9 października 1628 roku. Batavia, statek Kompanii Wschodnioindyjskiej (tej holenderskiej) opuszcza port w Amsterdamie i obiera kurs na Jawę.
Na jego pokładzie znajduje się kilkuset pasażerów, w tym kobiety z dziećmi. Jednym z pasażerów jest Jeronimus Cornelisz, próbujący uciec od świata i problemów aptekarz z Amsterdamu.
Jednak trudy rejsu szybko podkopują morale marynarzy na pokładzie żaglowca. Bunt narasta, a każdy incydent wywołuje coraz większe poruszenie, aż do owej niesławnej nocy 4 czerwca 1629 roku!
Christophe Dabitch i Jean-Denis Pendanx przedstawiają niezwykła historię człowieka, dotkniętego nieszczęściem i na skraju ruiny, który próbuje odbudować swoje życie, tymczasem trafia na pokład statku, którego nazwa stanie się synonimem tragedii niczym później Titanic.
30.09.2025
I
Kolor
Twarda
240x320 mm
256
159,99 zł
9788368092820

Koszmar rozbitków Batavii to jedna z najbardziej przerażających katastrof w historii żeglugi, odsłaniająca mrok ludzkiej natury w sytuacjach ekstremalnych. Komiks Jeronimus Christophe’a Dabitcha i Jean-Denisa Pendanxa wciąga czytelnika w tę tragiczną opowieść, łącząc precyzyjny historyczny research z głęboką psychologiczną analizą bohaterów.
Katastrofa Batavii to jeden z tych epizodów historii, które nawet po kilku stuleciach budzą autentyczny lęk. Nie z powodu samego rozbicia statku, lecz tego, co wydarzyło się później. Koszmar rozbitków Batavii to nie tylko dramat morski, ale studium mroku ludzkiej natury, w którym cywilizacja okazuje się cienką warstwą lakieru, łatwo zdzieraną przez strach i głód władzy. Christophe Dabitch i Jean-Denis Pendanx powracają do tego wydarzenia, próbując nie tyle je opowiedzieć, co zrozumieć. A przede wszystkim zrozumieć człowieka, który był jego centrum — JeronimusaCornelisza, aptekarza z Amsterdamu, który wyruszył w podróż życia, a stał się architektem jednego z najbardziej przerażających zbiorowych mordów w dziejach żeglugi.
Historia zaczyna się w 1628 roku, gdy Batavia, duma holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, wyrusza z Amsterdamu w kierunku Jawy. Na pokładzie są setki ludzi: żołnierzy, handlarzy, kobiet, dzieci, duchownych i prostych robotników. Wśród nich Jeronimus, z początku człowiek zagubiony, przytłoczony śmiercią syna, uwięziony w toksycznych relacjach i poglądach, które w ówczesnej ortodoksji uznano by za bluźniercze. To on, zafascynowany wolnością od moralnych nakazów, stopniowo przekształca się w figurę tyrana, który po katastrofie Batavii z zimną logiką wylicza, kto zasługuje na życie, a kto jest „zbędny”. Dabitch i Pendanx, zamiast jednak epatować grozą, prowadzą czytelnika przez psychologiczną ewolucję postaci, który przekracza granice człowieczeństwa.
Wszystko to zaś ubierają w szaty historycznejpowieści popularnonaukowej, czy wręcz reportażu z epoki. Gołym okiem widać tu ogromny research – zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej. Rysunki Pendanxa skrupulatnie odtwarzają detale XVII wieku: stroje, statki, porty, a także światło i barwy rodem z malarstwa niderlandzkiego. Równocześnie Dabitch z niezwykłą dbałością rekonstruuje kontekst społeczny i geopolityczny – nie tylko opisując podróż, ale pokazując mechanizmy władzy, które Holenderska Kompania Wschodnioindyjska wyniosła na poziom systemu. Twórcy przypominają, że to między innymi ona położyła fundamenty pod rodzący się kapitalizm, gdzie zysk staje się wartością nadrzędną, a człowiek – kosztem ubocznym.
Ten historyczny szkielet wzmacnia obecność wszechwiedzącego narratora, który dozuje informacje, dopowiadając to, czego nie mogą przekazać same dialogi i obrazy. Nie jest on uczestnikiem wydarzeń, raczej przewodnikiem po tragedii, która już się dokonała. Autorzy jednak unikają gadulstwa – komentarz z offu nie przytłacza, lecz subtelnie uzupełnia wizualny rytm opowieści. Tekst i rysunek przenikają się tutaj, tworząc jednolitą narrację.
Owa jednolitość przejawia się tu w układzie kolejnych plansz – te są ułożone metodycznie, niemal naukowo. Brak tu formalnych eksperymentów czy rozbicia rytmu (jak choćby w recenzowanym przeze mnie „Xoco”). Prawdopodobnie niektórzy odbiorcy uznają to za zbyt chłodne podejście, ale taka powściągliwość ma swoje zalety, pozwalając w pełni skupić się na treści. Czuć tu konsekwencję – jakby samą formę podporządkowano strukturze badania przypadku, a nie emocjonalnemu katharsis. To spokojne tempo działa jak metronom, odliczający sekundy do katastrofy, której przecież czytelnik się spodziewa. Z każdym rozdziałem napięcie buzujące pod powierzchnią narasta, aż w finale pęka z siłą moralnego i fizycznego kataklizmu.
Na tle tej metodycznej konstrukcji rozkwita portret psychologiczny Jeronimusa – człowieka rozpiętego między rozpaczą po utracie syna a rosnącą pogardą wobec społeczeństwa. Autorzy nie próbują go wybielić, lecz zrozumieć. Pokazują, jak jego idee – podszyte goryczą, racjonalizmem i pragnieniem uwolnienia – przekształcają się w nihilizm, który nie uznaje żadnych granic. Ta przemiana, prowadzona bez histerii, jest jednym z najmocniejszych elementów komiksu. Jednocześnie podobną uwagę poświęcono postaciom drugoplanowym, tworząc wiarygodny przekrój społeczny załogi Batavii: od kapitana po prostych marynarzy. To mieszanka klas, ambicji i lęków, którą łączy tylko wspólny cel podróży. Wystarczy jednak iskra – katastrofa – by cała konstrukcja społecznych ról zajęła się ogniem.
Co za tym idzie, twórcy podejmują się przekazania, jak w ekstremalnych warunkach cywilizowane zasady rozpadają się w pył. Gdy moralność przestaje obowiązywać, ludzie wracają do instynktów: walki o przetrwanie, podporządkowania silniejszemu, przyzwolenia na zbrodnię. W Jeronimusiechaos nie wybucha sam z siebie – to raczej logiczny ciąg przyczyn i skutków, w którym strach, wiara w autorytet i bezrefleksyjny oportunizm stają się narzędziami zła. W tym sensie Dabitch i Pendanx rysują wyraźną paralelę między kalkulacją Jeronimusa a mechanizmami Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Obie struktury, choć różne w skali, działają według tej samej logiki: jeśli coś nie przynosi zysku, należy to wyeliminować.
Jeronimus to komiks niezwykły – pod pewnymi względami surowy, ale niebywale wciągający, pozbawiony formalnych fajerwerków, a jednak intensywny w przekazie. Dabitch i Pendanx stworzyli dzieło, które wymyka się prostym kategoriom: to jednocześnie rekonstrukcja historyczna, psychologiczny portret i moralny traktat o naturze ludzkiego zła. W końcu to właśnie ono, a nie morze, pochłonęło ofiary Batavii.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
2 oceny Show votes.
Traktujcie album "Jeronimus" jak zaproszenie na wernisaż. To komiks, ale jednocześnie pokaz niezwykłego talentu Jean-Denis Pendanxa. Na tym samym wernisażu będziemy oprowadzani przez Christopha Dabitcha, który na przykładzie prac Pendanxa opowie nam o pewnej morskiej wyprawie.
Napięcie będzie rosło, co kilka sal kustosz będzie dawkował emocje, one wybuchną w finale. Ani na chwilę jednak nie będzie dane nam zapomnieć, po co tu jesteśmy. To będzie bardzo bolesna wycieczka. Wiemy, że w finale zobaczymy pokaz ludzkiego okrucieństwa, takie obrazy będą dominowały na ostatnich planszach, czy też w ostatnich salach galerii "Jeronimus".
Napisać siebie na nowo, to brzmi wspaniale. To też ogromna pokusa. Iluż ludzi, nierzadko desperatów, chciałoby dostać czystą kartę, świeżo otwarty atrament, nieużywane jeszcze pióro i po raz drugi w życiu napisać o sobie nową życiową powieść.
Jeronimus Corneliszoon dostał taką szansę w październiku 1628 roku. Po prawdzie to nie on sam. Statek Batavia, który wypłynął z portu Texel w Holandii w kierunku Holenderskich Indii Wschodnich i miasta, co ciekawe, Batavia (nazwa obowiązywała do 1949 roku, dzisiaj to Dżakarta) miał na swoim pokładzie wielu takich, którzy zostawili na starym kontynencie swoją przeszłość. Chcieli, musieli, było im to na pewno na rękę. Tylko, że w odróżnieniu od pozostałych, tych którzy również rozpoczęli życie "na nowo", Jeronimus ten rozdział zapisał tylko krwistoczerwonymi zgłoskami.
Narodzić się po raz drugi jako diabeł.
Jeronimus nigdy bezpośrednio nie splamił swoich rąk krwią. Zawsze był prowodyrem późniejszych zajść, okrutnych, brutalnych, do dzisiaj budzących niepokój. Kiedyś aptekarz, później bankrut, zaciągnął się na statek i próbował stworzyć się na nowo. Chciał urosnąć w oczach pewnej niewiasty, zbudować siebie z nowych materiałów, zaczął spiskować w celu przejęcia okrętu.
Czytanie komiksu "Jeronimus" to doświadczenie niezwykłe. Głównie przez to, że treść w ten powolny i brutalny sposób wchodzi pod skórę. Zaraża czytelnika złym nastrojem, Christophe Dabitch co kilka stron, między wierszami, zwiastuje krwawy finał.
Malarski charakter "Jeronimusa" wychodzi nie tylko z decyzji jaką podjął Jean-Denis Pendanx względem ilustracji i stylu, któremu był wierny przez 256 stron. Malarskość wynika też poniekąd z treści. Jednym z pobocznych bohaterów, który mógł mieć niejako wpływ na umysł Jeronimusa (można się spotkać z taką narracją)) był holenderski malarz Torrentius, a właściwie Johannes van der Beeck, hedonista, twórca wielu aktów. Dzisiaj byłby niedużo groźniejszy niż każdy celebryta. Czy rzeczywiście wiara, że trzeba czerpać jak najwięcej z krótkiego życia tak zdominowała umysł Jeronimusa, że ten zamienił się w bestię i urządził piekło setkom ludzi w ostatnim akcie opowieści?
Wśród tegorocznych komiksów, "Jeronimus" zdecydowanie plasuje się wśród najlepszych. To głęboka opowieść o tym, jak niewiele dzieli nas, ludzi, od krwiożerczych istot, które nie mają hamulców. To również imponująca warstwa graficzna, Jean-Denis Pendanx zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Wspomniana plastyka kadrów i świadomość artysty zaowocowały kunsztownymi dziełami sztuki. Na każdej niemal stronie możecie doświadczyć czegoś szlachetnego i wyrazistego. Brakuje tylko drewnianych ram i rzeczywiście tymi pracami można by wypełnić niejedną artystyczną przestrzeń.
A pod tym całym pięknem kryje się to, co w człowieku najbrzydsze. Gatunkowo to rzecz jasna mocny thriller, ludzki dramat, wgląd (lub próba) w psychikę socjopaty. Intrygujący i niepokojący komiks, w którym autorzy zastanawiają się, co mogło doprowadzić do tych wszystkich sytuacji. W jaki sposób spokojny aptekarz, zamienia się w kacyka, stojącego na czele bandy zbirów. A może on zawsze taki był?