W 1998 roku Joann Sfar i Lewis Trondheim rozpoczęli serię Donżon — sagę, która pod przykrywką parodii heroicznego fantasy skrywa bogate i złożone uniwersum porównywalne z dokonaniami wielkich klasyków literatury spod tego samego znaku.
Wydawnictwo timof comics w kolekcji wydań zbiorczych publikuje wszystkie odcinki kultowej serii, która dla komiksu franko-belgijskiego jest pozycją przełomową. To pełne wydanie, zredagowane pod auspicjami obu autorów, pozwoli w najlepszy z możliwych sposobów odkryć czytelnikom jedno z najdoskonalszych dzieł w swym gatunku.
W tym tomie otrzymujemy kolejne pięć albumów o Donżonie – kontynuację cyklu Zmierzch oraz przeplatające się z nim albumy z serii Monstra.
Tym razem Sfarowi i Trondheimowi towarzyszą Delisle, Obion, Gatignol i Picault.
30.01.2026
I
Kolor
Twarda
220x300 mm
252
169,00 zł
9788368259469

Minęło raptem pół roku od wydania siódmej odsłony “Donżonu” i w rękach mamy już tom ósmy. A będzie ich jeszcze więcej, co jest niezwykle dobrą wiadomością.
Przypominając sobie grafikę zawartą w pierwszych zbiorczych wydaniach umieszczoną przed samymi historiami i opisującą kontinuum czasowe seriii, widzimy wyraźną różnicę. Już we wcześniejszym tomie pojawiła się w tym miejscu informacja o podwójnej serii pod nazwą “Donżon Antypody”, na którą musimy pewnie jeszcze trochę poczekać, ale w zamian dostajemy coraz mocniej rozbudowany świat przedstawiony razem z uzupełnieniem różnych luk fabularnych. Luki są dlatego, że twórcy w swoich opowieściach uwielbiają skakać w czasie i pomijać nie tyle niektóre, co mnóstwo wydarzeń, które prowadziły we wcześniejszych tomach do określonego celu. Takie właśnie wypełnianie luk dostajemy w najnowszym, ósmym tomie, choć oczywiście jest jeszcze coś na dokładkę.
Jego zawartość to pięć opowieści - trzy z nich są z cyklu “Donżon - Monstra”, który daje twórcom chyba największą dowolność w kształtowaniu fabuły i patrząc na poprzednie tomy, zawiera prawdziwe perełki, można wręcz stwierdzić, że najlepsze opowieści z całego “Donżonu”. Mamy też dwie historie z epoki Zmierzchu, opowiadające o przygodach Czerwonego Marvina i Zakutu (córki Herberta i Izydy) już po rozpadzie Terry Amaty. No właśnie - przewaga “Monstrów” nad resztą cykli wynika z tego, że opowieść może wydarzyć się w dowolnym miejscu i czasie (czyli w dowolnej epoce), a nawet zaprezentować czytelnikom całkiem nowych lub wcześniej mocno pobocznych bohaterów. I na tym właśnie polega całe piękno koncepcji fabularnej “Donżonu” - opowieść rozrasta się nie tylko w czasie i poza ramy poznanego świata, ale również do wewnątrz,dając nam historie, w których na znane już nam wydarzenia możemy spojrzeć z innej perspektywy.
W pierwszej historii jesteśmy w nowym miejscu - choć nie jestem tego do końca pewien po lekturze tych niemal pięćdziesięciu albumów. Oto miasto Nekrogród, które zgodnie ze swoją nazwą funkcjonuje jako wielka nekropolia, w której zmarli niekoniecznie odchodzą w zaświaty i mogą funkcjonować obok żywych. Do miasta trafia nowa bohaterka w “Donżonie”, niewinna z wyglądu, o nieco myszowatej fizys - Andrea. Andrea zostaje asystentką mecenasa Parówa i od tego momentu zaczyna się jej nie tyle przygoda, co rodzaj ekstremalnego doświadczenia, które na zawsze zmieni jej życie. Zresztą każde spotkanie z De la Kurem, to rodzaj ekstremalnego doświadczenia, nieprawdaż? A fakt, że tę cześć rysuje Guy Delisle ma fajne odniesienie do jego reporterskiej twórczości - to przecież on tworzy komiksowe reportaże z bardzo charakterystycznych miejsc w naszym świecie,a przecież takim miejscem w niniejszym komiksie jest niewątpliwie Nekrogród.
Pierwsza opowieść jest z niniejszego zbioru najlepsza, choć niewiele jej ustępuje ostatnia, w której, niczym klamra spinająca ten tom pojawia się ponownie Andrea, po wielu latach od wydarzeń z pierwszej opowieści w tomie. “Zaślubiny w kwiatach” opowiadają o przygodzie starzejących się Herberta i Izydy. Kreska i kolory tracą w tej odsłonie swoją żywotność, świat przedstawiony i postacie są można rzec zinfantylizowane, a Herbert znowu staje się elementem humorystycznym fabuły. Niby jest bardziej sielankowo, ale trupa pada tu gęsto, a los ważnych dla serii postaci wisi dosłownie na włosku. Słowem “Donżon” w postaci, za którą cenimy go najbardziej.
Pomiędzy tymi dwiema historiami są jeszcze dwie wspomniane wyżej z epoki Zmierzchu, w którym Zakutu wyraźnie przyćmiewa swoją osobowością Marvina Czerwonego, choć to na nim w pierwszej z nich skupia się uwaga pewnej złowrogiej istoty. Na dokładkę mamy jeszcze jedną opowieść z serii Monstra, z mało sympatycznym synem Herberta, Papsukalem, planującym odzyskanie Vaucanson, w czym pomaga mu Sonia, którą pamiętamy w diametralnie innej postaci z pierwszego tomu serii (i to jest ciekawa luka do wypełnienia).
Czego żałuję, czego mi brak w tym i w ostatnich tomach? Jak wiemy, do tworzenia “Donżonu” twórcy wrócili po długiej przerwie. Zajęli się wypełnianiem luk, choć wciąż jest jedna, która czeka na zagospodarowanie. Nadal niezbyt wiele wiemy o tym, co zdarzyło się między epoką Świtu a Zenitu i co dokładnie wydarzyło się między Aleksandrą i Hiacyntem. Kto wie, być może te wydarzenia pozostawiają twórcy na sam koniec, a może po prostu tak ma być - możemy się jedynie domyślać dramatów jakich doświadczyła ta dwójka bohaterów, dla których mroczne epitafium twórcy zawarli w historii z poprzedniego tomu - “Bojowe szkielety”. Mam nadzieję, że w którymś z kolejnych tomów ta dwójka powróci w swoich żyjących, młodszych wcieleniach.