Aby zapewnić jak najlepsze wrażenia, korzystamy z technologii, takich jak pliki cookie, do przechowywania i/lub uzyskiwania dostępu do informacji o urządzeniu. Zgoda na te technologie pozwoli nam przetwarzać dane, takie jak zachowanie podczas przeglądania lub unikalne identyfikatory na tej stronie. Brak wyrażenia zgody lub wycofanie zgody może niekorzystnie wpłynąć na niektóre cechy i funkcje.
Przechowywanie lub dostęp do danych technicznych jest ściśle konieczny do uzasadnionego celu umożliwienia korzystania z konkretnej usługi wyraźnie żądanej przez subskrybenta lub użytkownika, lub wyłącznie w celu przeprowadzenia transmisji komunikatu przez sieć łączności elektronicznej.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest niezbędny do uzasadnionego celu przechowywania preferencji, o które nie prosi subskrybent lub użytkownik.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do celów statystycznych.
Przechowywanie techniczne lub dostęp, który jest używany wyłącznie do anonimowych celów statystycznych. Bez wezwania do sądu, dobrowolnego podporządkowania się dostawcy usług internetowych lub dodatkowych zapisów od strony trzeciej, informacje przechowywane lub pobierane wyłącznie w tym celu zwykle nie mogą być wykorzystywane do identyfikacji użytkownika.
Przechowywanie lub dostęp techniczny jest wymagany do tworzenia profili użytkowników w celu wysyłania reklam lub śledzenia użytkownika na stronie internetowej lub na kilku stronach internetowych w podobnych celach marketingowych.
Nie każdą słabą historię da się naprawić, ale czasem wystarczy opowiedzieć ją w inny sposób. Komiksowy „Obi-Wan Kenobi” udowadnia, że zmiana medium potrafi zdziałać więcej, niż można by się spodziewać.
Kiedy otwierałem pierwszą stronę rzeczonego albumu, w głowie miałem jedno zasadnicze pytanie: czy ze słabego serialu da się zrobić dobry komiks? Telewizyjny „Obi-Wan Kenobi” skupiał w sobie przecież niemal wszystko to, co najgorsze w „Gwiezdnych wojnach” od czasu, gdy uniwersum George’a Lucasa znalazło się w rękach Disneya. Liche tempo, niemal zerowa stawka wydarzeń – bo przecież wszyscy doskonale wiemy, gdzie za kilka lat znajdą się najważniejsi bohaterowie – przeciętna strona techniczna boleśnie odcinająca serial od kinowego rozmachu sagi i wreszcie poczucie, że poznajemy historię, której właściwie wcale nie musieliśmy poznawać. Odpowiedź na postawione pytanie okazała się jednak bardziej złożona, niż przypuszczałem. Bo choć Jody Houser i Salvador Larroca nie są w stanie naprawić wszystkiego, niebywale skutecznie radzą sobie z tym, co rzeczywiście mogą.
Tożsamo jak w serialu, akcja rozgrywa się dziesięć lat po wydarzeniach z „Zemsty Sithów”. Obi-Wan Kenobi, złamany klęską Zakonu Jedi i upadkiem Anakina Skywalkera, ukrywa się na Tatooine, gdzie z oddali czuwa nad dorastającym Lukiem. Wszystko zmienia porwanie młodej Lei Organy. Prośba Baila Organy zmusza dawnego mistrza Jedi do opuszczenia pustynnej planety i wyruszenia na ratunek dziewczynce. Problem w tym, że tropem Kenobiego szybko ruszają imperialni Inkwizytorzy, a szczególną determinację w jego schwytaniu wykazuje Trzecia Siostra, Reva. Wkrótce okazuje się również, że człowiek, którego Obi-Wan uważał za zmarłego, nie tylko przeżył wydarzenia na Mustafarze, ale stał się jednym z najpotężniejszych narzędzi Imperium.
Jeżeli oglądaliście serial, wiecie czego spodziewać się w aspekcie jakości scenariusza - komiks jest właściwie jego przeniesieniem na papier jeden do jednego, a zatem dziedziczy również fundamentalne problemy pierwowzoru. Nadal trudno uwierzyć, że opowieść ta w istotny sposób zmienia nasze spojrzenie na wydarzenia pomiędzy trzecią a czwartą częścią sagi. Nadal wiemy wiemy też, że Obi-Wan, Leia, Luke czy Vader muszą wyjść z całej awantury w określonym stanie, przez co trudno zbudować rzeczywiste poczucie zagrożenia. I wreszcie nadal można zastanawiać się, czy kolejne dopisywanie wydarzeń pomiędzy filmami faktycznie wzbogaca uniwersum, czy raczej obsesyjnie wypełnia każdą pozostawioną przez Lucasa lukę.
Zmiana medium zdecydowanie działa jednak na korzyść tej historii i to do stopnia, w którym Houser nie musi nawet szczególnie ingerować w jej fundamenty, bo część serialowych bolączek znika właściwie automatycznie. Najbardziej oczywistym przykładem jest tempo. To, co na ekranie potrafiło niemiłosiernie się ciągnąć, tutaj przyswajamy we własnym rytmie. Kolejne sceny następują po sobie sprawniej, a całość znacznie rzadziej sprawia wrażenie materiału rozciągniętego ponad jego faktyczne możliwości. Jednocześnie album mimo wszystko zachowuje bardzo „serialową” konstrukcję. Wiele kadrów wygląda niemal jak przeniesione bezpośrednio z ekranowych ujęć, dzięki czemu podczas lektury bez trudu można dostrzec telewizyjny rodowód adaptacji.
Paradoksalnie lepiej wypadają również niektóre postacie. Reva pozostaje tą samą rozkapryszoną, impulsywną Trzecią Siostrą, ale na papierze jest zwyczajnie mniej irytująca. Znika aktorska interpretacja, która dokładała swoją cegiełkę do negatywnego odbioru bohaterki, a jej zachowanie zostaje sprowadzone do dialogów i rysunkowej ekspresji. Jeszcze większą różnicę widać jednak w warstwie wizualnej. Tam, gdzie serial zaskakująco często wyglądał najzwyczajniej tandetnie, szczególnie jeśli zestawić jego ambicje z filmowymi odsłonami „Gwiezdnych wojen”, komiks nie musi mierzyć się z ograniczeniami scenografii czy miernym CGI. Rysunki Salvadora Larroki są solidne i dobrze oddają zarówno podobieństwo bohaterów do ich ekranowych odpowiedników, jak i charakterystyczną estetykę odległej galaktyki. Nic nie musi tu na siłę udawać już kinowego widowiska, bo na papierze po prostu nim jest.
Największym sukcesem albumu pozostaje więc to, że jego autorom udało się uchwycić esencję tego, co serial próbował nam przekazać, jednocześnie prostując sporą część elementów, które w wersji ekranowej zwyczajnie nie zagrały. Oczywiście nie oznacza to, że nagle dostajemy wybitną historię. Jej fabularne ograniczenia pozostają dokładnie takie same, a pytanie o sens ponownego wyciągania Obi-Wana z tatooińskiego ukrycia nadal jest zasadne. Tym razem jednak opowieść nie potyka się co chwilę o własną realizację – i choćby tylko to powinno przekonać fanów uniwersum, by dać jej drugą szansę.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.