Liga Sprawiedliwości od lat chroni Ziemię i jej mieszkańców przed inwazją obcych. Czujnie obserwuje niebo w poszukiwaniu oznak kolejnego zagrożenia. Ale co, jeśli wrogowie od dawna są wśród nas? Jeśli ukrywają się na widoku i… czekają na odpowiedni moment, by uderzyć?
Z szalonych pomysłów wielokrotnego laureata nagrody Eisnera Jamesa Tyniona IV („Miły dom nad jeziorem”, „Joker. Polowanie na klauna”), Matthew Rosenberga („Batman”, „Batman Detective Comics”) i Ottona Schmidta („Green Arrow”) zrodziła się apokaliptyczna historia o prawdziwym heroizmie, haniebnej zdradzie i zaciętej walce o przetrwanie.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „DC vs. Vampires” #1–12.
8.04.2026
I
Kolor
Twarda
170x260 mm
304
129,99 zł
9788328173453

Było już “DCeased’, czyli superbohaterowie uniwersum DC kontra zombie, więc nie mogło zabraknąć bardziej oczywistej historii w tej konwencji. Czy “Dc kontra Wampiry’ to tak samo dobra seria jak ta z zombiakami?
Zestaw nazwisk na okładce tego komiksu budzi dobre skojarzenia. James Tynion IV ostatnio króluje na naszym rynku, choć akurat opowieści superbohaterach z DC nie kojarzą się aż tak dobrze z jego nazwiskiem. Matthew Rosenberga kojarzę z bardzo dobrego komiksu o mutantach jeszcze sprzed ery krakoanskiej - “Uncanny X-Men. Cyclops i Wolverine”. W tym zestawie najmniej u nas znany jest Otto Schmidt odpowiadający za rysunki, znamy go z serii “Green Arrow” w ramach DC Odrodzenia, ale jego styl, nawiązujący do estetyki Seana Murphy’ego i Matteo Scalery wygląda w komiksie nowocześnie i sympatycznie. We fragmentach mamy jeszcze charakterystyczne rysunki Simone Di Meo oraz zestaw zombiastycznych, hiperrealistycznych okładek Francesco Mattiny przed kolejnymi zeszytami A jest jeszcze galeria okładkowa od różnych autorów na końcu albumu, dzięki której można sobie przy okazji podumać, jak wyglądałaby ta seria w innej oprawie graficznej - bowiem ta w wykonaniu Otto Schmidta, mam wrażenie, że czasem rozmija się z mroczną w wielu momentach fabułą.
W historii o walce superbohaterów z wampirami nie ma dużo miejsca na ekspozycję - konflikt zostaje zaprezentowany czytelnikom dość szybko, choć też nietypowo. Oto poznajemy bohatera o nazwisku Andrew Bennett, który ucieka przed wampirzą pogonią i podąża w kierunku siedziby Ligi Sprawiedliwości, aby ostrzec herosów przed nadchodzącą wojną o nieprawdopodobnej skali. Idzie wojna, ponieważ zamordowana została wampirza królowa, która przez stulecia utrzymywała z ludźmi kruchy pokój. Gdy Bennett dociera do celu jest niestety za późno - już w pierwszym zeszycie poznajemy pierwszego zainfekowanego superbohatera, prowadzącego własną grę, której celem jest zarażenie kolejnych z członków Ligi. Poza tym dowiadujemy się, że w ten sposób infekowani są również złoczyńcy. No i na dokładkę zostaje jeszcze kwestia nowego króla wampirów, którego tożsamość przez pewien czas jest tajemnicą, a potem okazuje się kluczowa dla fabuły i przy okazji jest emocjonalnym ciosem i dla superbohaterów i dla czytelnika.
“DC kontra wampiry” to oczywiście elseworld, co mnie osobiście bardzo cieszy, bo przecież z DC najlepiej czyta się właśnie elseworldy. To ten rodzaj opowieści, w której twórcy nie muszą się trzymać sztywnych ram uniwersum, mogą uśmiercić kogo chcą i generują znacznie więcej czytelniczych emocji niż standardowe, cykliczne serie. Najlepszym przykładem z ostatnich lat są wydane u nas “Injustice” i wspomniane wyżej “DCeased” - to bardzo dobre historie ze scenariuszami Toma Taylora, w których żaden z bohaterów nie może się czuć bezpieczny - nawet ci z samego piedestału. I podobnych emocji i fabularnych przetasowań dostarcza “DC kontra wampiry”, choć chyba nie aż w takiej skali, jak dwie wymienione wyżej serie.
“DC kontra wampiry” oryginalnie wyszły w dwóch seriach po sześć zeszytów - i to wyraźnie czuć po bardzo wyraźnym punkcie kulminacyjnym w środku niniejszego tomu. Ta pierwsza część to wampirze podchody i realizacja planu, w myśl którego chcą zdobyć całkowitą władzę na ziemi. Druga część to podzielona na trzy wątki opowieść o działaniach superbohaterskiego ruchu oporu. W obu częściach mamy porównywalne emocje i intrygujące wątki (ciekawie wypada ten z pozbawioną mocy Supergirl, no i w fabule jest John Constantine - to zawsze na propsie) choć czasem można odnieść wrażenie, że zapędy scenarzystów były wręcz tonowane - wydaje mi się, że mogło być lepiej, gdyby twórcy poszli na całość. Czasem też robi sie fabularny galimatias i czujemy, że w opowieści są dziury - jak ta dotycząca Damiana Wayne'a - wytłumaczeniem może być brak dwóch pojedynczych zeszytów pobocznych, które uzupełniały główną serię. No i jest jeszcze finał, który pozostawił mnie jednocześnie pod wrażeniem, jak i skonsternowanego. Już podczas lektury ostatniego zeszytu czułem, że jest za mało miejsca by wszystko domknąć i jak nic musi tu być ciąg dalszy, choć na grzbiecie komiksu nie było widać jedynki. Ale spokojnie, ciąg dalszy jest, znowu w postaci dwunastu zeszytów w historii “DC vs. Vampires. World War V” i mam nadzieję ,że Egmont wyda ten tytuł, bo jednak ciekawi mnie, jaka będzie ostateczna konkluzja tego konfliktu.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
Tynion IV i historia o wampirach w takim lekko cartoonowym stylu? Niecodzienne połączenie, nie? A jednak…
… pierwsza połowa tego komiksu to złoto. Dialogi są błyskotliwe, humor punktuje idealnie, a do tego fajna intryga z lekkim dreszczykiem. Cały czas się zastanawiasz, kto już jest wampirem, a kto jeszcze nie, i to wszystko w dobrze znanym uniwersum DC. W pewnym momencie pomyślałem: kurde, to jest naprawdę dobre.
I tak jest mniej więcej do połowy, czyta się to świetnie.
No ale potem wjeżdża apokalipsa i robi się z tego takie skrzyżowanie Injustice z DCeased, ale bardziej w stronę tego pierwszego. Niby stawka rośnie, sceny są mocniejsze, ale to nie jest żaden pełnoprawny horror. Do tego rysunki, które na początku super pasowały, zaczynają trochę się gryźć z tym cięższym klimatem.
Najbardziej szkoda, że komiks skręca w typowe superhero i gubi ten cały klimat spisków, podchodów i kombinowania. A to właśnie było najlepsze. Do tego dochodzi kilka dziur fabularnych i trochę czuć, że coś się rozjechało. Trochę nie wierzę, że to mówię, ale serio wolałbym, żeby całość była taka lekka jak ten początek 🙂
Ale żeby nie było, to nadal bardzo fajny komiks. Trochę siada pod koniec i trochę szkoda niewykorzystanego potencjału, ale i tak daje sporo frajdy. Szczególnie pierwsza połowa.
Komiks ten i setki innych zobaczysz na moim Instagramie: Lukkegeek
Można by tak oszacować całe to przedsięwzięcie, że skoro krwiopijcy, którym podobnież trzeba tylko kołek w serce lub inny czosnek - mogą zniszczyć wszystko i wszędzie, mimo że w półświatku mieszkają bohaterowie, którzy przecież są „super” to jakie szanse mają światy, gdzie bohaterów nie ma zupełnie?
James Tynion IV pisał scenariusz do tego komiksu i napisał scenariusz w porządku, jak zwykle zresztą bo James pisze scenariusze w porządku. Czasami przysiądzie i napisze coś naprawdę dobrego. Tutaj jest w porządku.
Bo z jednej strony jest dość barwnie, dynamicznie i przaśnie, z drugiej zaś DC Kontra Wampiry chyba chciałby uchodzić za nieco bardziej mroczniejsze. Ja osobiście mroku tutaj nie widzę. Jak dla mnie jest przaśnie.
I to jest zaleta. Częściej miałem w tym przypadku bananową gębę, aniżeli mówiłem sobie w głowie „Ojej, o Boże, to straszne”. Nie nudziłem się, kiedy Batman, Green Arrow i inni walczyli z wampirami. No może kapkę pod koniec, bo koniec tak w sumie to bym zmienił nieco, gdybym miał takową sprawczość. Ale nie mam.
DC Kontra Wampiry to jest akuratnie „to” czego się spodziewałem. Lekka, dość „miękka” opowieść, która mknie przed siebie i jest nawet ciekawie miejscami. Jednak, gdzieś tam obok tego dobrego, co tu dostałem, mam też wrażenie, że nie jest to moja bajka tak do końca.
Czysta rozrywka, bez zbędnych udziwnień i zapychaczy. Można, jak ktoś lubi tego typu podejście do superhero. Ja raczej wolę dojrzalsze i poważniejsze podejście do tego półświatka.
Jednakże fajnie było zobaczyć Constantine’a, Potwora Z Bagien czy Harlejkę. Harlejka jest fajna.