W najmroczniejszych dniach Wielkiego Kryzysu śmierć nadciąga wraz z wszechobecnym pyłem. Gdy apokaliptyczne burze pochłaniają kolejne tereny Oklahomy, doświadczone przez kataklizm miasteczko New Hope zostaje sparaliżowane przez serię brutalnych morderstw. Szeryf Meadows, udręczony swoją przeszłością, łączy siły z Sarą, nieustępliwą fotoreporterką, by dopaść zabójcę, który przemyka przez burzę niczym duch — pozostawiając za sobą jedynie ciała swoich ofiar.
„Głęboko poruszające, olśniewające otwarcie nowej serii kryminalnej oraz wierne odwzorowanie jednego z najbardziej dramatycznych okresów w historii Ameryki”. Monkeys Fighting Robots
„Prawdziwie mocny debiut i doskonały przykład na to, dlaczego warto zaczekać, aż ukażą się wszystkie komiksy z danego roku, by ocenić, co naprawdę się wyróżnia. To fantastyczny początek i jeden z najlepszych debiutów roku, serwujący nam otwarcie niepokojąco smutne i zarazem piękne”. Graphic Policy
19.09.2026
I
Kolor
Twarda
210x280 mm
216
139,90 zł
9788368966022

„W proch się obrócisz” zabiera nas w sam środek amerykańskiego Wielkiego Kryzysu, oferując kryminalną historię, której znakomita atmosfera i nietuzinkowa oprawa graficzna nie są niestety w stanie wynagrodzić scenariuszowych niedostatków.
Rok 1935. Stany Zjednoczone wciąż zmagają się ze skutkami Wielkiego Kryzysu, a powszechna bieda i bezrobocie coraz mocniej podkopują nastroje społeczne. Nie inaczej jest w New Hope, niewielkim miasteczku w Oklahomie, które z każdym kolejnym miesiącem coraz bardziej przypomina miejsce skazane na powolną agonię. Kto może, ten salwuje się ucieczką, pozostali zaś próbują jakoś wiązać koniec z końcem. Jakby jednak mało było mieszkańcom dotychczasowych nieszczęść, potężna burza pyłowa odcina miejscowość od świata, a na dokładkę dochodzi do makabrycznego morderstwa pewnej rodziny, mogącego mieć związek z nierozwiązaną zbrodnią na małej dziewczynce sprzed lat. Miejscowy szeryf Lawton Meadows, któremu i bez tego problemów nie brakuje, łączy więc siły z przybyłą do miasteczka reporterką Sarah Grange, rozpoczynając poszukiwania zabójcy.
Historia, którą proponują J.G. Jones i Phil Bram, pod względem konstrukcji bohaterów porusza się po dość znajomych ścieżkach. Mamy tu więc szeryfa dręczonego wyrzutami sumienia, jako że jego alkoholowy nałóg przed laty uniemożliwił mu zapobieżenie tragedii, rezolutną reporterkę stanowiącą dla niego osobowościową przeciwwagę, czy burmistrza, który pod pretekstem dbania o spokój społeczności najchętniej zamiótłby wszelkie problemy pod dywan. Są też poczciwy, podstarzały doktor i jego żona, będący dla Meadowsa niemal przybranymi rodzicami, oraz miejscowy kaznodzieja. Innymi słowy, zestaw postaci, który bez większych trudności moglibyśmy przenieść do niejednego kryminału rozgrywającego się na amerykańskiej prowincji. Żadna z nich nie wybrzmiewa może szczególnie mocno, ale zestawione razem tworzą całkiem przekonujący obraz niewielkiej społeczności, w której wszyscy się znają, a dawne grzechy niekoniecznie pozostają pogrzebane na zawsze.
Jeśli zresztą chodzi o oddanie atmosfery lat trzydziestych, autorom trudno cokolwiek poważniejszego zarzucić. New Hope niemal namacalnie przesiąknięte jest poczuciem beznadziei, a wszechobecny pył tylko potęguje wrażenie obcowania ze światem powoli obracającym się w ruinę. Ogromna w tym zasługa samego J.G. Jonesa, którego rysunki przypominają momentami czarno-białe fotografie poddane malarskiej reinterpretacji. Wygląda to niezwykle stylowo, choć nie oznacza, że obyło się tu całkiem bez zgrzytów. Postaci bywają bowiem portretowane na tyle niedbale, że nie zawsze łatwo odczytać ich mimikę, a kiedy w jednym kadrze pojawia się kilku bohaterów tej samej płci, zdarzało mi się mieć problem nawet z ich rozróżnieniem.
Co gorsza, podobna nieczytelność dotyczy również sposobu prowadzenia narracji. Poszczególne sceny, dialogi i wątki potrafią przeskakiwać pomiędzy sobą bez większego ostrzeżenia, niekiedy urywając rozmowę w momencie, w którym wydawałoby się, że powinna jeszcze trwać. Przez sporą część lektury nie mogłem więc złapać właściwego rytmu opowieści, mając wrażenie, że zamiast płynnego ciągu wydarzeń oglądam zestaw następujących po sobie, nomen omen, fotografii. Samo w sobie mogłoby to jeszcze stanowić ciekawy zabieg stylistyczny, gdyby tylko scenariusz potrafił nadać całości odpowiednią spójność.
Niestety, pod tym względem „W proch się obrócisz” również nie zachwyca. Punkt wyjścia jest znakomity: odcięta od świata mieścina, niewyjaśniona zbrodnia sprzed lat i bohaterowie, którzy sami mają na sumieniu więcej, niż chcieliby przyznać. Problem w tym, że najważniejszy element tej układanki, czyli samo śledztwo, przez znaczną część albumu sprawia wrażenie zepchniętego na dalszy plan. Morderca pojawia się tu i ówdzie, czasem kogoś zaatakuje, szeryf niby próbuje rozwikłać zagadkę, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nikogo specjalnie ona nie obchodzi.
Zamiast więc stopniowo budować napięcie wokół kolejnych odkryć, autorzy znacznie chętniej rozwijają obyczajowe problemy mieszkańców New Hope, pozostawiając kryminalną intrygę gdzieś na obrzeżach wydarzeń. Dynamika zmienia się właściwie dopiero w dwóch ostatnich z ośmiu części albumu, kiedy scenariusz nagle wrzuca wyższy bieg, zasypując nas kolejnymi atakami zamaskowanego antagonisty. Trudno jednak nazwać taką kulminację wypracowaną, skoro wcześniej autotorm nieudało się odpowiednio przygotować emocjonalnego gruntu.
Być może inni wyniosą z lektury zupełnie odmienne wrażenia, ale ja z „W proch się obrócisz” wybitnie się nie polubiłem. Jones i Bram mieli w rękach naprawdę obiecujący materiał i trzeba im oddać, że pod względem klimatu i oprawy graficznej potrafili wycisnąć z niego bardzo wiele. Szkoda więc, że zabrakło równie przemyślanej konstrukcji samej historii, która zamiast konsekwentnie prowadzić nas ku finałowi, zbyt często rozprasza uwagę, by w końcówce zrobić jakiekolwiek większe wrażenie. Ostatecznie pozostaje więc przede wszystkim pięknie zilustrowana, ale fabularnie mocno przeciętna opowieść, po której spodziewałem się znacznie więcej.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
Michał Szczebak:
Początek historii współpisanej przez Jonesa i Brama zapowiada się naprawdę intrygująco. Lata 30., niewielkie, podupadające miasteczko po środku pustkowi, lokalny szeryf i fotografka z wielkiej metropolii stają w szranki z cwaniackim burmistrzem, a przy okazji trafiają na trop brutalnych morderstw dokonanych pod osłoną burz piaskowych. Przy tym cała intryga rozwija się niezwykle powoli, niespiesznie wprowadzając całą miriadę bohaterów i prezentując zażyłości oraz napięcia tej niewielkiej społeczności. Na takim podejściu cierpi trochę początek, który potrzebuje co najmniej dwóch zeszytów, żeby wejść na właściwe tory i pokazać swoje karty - pierwszy rozdział sam w sobie nie prezentuje nam jeszcze właściwej intrygi, zaledwie zarysowuje świat przedstawiony i klimat w jakim ta historia jest zanurzona. Gdy jednak fabuła ruszy z kopyta, a my złapiemy flow tej historii, komiks faktycznie staje się angażujący. Szkoda jednak, że historia to zupełnie nie spłaca długu, który u czytelnika zaciąga...
Zanim jednak opowiem jakim rozczarowaniem okazuje się finał, wpierw pochwalę coś co faktycznie temu komiksowi wychodzi, czyli budowanie surowej, gęstej atmosfery. Tym razem to jednak nie same morderstwa i spiski u szczytu lokalnej władzy tworzą to poczucie beznadziei i braku stabilności, bowiem twórcy poświęcają znacznie więcej miejsca na zarysowanie kontekstu kryzysu gospodarczego (w końcu historia osadzona jest niedługo po Wielkim Kryzysie) i, co ważniejsze, skrajnie nieprzyjaznego środowiska naturalnego. Choć kontekst społeczno-gospodarczy dość szybko schodzi na drugi plan, jałowe ziemie, brak deszczu i niszczycielskie burze piaskowe grają pierwsze skrzypce w tej historii do samego końca, kreując wrażenie odseparowania od cywilizacji i przegranego starcia z nieubłaganą naturą. Wiele w tej kwestii robi oprawa graficzna. Fotorealistyczne rysunki J. G. Jonesa naprawdę skutecznie osadzają całość w przefiltrowanej przez dzisiejszą wrażliwość rzeczywistości lat 30. amerykańskiego pasa biblijnego. Natomiast wyblakła i monochromatyczna kolorystyka osadzającego się na wszystkim pyłu fantastycznie współgra z tą szorstką atmosferą rozpadającego się miasteczka po środku niczego.
Nie samym klimatem jednak czytelnik komiksów żyje i gdy sprawnie poprowadzona intryga na ostatniej prostej zupełnie zbacza z kursu, przyspieszając do astronomicznych prędkości, zawód jest tym bardziej dotkliwy. Nie przesadzam, pierwszych siedem zeszytów powoli i spokojnie rozrysowują całą fabułę, z czasem nabierając tempa i splatając poszczególne wątki w całość, aby zeszyt ósmy nagle spuścił nogę z hamulca i zaczął pędzić jak szalony ku zupełnie niesatysfakcjonującym rozwiązaniom. Serio, wygląda to jakby autorzy w pewnym momencie zorientowali się że to już tylko jeden numer został im do końca, a oni wciąż nie wiedzą jak doprowadzić wszystko do konkluzji. Zaczynamy więc skakać od sceny do sceny bez większego ładu i składu. Aby nadać całości więcej dramaturgii postacie zaczynają zachowywać się irracjonalnie. Natomiast rozwiązanie głównej tajemnicy, czyli tożsamości mordercy, nie dość, że jest do bólu przewidywalne, to jeszcze zupełnie pomija kwestię jego motywacji i sposobu doboru ofiar, zrzucając wszystko na kanwę PTSD. Zagrywka tania, wręcz absurdalna w kontekście reszty opowieści, no i dodatkowo obraźliwa.
Ciężko jest mi więc W PROCH SIĘ OBRÓCISZ komukolwiek polecić. Nawet gdyby finał nie okazałby się kiepski, to można by tu było mówić co najwyżej o po prostu porządnym kryminale, który jednak nie do końca wykorzystuje swój potencjał na opowiedzenie głębszej historii o amerykańskich realiach lat 30. Zakończenie jest jednak słabiutkie, więc nawet jako zwykły rozrywkowy komiks z unikatową atmosferą, W PROCH SIĘ OBRÓCISZ raczej się nie sprawdza. Może kogoś przekonają do siebie absolutnie kapitalne rysunki J. G. Jonesa, jednak fabularnie to jeden wielki zawód. Wielka szkoda, bo do pewnego momentu było naprawdę dobrze. Twórcy jednak zupełnie rozjechali się ze swoimi planami przez co ostateczny efekt pozostawia wiele do życzenia.
Czas Wielkiego Kryzysu w Stanach Zjednoczonych. Ludzie nie mają pracy, porzucają domostwa, ruszają w poszukiwaniu zajęcia, pieniędzy i jedzenia. Jesteśmy w miasteczku New Hope, w stanie Oklahoma. Dookoła piach i kurz, a ostatni deszcz był... już nikt nie pamięta opadów. Mieszkańcy zadzierają głowy do góry już tylko z przyzwyczajenia, bo nadzieja dawno ich opuściła.
W takiej atmosferze i na tle takiego krajobrazu poznajemy szeryfa Meadowsa, który idealnie wpisuje się w nastroje panujące w miasteczku. Pije, a na początku swojej dramatycznej drogi żegna kolejną rodzinę uciekinierów. Tutaj to normalny widok. Ludzie po prostu chcą szukać szczęścia gdziekolwiek, bo do New Hope szczęście już dawno przestało zaglądać.
Wydaje się, że wszystko zmieniło się od tamtych tragicznych wydarzeń związanych z morderstwem małej dziewczynki, ale do tego nikt nie chce wracać. W szczególności szeryf, który konkretnie dał ciała. Do tego również dotrzecie w trakcie opowieści.
I jakby tego było mało, w miasteczku zrobi się jeszcze goręcej. Tak, znowu będą ofiary. Coraz więcej i więcej. To thriller, bardzo sprawnie napisana krótka opowieść o traumach, demonach, które nigdy nie zasnęły, a także o rodzinnych grzechach. Ogromny ciężar będzie musiał wziąć na swoje barki szeryf, a wszystko to w scenerii apokaliptycznych burz, wyschniętej ziemi, zrujnowanych farm i ludzi uwięzionych w miejscu, którego nie da się opuścić.
To przyjemny album z największym zaskoczeniem kryjącym się w ilustracjach. Po raz pierwszy miałem do czynienia z talentem tej próby i chociaż jestem co najmniej oszołomiony, podczas lektury odczuwałem również duży dysonans. Styl ilustracji stanowi mieszankę realizmu (fotorealizmu?) i teatralnej stylizacji. Kompozycje plansz często otwierają się szerokimi, panoramicznymi ujęciami, które pozwalają odczytać skalę katastrofy. Później następują zbliżenia na twarze, dłonie czy przedmioty.
Ale właśnie ten wyjątkowy realizm z jednej strony fascynował, z drugiej wprawiał w zakłopotanie. Miejscami miałem wrażenie, jakbym obcował z fotostory. To uczucie nie opuściło mnie do końca i jestem ciekawy, czy są to wyłącznie moje indywidualne odczucia.
Idąc dalej, mamy wyraźnie przemyślaną kwestię kolorystyki, a to ogromny atut. Paleta jest ograniczona, ale znacząca. Dominują ziemiste tony: brązy, ochry i szarości. Pojawiające się sygnały odmiennej kolorystyki wskazują na konkretne emocje. Tematycznie natomiast wyraźnie widać fascynację twórców estetyką i dramaturgią epoki kryzysu.
Można mieć zastrzeżenia co do tempa. Czasami jest przygaszone, a niekiedy wspomniana teatralność dominuje na tyle mocno, że zapominamy o kryminale, zbrodni i napięciu. Więcej tu psychologii niż sensacji. Osoby szukające bardziej klasycznego kryminału mogą być zawiedzione.
Ja oceniam pracę twórców jako odważną i konsekwentną, zdając sobie sprawę, że nie będzie to tytuł dla każdego. Jednocześnie może stanowić totalną odskocznię wizualną od większości tytułów na waszej półce.
Ależ to wygląda! 😮💨 Komiks W Proch się Obrócisz kupił mnie od razu swoim klimatem i obłędnymi ilustracjami. Historia też zapowiadała się naprawdę ciekawie… przynajmniej do pewnego momentu.
Choć akcja dzieje się w Oklahomie w 1935 roku, to całość ma zdecydowanie więcej wspólnego ze starymi, klasycznymi westernami. Mamy tutaj szeryfa, który po wojnie widział już chyba wszystko. Twardo stąpa po ziemi, ale pewne wydarzenia sprawiają, że duchy przeszłości cały czas podążają za nim. Do tego bogaty właściciel lokalnych ziem, miejscowi oprychowie i brutalne morderstwa popełniane podczas burz piaskowych. No i robi się naprawdę ciekawie.
Początek wciąga, atmosfera gęstnieje, a całość momentami zahacza nawet o lekką grozę. Niestety gdzieś w połowie zaczyna się to wszystko sypać. Fabuła robi się coraz bardziej chaotyczna, a kolejne wydarzenia wyglądają trochę tak, jakby ktoś na szybko próbował to wszystko pozszywać w jedną historię. Przez to pod koniec całość traci sporo ze swojej wiarygodności.
Ale wiecie co? Nawet wtedy trudno mi było się od tego komiksu oderwać, bo ten klimat naprawdę robi robotę. A wszystko za sprawą ilustracji.
Ooo Panie, jak mi to podeszło! 🤩 Niezwykle realistyczne szkice, pełne szczegółów i świetnie budujące atmosferę. Rewelacja!
Fabuła pod koniec trochę nie dowozi, ale mimo wszystko zdecydowanie warto sprawdzić. No i nacieszyć oko tymi kozackimi ilustracjami!
W proch się obrócisz wykorzystuje jeden z najbardziej ponurych epizodów historii Stanów Zjednoczonych jako scenografię dla kryminalnej opowieści z wyraźnym posmakiem horroru. Wszechobecny pył i rozpadające się miasteczko tworzą tutaj rzeczywistość, w której trudno oddzielić strach przed naturą od lęku przed drugim człowiekiem. Phil Bram i J.G. Jones mają kilka naprawdę mocnych pomysłów, choć nie wszystkie potrafią równie dobrze wykorzystać.
Wyjściowa koncepcja na fabułę W proch się obrócisz zasługuje na duże uznanie, bo zestawienie dusznej atmosfery klęski żywiołowej z klasycznym wątkiem seryjnego mordercy noszącego maskę gazową to motyw naprawdę ciekawy. New Hope w Oklahomie jest miejscem, które niemal od razu zaczyna działać jak osobny bohater. Ludzie chcą stąd uciekać, ale rzeczywistość skutecznie im to utrudnia. Bieda ogranicza możliwości, katastrofa naturalna odcina drogi, a narastający strach sprawia, że społeczność coraz bardziej zamyka się we własnym świecie. To dobry fundament dla kryminału.
Scenariusz nie idzie jednak drogą prostego slashera. Autorzy próbują rozbudować historię o wiele dodatkowych elementów. Mamy problemy społeczne, napięcia klasowe, patriarchalny charakter lokalnej społeczności, wątki związane z rasizmem, historię miejscowych rodzin, skorumpowanych lub podejrzanych przedstawicieli władzy, a także ludzi, których przeszłość wpływa na zachowanie w teraźniejszości. Z jednej strony jest to spora zaleta historii z drugiej niestety wpływa to również na jakość opowieści.
O ile pierwsze rozdziały są naprawdę ciekawe i angażujące, to im dalej brniemy w tę opowieść, tym mocniej wyczuwa się pewne braki w scenariuszu. Największy problem pojawia się w drugiej połowie albumu, kiedy historia zaczyna się drastycznie rwać, tempo bezsensownie zwalnia, a autorzy upychają do skromnego tomu zbyt wiele powierzchownych wątków. Pojawiają się ledwie napoczęte motywy rasizmu czy lokalnych układów politycznych, ale żaden z nich nie zostaje należycie rozwinięty, przez co odciągają jedynie uwagę od głównego wątku kryminalnego. Konstrukcja opowieści cierpi na brak płynności, a sam finał sprawia wrażenie pisanego w pośpiechu i bez wyrazistego pomysłu.
Postacie występujące w albumie są ciekawe i ratują momentami historię, chociaż zostały skrojone według bardzo klasycznych hollywoodzkich wzorców.
Najważniejszą postacią jest szeryf Meadows. To bohater dobrze dopasowany do świata przedstawionego. Jest człowiekiem prawa, ale nie funkcjonuje w próżni. Musi działać w społeczności, w której bieda, uprzedzenia i strach wpływają na niemal każdą decyzję. Do tego dochodzą wspomnienia z pierwszej wojny światowej, dzięki którym jego stosunek do przemocy i śmierci nie jest jednoznaczny.
Meadows wypada najlepiej wtedy, kiedy scenariusz pozwala mu być po prostu człowiekiem próbującym utrzymać porządek w miejscu, gdzie porządek właściwie przestał istnieć. Jego doświadczenie nie sprawia automatycznie, że rozumie wszystko, co dzieje się w New Hope. To akurat działa na jego korzyść.
Drugą kluczową postacią jest Sarah. Jej obecność pełni kilka funkcji jednocześnie. Jest dziennikarką i fotografką, więc patrzy na katastrofę z perspektywy osoby przyjezdnej. Nie jest jednak wyłącznie narzędziem do pokazywania czytelnikowi świata. Jej niezależność i sposób funkcjonowania w mocno patriarchalnym środowisku pozwalają autorowi pokazać jeszcze jeden wymiar życia w Ameryce lat trzydziestych. Sarah jest dla mnie jedną z ciekawszych postaci albumu, choć także w jej przypadku widać ograniczenia scenariusza. Jej potencjał jest większy niż ilość miejsca, którą ostatecznie otrzymuje. Relacja między nią a Meadowsem działa przede wszystkim dlatego, że oboje patrzą na New Hope z różnych pozycji. On należy do tego miejsca i zna jego historię. Ona przyjeżdża z zewnątrz i dostrzega rzeczy, do których miejscowi zdążyli się przyzwyczaić.
Nie wszyscy bohaterowie zostali jednak równie dobrze rozpisani. Mieszkańcy New Hope stanowią jedynie tło, ich decyzje bywają nielogiczne, a motywacje mocno pretekstowe. Morderca zaś, choć wizualnie budzi grozę, narracyjnie okazuje się dość płaski, przez co finałowe starcie gubi gdzieś ładunek emocjonalny.
Graficznie W proch się obrócisz naprawdę mocno i pozytywnie się wyróżnia. Zastosowanie malarskiej techniki z dominacją sepii, brązów i szarości doskonale oddaje osiadający na wszystkim pył oraz spieczoną słońcem ziemię Oklahomy.
Szczególnie dobrze wypadają tu większe sceny środowiskowe. Drogi, pola, zabudowania, przestrzenie między domami i przede wszystkim nadciągające burze pyłowe mają odpowiednią skalę. Człowiek staje się wobec nich mały, niemal bezbronny. Dust Bowl nie jest tutaj jedynie tłem dla kryminalnej historii. Jest siłą, która nieustannie przypomina bohaterom, że nie kontrolują własnego otoczenia.
Jones bardzo dobrze radzi sobie również z twarzami. Widać tutaj inspirację klasycznym kinem amerykańskim. Niektóre postacie rzeczywiście wyglądają jak aktorzy wyjęci z czarno białego filmu. Ten zabieg ma w sobie coś z pastiszu, ale w tym przypadku jest to pastisz świadomy i pasujący do koncepcji albumu.
Największym problemem albumu jest jego nierówność i wyraźny spadek jakości narracji w kluczowych momentach opowieści. Historia zaczyna się bardzo mocno. Mamy Dust Bowl, depresję gospodarczą, morderstwa, tajemniczego sprawcę i szeryfa z wojenną przeszłością. Wszystko jest na swoim miejscu. Atmosfera działa, pytania pojawiają się naturalnie, a czytelnik chce wiedzieć, co wydarzy się dalej. Później scenariusz zaczyna jednak dokładać kolejne elementy, które są traktowane bardzo płytko. W konsekwencji tego fabuła pełna jest dziur, porzuconych nagle wątków i postaci, które pojawiają się tylko po to, by za chwilę zniknąć bez jakiegokolwiek wpływu na fabułę.
Dodatkowo, proporcje między stonowanym dreszczowcem psychologicznym, a brutalnym slasherem również czasem zbyt mocno się zacierają. W pewnym momencie komiks drastycznie zmienia ton, serwując nam przerysowaną, epatującą przemocą rzeź, która kompletnie nie pasuje do wcześniej zbudowanego, subtelnego klimatu.
W proch się obrócisz to pozycja dedykowana głównie czytelnikom, którzy przedkładają gęsty, unikalny klimat nad dopracowaną i spójną historię. Jeśli szukacie rzetelnie poprowadzonego kryminału z satysfakcjonującą puentą, to radzę poszukać czegoś innego. Takie osoby mogą po album sięgnąć jedynie wyłącznie dla oprawy graficznej oraz niepowtarzalnej atmosfery spalonej słońcem Ameryki lat trzydziestych.