, ale jednocześnie zgrabnie „dopowiedziana” cała opowieść, która może i gra na schematach, ale stara się z nimi otwarcie i inteligentnie korespondować, a nie tylko bezmyślnie je odtwarzać, co często bywa bolączką konwencji. Za scenariusz odpowiada David Chauvel, dobrze znany w Polsce choćby z wydawanej przez Egmont serii „Pięć Krain”. To autor o bardzo bogatym dorobku, z dużym doświadczeniem rynkowym i naprawdę solidnym warsztatem. Warto przyjrzeć się temu twórcy bliżej. Zobaczymy, co jeszcze trafi na polski rynek spod jego ręki. Bo to, ze coś powinno, nie ulega wątpliwości.
Za rysunki odpowiedzialnym jest Jérôme Lereculey, również znany nad Wisłą ze wspomnianej serii „Pięć Krain”. I widać wyraźnie, że służy mu współpraca z Chauvelem. Rysunki są szczegółowe, dynamiczne, czerpiące z takich (klasycznych już) dzieł popkultury, jak wspomniany już „Władca Pierścieni” Jacksona, ale nie czyni to komiksu słabszym. Po prostu pozwala mu idealnie wpisać się w estetykę konwencji, ale jednocześnie – w wielu obszarach – zachować oryginalność (np. w wyglądzie elfów). Radzi sobie artysta z kreacją szerokich kadrów, plansz ze scenami bitewnymi i sekwencyjnych scen obfitujących w dynamizm. Jego rysunki są staranne, dobrze wpisujące się we frankofońską estetykę i spełniające wymogi najbardziej obytych w fantasy odbiorców.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Czy da się połączyć Tolkienowski rozmach z bezkompromisowym burzeniem gatunkowych schematów? Okazuje się, że tak i tego przykładem jest album Wollodrin tom 2. Pozycja, która w brawurowy sposób udowadnia, że współczesna opowieść o dawnych rasach fantasy potrafi zaskoczyć na każdym kroku. Czy to jednak oznacza, że album pozbawiony jest wad?
W przypadku Wollodrin tom 2 najbardziej podoba mi się to, że David Chauvel nie trzyma się kurczowo jednego zestawu bohaterów, lecz pozwala spojrzeć na swoje uniwersum z różnych stron. Drugi polski zbiorczy tom, pokazuje, jak pozornie odrębne przygody stopniowo układają się w większą historię. Losy młodego krasnoluda Tridïka i elfa Haffanena, a później także Wïnhbora, orka mierzącego się z własnymi ambicjami, nie są jedynie pretekstem do kolejnych potyczek. Chauvel wykorzystuje je, by pokazać wzajemną nieufność między rasami, ciężar dawnych konfliktów i przekonania, które trudno zmienić nawet wtedy, gdy tracą rację bytu.
Podoba mi się również to, że autor nie dzieli świata na szlachetnych bohaterów i jednoznacznych przeciwników. Każda ze stron ma własne motywacje, a zmiana perspektywy pozwala spojrzeć na znane wcześniej problemy z zupełnie innej strony. Dzięki temu uniwersum nie stoi w miejscu, a kolejne historie wnoszą do niego coś nowego.
Nie oznacza to jednak, że scenariusz jest pozbawiony wad. Częste zmiany głównych postaci potrafią wybić z rytmu, szczególnie gdy zdążymy już zaangażować się w jedną historię, a Chauvel nagle przenosi nas w inne miejsce i stawia przed nowymi bohaterami. Potrzeba czasu, by poszczególne wątki zaczęły się zazębiać, a niektóre fragmenty sprawiają wrażenie przygotowania gruntu pod wydarzenia, które dopiero nadejdą. Nie każda część daje więc równie dużo satysfakcji, a tempo opowieści bywa nierówne. Kiedy jednak historie zaczynają tworzyć większą całość, wcześniejsze przygody nabierają dodatkowego znaczenia.
Tridïk i Haffanen tworzą szczególnie udany duet, ponieważ ich relacja nie opiera się wyłącznie na wspólnej przygodzie, ale również na zderzeniu odmiennych sposobów myślenia. Młody krasnolud, obdarzony mocą Bhaälzeca, nie jest typowym herosem, który od początku wie, jak wykorzystać swoje możliwości. Haffanen z kolei został ukształtowany przez kulturę, w której nieufność wobec innych ras jest czymś naturalnym. Ich wspólna droga pokazuje, jak trudno przełamać uprzedzenia, ale też że pochodzenie nie musi definiować człowieka. Największą zaletą tej relacji jest to, że wzajemne zaufanie rodzi się stopniowo, zamiast pojawić się za sprawą jednego efektownego gestu.
Ciekawie wypada również Wïnhbor, którego historia, napędzana pragnieniem zemsty i potrzebą udowodnienia własnej wartości, pozwala lepiej poznać orków. Relacje z siostrą Wïnhart i pozostałymi przedstawicielami jego ludu pokazują, że za impulsywnością i wojowniczością kryją się zwyczajne emocje, ambicje oraz rodzinne konflikty. Chauvel skutecznie przełamuje stereotypowe przedstawienie ras fantasy, nadając bohaterom indywidualne motywacje, zamiast sprowadzać ich do określonych funkcji w opowieści.
Nie wszystkie postacie otrzymują jednak równie dużo miejsca na rozwój. Gdy intryga nabiera rozmachu, część relacji schodzi na dalszy plan, a niektóre przemiany nie wybrzmiewają tak mocno, jak powinny. Najwięcej zyskują bohaterowie, których decyzje wynikają z wcześniejszych doświadczeń, a nie wyłącznie z potrzeby zaskoczenia czytelnika. Mimo tych zastrzeżeń galeria postaci pozostaje jednym z mocniejszych elementów albumu, choć nie każdy bohater wykorzystuje swój potencjał w równym stopniu.
Trudno nie zachwycać się tutaj tym, jak David Chauvel wykorzystuje klasyczne elementy fantasy, nie popadając przy tym w schematy. Mamy krasnoludy, elfy, orków, smoki i magię, ale poszczególne rasy nie są jedynie zbiorem typowych cech, lecz społecznościami z własną historią, uprzedzeniami i motywacjami.
Szczególnie interesująco wypadają dawne konflikty, których konsekwencje wpływają na kolejne pokolenia, nawet gdy pierwotne przyczyny wrogości dawno straciły na znaczeniu. Dzięki temu świat nie jest wyłącznie tłem dla efektownych pojedynków, lecz ważną częścią opowieści. Nie brakuje mu również magicznego rozmachu, a niezwykłe zdolności bohaterów stopniowo zyskują znaczenie dla szerszej intrygi.
Podoba mi się również, że Chauvel potrafi połączyć widowiskową przygodę z tematami nieufności, przywiązania i przełamywania stereotypów. Nie wszystko działa jednak równie dobrze. Rozbudowywanie uniwersum i kolejne zmiany perspektywy wymagają cierpliwości, a niektóre wątki potrzebują czasu, by ujawnić swoje znaczenie.
Strona wizualna Wollodrin tom 2 to absolutna ekstraklasa europejskiego komiksu, w której rysunki Jérôme’a Lereculey’a wespół z genialnymi barwami Lou osiągają absolutne wyżyny. Każda plansza to małe dzieło sztuki, w którym dynamiczne, perfekcyjnie czytelne kadry bitewne płynnie przechodzą w wyciszone, malownicze pejzaże przypominające surową, dziką Szkocję.
Rysownik posiada niesamowity dar nadawania postaciom głębokiej ekspresji – wystarczy jedno spojrzenie zmęczonego orka lub nieobecny wzrok młodego krasnoluda, by wyczytać z ich twarzy całą gamę skrywanych emocji bez ani jednego słowa komentarza.
Kadrowanie potrafi zaskoczyć odważnymi, panoramicznymi ujęciami, które potęgują skalę wydarzeń i sprawiają, że czytelnik autentycznie czuje się drobnym pyłkiem w obliczu wielkiej historii.
Kolory Lou dopełniają tę pracę i pomagają budować atmosferę poszczególnych scen. Nie są jedynie dekoracją nałożoną na rysunki, ale współtworzą wizualny rytm opowieści, podkreślając zarówno spokojniejsze fragmenty, jak i momenty zagrożenia. To właśnie połączenie sprawnego rysunku, przemyślanej inscenizacji i kolorystyki sprawia, że świat serii jest tak atrakcyjny w odbiorze.
Największym problemem Wollodrin tom 2 pozostaje wspomniana wcześniej pewna nierówność scenariusza. Zmiany bohaterów odświeżają opowieść, ale czasem utrudniają uchwycenie jej głównego kierunku. Nie każda część ma taką samą siłę, a niektóre bardziej zapowiadają przyszłe wydarzenia, niż dają satysfakcję.
Zastrzeżenia budzi też nierównomierne rozwijanie bohaterów. Tridïk i Haffanen otrzymują przestrzeń do budowania relacji, jednak później nie wszystkie postacie i ich przemiany wybrzmiewają równie mocno. Część wątków zasługiwałaby na większe rozwinięcie.
Największe wątpliwości pozostawia finał. Odważne zakończenie nie zapewnia pełnej fabularnej satysfakcji, a konsekwencje decyzji bohaterów nie dla każdego będą przekonujące. Trudno też uznać, że wszystkie wcześniejsze wątki prowadzą do niego w równie naturalny sposób.
Nie przekreśla to zalet zbioru, który oferuje ciekawe relacje i pomysłowe wykorzystanie fantasy. Wollodrin tom 2 pozostawia jednak mieszane uczucia, głównie przez nierówne połączenie dobrych pomysłów w spójną całość.