Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Mateusz Czechowicz: “Nanbanjin - dosłownie “barbarzyńca z południa”, w tych czasach Japończycy określali tym sinojapońskim terminem ludy Azji Południowej. Gdy w 1543 roku zjawili się w Japonii pierwsi Portugalczycy, zaczęto tak nazywać również ich, a następnie Europejczyków przybywających zza mórz.” Taką definicję tytułowego określenia znajdziemy w samym komiksie, który dziś ma swoją premierę. NANBANJIN to album wyjątkowy, który łączy w sobie komiks Cyrila Pedrosy i mangę Taiyo Matsumoto, opowiadający historię portugalskiego rozbitka, który trafił do małej wioski na wysepce w archipelagu Wysp Japońskich. Tytuł ten szturmem wbił się w szczytowe rejony mojego osobistego rankingu tegorocznych premier, z potencjałem na najwyższe miejsce, a lektura tej pozycji to było dla mnie jedyna w swoim rodzaju.
Zarówno komiks, jak i manga opowiadają te same wydarzenia, ale z różnych perspektyw. Pedrosa przekazuje nam historię oczami Fernando, który próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości, a Matsumoto przedstawia nam perspektywę mieszkańców wioski, do której trafił rudowłosy portugalczyk. Każda z tych opowieści stoi na własnych nogach i spokojnie mogłaby być wydana jako osobna pozycja, to razem tworzą one coś wyjątkowego. Bo fabuła nie wyróżnia się specjalnie poza inne historie o podobnej tematyce. Obcy człowiek zostaje przygarnięty przez społeczność i potem próbuje się odwdzięczyć. Siłą NANBANJIN jest jednak pomysł jak wykorzystać różnice między mangą, a komiksem, aby dać czytelnikowi wyjątkowe doświadczenie.
Owe doświadczenie będzie inne, w zależności od której strony zacznie się czytać. Ja osobiście zacząłem od komiksu, dopiero potem przechodząc do mangi i miało to duże znaczenie w późniejszym odbiorze części Matsumoto. Pedrosa opowiada historię z perspektywy jednej tylko osoby, czyli Fernando, dzieląc ją na kolejne rozdziały opisujące kolejne etapy jego życia w domu Shobei’a i pobliskiej wiosce: OCEAN, BURZA, PRZYJACIEL, DALEKO. Widzimy tylko to co on przeżywa, jak próbuje się zaadaptować i jak się zmienia żyjąc wśród Japończyków. Komiksowa część pozwala nam go poznać bardzo dobrze i dowiedzieć się jakim jest i jakim chce być człowiekiem. Z takim backgroundem zacząłem czytać mangę, która opowiada te same wydarzenia, ale obserwujemy je oczami poszczególnych Japończyków. Matsumoto tytułuje kolejne rozdziały imionami kolejnych ważnych w tej historii osób: SHOABEI, TORMARU, KUMAGIKU, KANKICHI, TOKITAKA i FERNANDO. W tej części NANBANJIN nie poznamy samego Fernando w takim stopniu jak wcześniej, ale podczas mojej lektury pozwoliło mi to wrócić do pewnych wydarzeń z dodatkowym kontekstem. I to działa w obie strony. Niech za przykład posłużą relacja Fernanda z Shoabei. W przypadku Shoabei wiemy z komiksu, że przygarnął on Portugalczyka, powoli nauczył go języka i wprowadził w życie wioski. Widzimy ile on znaczy dla Fernanda i co on mu zawdzięcza. Natomiast czytając mangę dowiadujemy się, że Fernando stał się katalizatorem, który pozwolił się starcowi uporać w końcu ze stratą syna i na którego przelał ojcowską miłość. Obie perspektywy dodają głębi do tej relacji. Innym przykładem jest nieudany zamach na Tormaru. Pedrosa poświęca temu kilka stron, bo kluczowy jest tu Fernando, a Matsumoto pokazuje nam tylko tyle, że Tormaru usłyszał stukanie do drzwi, po czym wraca spać. Tak jest tu ze wszystkim. Każde wydarzenie ma dwie strony, dwie perspektywy. I mnie osobiście to podejście bardzo się spodobało, a wykonanie zachwyciło. Sam pomysł jest świetny i korzystając ze specyfiki komiksu zachodniego i japońskiego, zbiegając się w środku. Ale oprócz tego nie mogę zapomnieć o dbałości o detale. Oba spojrzenia widać, że są ze sobą splecione i obaj autorzy nigdy o tym nie zapominają, dostarczając zachwycający formą album.
Odkładając na bok zachwyt jak została opowiedziana, to wypada wspomnieć coś o samej historii, bo również ona jest dobra, ale jak wspomniałem wcześniej, nie wyróżnia się. NANBANJIM nie sili się na pompatyczność, szersze komentarze społeczne czy historyczne. To przyjemna, przyziemna opowieść o próbie odnalezienia się w zupełnie obcym środowisku, docieraniu się i przezwyciężaniu uprzedzeń. I mi się ta historia podobała. Szczególnie relacja Fernanda i Shoabei, którzy ratują siebie nawzajem. Zarówno w tym najbardziej dosłownym znaczeniu, jak i tym życiowym. Do tego powolne tempo sprawia, że można się przy tym komiksie i mandze zrelaksować.
Jest rzecz, na który mogę troszkę ponarzekać. Czyli waga. Prawie 2,5 kg mocno ciążą podczas lektury. Nie jest to album, który na luzie poczyta się w łóżku. Lepiej usiąść i czymś go podeprzeć. I część tego ciężaru wynika z olbrzymiego formatu, przy którym omnibus wygląda na jakiś taki mały. I jak waga mi przeszkadza w komfortowym czytaniu, to jednak warto się przemęczyć dla prac Pedrosy i Matsumoto. NANBANJIN wygląda cudnie i wielokrotnie się zatrzymywałem żeby po prostu popatrzeć na kadry czy panele od obu twórców. A jest na co, bo obie części mają momenty, które wizualnie zachwycają czy to kolorami, czy kreską.
Niestety z formatu i grubości wynika też druga i największa wada, a także przeszkoda w zakupie tego tytułu. Czyli cena - 250 zł okładkowo. Nawet po standardowych rabatach to będzie grubo ponad 175 zł, co dla wielu jest nie do przeskoczenia. Jak fan komiksu nie będę ukrywał, że choć uwielbiam od czasu do czasu wziąć do rąk takiego giganta, tak wiem, że cena może skutecznie odstraszyć i na pewno mocno uszczupla grupę odbiorców.
Jak wspomniałem, NANBANJIN to rzecz, która na pewno trafi do topki moich tegorocznych lektur. Fabularnie jest dobrze, forma zachwyca i wizualnie jest pięknie. Chciałbym, żeby każdy ten tytuł sprawdził. Mimo, że ledwo wczoraj przeczytałem, to już chcę wrócić i na pewno w przyszłości to zrobię. Jak lubicie eksperymenty i zabawy medium, to jest to pozycja dla was. Podobnie jak was ciekawi różnica w podejściu Europejczyków i Japończyków na zderzenie kultur tych pierwszych i tych drugich na tym najbardziej ludzkim, przyziemnym poziomie. Jeszcze raz serdecznie polecam zakup w przypadku grubszego portfela, lub wypożyczenie, jak tylko pojawi się w waszej bibliotece.