Strzeż się zielonej pierścienia mocy! Najlepsze komiksy o Green Lantern
17.08.2026 06:06
Na HBO Max wystartował serial „Latarnie”. Ich światło świeci w komiksach od dekad i jeśli nie brak wam siły woli to z poniższym przewodnikiem przestaniecie być zieloni w temacie.
To już drugie aktorskie podejście do tej franczyzy, zaraz po nieudanym filmie z Ryanem Reynoldsem z 2011 roku. Ekipę odpowiedzialną za serial tworzą pracujący wcześniej przy „Ozark” Chris Mundy, autor „Zagubionych” i „Watchmen” (sequela do klasycznego komiksu) Damon Lindelof oraz Tom King, którego znakomity komiks o Supergirl został niedawno karygodnie zaadaptowany na duży ekran.
Jeśli trafiliście na ten artykuł, to chcecie wiedzieć, jakie komiksy z Latarnikami przeczytać i być może, o co w ogóle chodzi z tymi kosmicznymi gliniarzami. Postaram się (ale nie obiecuję) nie wchodzić zbyt głęboko w role i pokrótce zarysować najważniejsze informacje. Drobna uwaga na początek: nie zdziwcie się, jeśli będę wymiennie używał polskich i angielskich określeń, w komiksach Egmontu utarło się, że o organizacji mówimy „Korpus Zielonych Latarni”, ale sam bohater, pojedynczy członek Korpusu, to nie „Zielony Latarnik”, a „Green Lantern”, ale brzmi to dość nienaturalnie. Uroki mnogości polskich tłumaczeń – do czego jeszcze wrócimy, ale na razie, gwoli kronikarskiego obowiązku, cofnijmy się do lat 40. XX wieku.
Pierwszym Green Lanternem był Alan Scott. Posiadł on magiczny pierścień i znacznie bardziej kolorowy kostium niż członkowie Korpusu, bo ten, choć nigdy nie był jego członkiem, kanonicznie jest z nimi powiązany. Jak wspomniałem, jego pierścień jest związany z magią, a nie z kosmiczną technologią. To taka wariacja na temat lampy Alladyna. Wraz z nastaniem Srebrnej Ery komiksu odświeżano koncepty i nowych wersji doczekali się m.in. Flash i Green Lantern. I tutaj na scenę w 1959 roku, na kartach „Showcase” #22, wlatuje w gorącej wodzie kąpany Hal Jordan. Hal, podobnie jak jego ojciec, był pilotem. Jako dziecko był świadkiem bohaterskiej śmierci rodzica, który w dotkniętym awarią samolocie rozbił się, wcześniej oddalając od tłumu gapiów i tym samym ratując wiele żyć. Hal nie rozstawał się ze skórzaną kurtką, którą miał po swoim tacie, a oprócz tego łączyła ich jedna silna cecha: potrafili przezwyciężyć wielki strach. I właśnie to ostatnie sprawiło, że dołączył do kosmicznych sił strzegących prawa i porządku w galaktyce.
Abin Sur, jeden z Green Lanternów, rozbił się na Ziemi i umierając, nakazał swemu pierścieniowi znaleźć następcę. Padło na Hala, chociaż kandydatów było dwóch. Potencjalnym pierwszym ziemskim członkiem Korpusu mógł być ówczesny nauczyciel wychowania fizycznego Guy Gardner. O rekrutacji nie zdecydowało spełnienie wymagań, a wyłącznie fakt, że Jordan znajdował się bliżej. Po pewnym czasie zostało to Guyowi zrekompensowane i on też przywdział zielone barwy. Z kolei John Stewart, zawodowy żołnierz i architekt, został w komiksach z czasem wybrany przez pryncypałów Korpusu jako zastępca Jordana.
I tutaj zieloni (hehe) w temacie uniosą brew, a ja już śpieszę z wyjaśnieniem. Mocodawcami Korpusu jest jedna z najstarszych inteligentnych ras w uniwersum. Przenieśli się oni do jego centrum na planetę Oa i mianowali Strażnikami Wszechświata. Podzielili kosmos na sektory (Ziemia znajduje się w Sektorze 2814) i postanowili zaprowadzić porządek w chaotycznym kosmosie. Pierwszą, nieudaną próbą były androidy Manhunterzy (Łowcy Ludzi). Te, pozbawione emocji, kierując się chłodną kalkulacją, poszły w stronę dosłownego likwidowania zagrożeń w miejsce ich powstrzymywania. Po masakrze, jakiej dokonali w jednym z sektorów, Strażnicy wyciągnęli wnioski i swoją drugą armię postanowili stworzyć z odczuwających emocje istot żywych. Zwrócili się w stronę Emocjonalnego Spektrum Światła. Znanemu z lekcji fizyki optycznemu widmu światła widzialnego przypisano emocje. Najbardziej stabilnym kolorem był centralny zielony, związany z siłą woli. Strażnicy wykuli jedną z najpotężniejszych broni w uniwersum DC, a na Oa stanęła Centralna Bateria Mocy. Jedyną słabością pierścienia był kolor żółty i tę głupotkę ciekawie zretconowano w XXI wieku. By dzierżyć pierścień, trzeba umieć przezwyciężyć strach, a wtedy siłą woli można tworzyć konstrukty światła, których ograniczeniem jest wyłącznie wyobraźnia Lanterna. Wielka pięść, osoba, pojazd – cokolwiek jest on lub ona w stanie powołać do istnienia siłą woli. Pierścień wymaga podładowania w podręcznej baterii mocy (małej latarni) co dwadzieścia cztery godziny ziemskiego cyklu. By tego dokonać, należy wyrecytować słowa przysięgi Korpusu. Istnieje kilka wersji tłumaczenia tejże na język polski – czy to w animacjach, czy w komiksach, ze względu na różnych wydawców. Przytaczam tę, która pojawiła się w polskiej wersji trailera serialu:
„Czy jasny dzień, czy nocy mrok,
nie umknie zło nawet o krok.
Niech ci, co dotąd byli bezkarni,
strzegą się światła Zielonej Latarni”.
Sam wolę tłumaczenie, gdzie pojawia się zwrot „zła czciciele marni”, ale to osobista preferencja. Obiecuję, że zaraz przejdziemy do komiksów, ale jeszcze kilka słów o słoniu w pokoju, a raczej o fioletowym kosmicie w celi. Wąsaty jegomość z trailera to Thaal Sinestro, niegdyś najwspanialszy z Green Lanternów, przyjaciel Abina Sura i później Jordana, jego mentor, a z czasem antagonista. Jeszcze będąc w zielonych barwach, Sinestro mógł poszczycić się patrolowaniem najbardziej uporządkowanego sektora w uniwersum. Dokonał tego, nadużywając władzy, a na swojej rodzinnej planecie wprowadził rządy silnej ręki. Stosował strach i de facto stał się dyktatorem, a co gorsza wierzył w skuteczność swych metod i samego siebie nie postrzegał jako złoczyńcę. To Hal ujawnił, co stało za „skutecznością” jego mentora. Za swe grzechy Sinestro został wydalony z szeregów Korpusu i wygnany do wszechświata antymaterii. Tam też stworzył żółty pierścień, co po latach zaowocowało stworzeniem własnego korpusu, który, dowodzony przez takiego egocentryka, nie mógł nazywać się inaczej niż Korpus Sinestro. Operował on na sąsiadującej z zielonym kolorem barwie żółtej, odpowiadającej emocji strachu.
W tym miejscu właściwie możemy się zatrzymać. O ile z wielką przyjemnością rozpisywałbym się dalej nad całą tą mitologią, o tym, jak ewoluowała i była zmieniana, to jednak nie czas i nie miejsce. Przejdźmy do komiksów.
Nie można nie zacząć inaczej jak od serii Green Lantern wydawanej przez TM-Semic na początku lat 90. Ukazało się zaledwie dziesięć zeszytów, ale dostaliśmy tam m.in. „Szmaragdowy Świt”, nowoczesną – na tamte czasy – choć obecnie niekanoniczną genezę Jordana. Niestety sequel („Emerald Dawn II”), skupiający się tutaj na wspomnianej historii Sinestro i jego konflikcie z Halem, kiedy obaj byli Zielonymi Latarniami, nie doczekał się nigdy polskiej edycji. Zaledwie rok po upadku miesięcznika podjęto się powrotu do marki w wydaniu specjalnym z 1995 roku – Green Lantern: Ganthet’s Tale. Za sterami tego tytułu stali pisarz, autor twardego science fiction Larry Niven oraz znany fanom Człowieka ze Stali John Byrne. Pozycja zbyt ambitna na swoje czasy i tytuł, który nie jest dobrą pozycją na start. O ironio, to był mój pierwszy komiks z Latarnikami i jako ośmiolatek zabrakło mi siły woli, by zostać fanem GL; ten moment przyszedł ponad dekadę później.
Na początku nowego milenium ukazało się jeszcze Dziedzictwo Green Lanterna: Testament i ostatnia wola Hala Jordana. Ponownie nie była to pozycja przyjazna świeżakom i nie dziwota, że tytuł ten poniekąd zabił na lata solowe tytuły z Latarnikami na naszym rynku.
Tym, co rozpaliło płomień zainteresowania tą serią we mnie, ale też mocno zdominowało komiksy DC w USA, była „era Geoffa Johnsa”, trwająca od końcówki 2004 roku przez dziewięć (!) kolejnych lat. Johns dokonał ostrego przemeblowania, wprowadził retroaktywne zmiany, rozbudowując i rewitalizując całą mitologię latarnianego zakątka uniwersum DC. Stworzył masę elementów, z których kolejni scenarzyści korzystają po dziś dzień. Jego run w „Green Lantern” to już klasyk, a i siostrzana seria „Green Lantern Corps” – szczególnie pod batutą Petera Tomasiego – potrafi być nawet lepsza, używając wow momentów i cliffhangerów Johnsa, by opowiedzieć historie skupiające się na rozwoju postaci. Polski czytelnik został jednak okrutnie skrzywdzony tym, jak po macoszemu potraktowano u nas te komiksy. Wydano część, do tego przez trzech różnych wydawców i niechronologicznie. Na omówieniu tego zagadnienia chciałbym jednak zakończyć ten artykuł, a teraz zrobimy małą odskocznię do niejohnsowych komiksów.
Jordan ma wśród społeczności trykociarskiej dwóch dobrych przyjaciół. Pierwszym jest debiutujący w podobnym co on okresie Barry Allen/Flash. I jeśli interesuje was ta dynamika, to odsyłam do WKKDC BIZ, tom 44: Flash/Green Lantern. Odważni i bezwzględni. Drugim kumplem jest dzielący z Halem zamiłowanie do zielonego koloru Oliver Queen/Green Arrow. WKKDC #58: Green Lantern/Green Arrow. Włóczęga bohaterów to wycinek jednej z perełek Brązowej Ery komiksu, pisany przez Denny’ego O’Neila, w części rysowany przez jego przyjaciela i współpracownika Neala Adamsa. Szmaragdowy Wojownik i Szmaragdowy Łucznik to zderzenie dwóch silnych osobowości, nie zawsze się ze sobą zgadzających i mających miejscami odmienny światopogląd. Pomimo różnic wspólna podróż przez Amerykę, podczas której stawiali czoła problemom społecznym i politycznym, między innymi takim jak rasizm czy uzależnienia (to drugie dotknęło młodocianego pomocnika Green Arrowa i było jednym z pierwszych mocnych poruszeń tematu narkotyków w komiksie mainstreamowym), zahartowała ich przyjaźń.
Antologia WKKDC BIZ, tom 51: Green Lantern: Opowieści o Korpusie Zielonych Latarni to z kolei zbiór klasycznych opowieści z lat 80. Wśród autorów znajduje się m.in. Alan Moore. Historie jego pióra przeczytacie również w mającym polską premierę na kilka dni przed serialowymi „Latarniami” zbiorze Uniwersum DC według Alana Moore’a. Historie z lat 80. znajdują się również w WKKDC BIZ, tom 64: Green Lantern z sektora kosmicznego 2814, o tyle istotnym, że tam John Stewart przejmuje pałeczkę (czytaj: pierścień) od Jordana. Wspomniany w pierwszym akapicie Tom King polecał przed obejrzeniem serialu zapoznanie się właśnie z komiksami z tamtego okresu plus z debiutem Johna we wcześniejszej dekadzie. King rekomendował również Nową granicę Darwyna Cooke’a, a to po prostu dobra polecanka dla każdego fana DCU.
19.07.2023
Po zniszczeniu Coast City, rodzinnego miasta Jordana, w Powrocie Supermana Halowi odjechał peron, doprowadził on do zniszczenia Korpusu i stał się złoczyńcą używającym miana Parallax (co Johns bardzo zgrabnie potem zretconował). Przeczytacie o tym w WKKDC BIZ, tom 73: Green Lantern: Szmaragdowy Zmierzch. W tymże zbiorze znajdziemy także historię z pierwszymi przygodami nowego ziemskiego Latarnika Kyle’a Raynera, który wówczas był jedynym „niosącym światło” w całym kosmosie. I to właśnie tamtemu komiksowi zawdzięczamy termin „kobieta w lodówce”, czyli motyw polegający na tym, że śmierć kobiecej bohaterki służy jedynie temu, żeby podbudować męskiego protagonistę. Jest to więc także pod tym względem istotny – choć niechlubny – kawał komiksowej historii. Hal, tak jak wcześniej jego ojciec, umarł bohaterską śmiercią, stanął po stronie prawych i poświęcił się dla dobra ogółu w WKKDC BIZ, tom 60: Ostatnia Noc. Następnie, by zasłużyć na pełne odkupienie służył za naczynie dla ducha bożej zemsty Spectre’a w niewydanym po polsku i właściwie niedostępnym po angielsku „The Spectre” J.M. DeMatteisa.
Już prawie dotarliśmy do ostatniej części tekstu, ale zanim ten osławiony Johns, to jeszcze dwie serie, które wyszły po polsku. Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni, pisane przez Roberta Vendittiego (to jego drugi Lanternowy run i zdecydowanie lepszy) mocno wpisane w ducha Johnsa. Minusem jest to, że nie dostaliśmy całego runu, ponieważ seria nie sprzedawała się za dobrze i urwano ją po tomie czwartym. Można jednak czytać te tomy jako w jakimś stopniu zamkniętą całość.
Kolejny czterotomowy cykl, ale tym razem już zakończony, to seria Green Lantern pióra Granta Morrisona, z rysunkami Liama Sharpa. Miałem przyjemność współpracować w Egmoncie przy tym tytule, lecz mimo osobistego stosunku nigdy nie poleciłbym go jako defaultowego komiksu z Latarnikami. To pozycja bardziej dla fanów charakterystycznej twórczości scenarzysty niż dla wielbicieli Latarni. Chociaż sam Morrison twierdzi, że jest to jedno z jego najmniej dziwacznych dzieł i zarazem komiks, który sam chciałby czytać, będąc nastolatkiem. Nie rozumiem, ale podziwiam.
I teraz już przechodzimy do tego obiecanego crème de la crème Zielonych Latarni. Po polsku opublikowano sześć komiksów w losowej kolejności. Przybliżę wam je tak, jak powinno się czytać je po kolei. Jakiś czas temu zacząłem przedstawiać je mojemu synowi, który akurat jest w tym samym wieku, w którym sam przeczytałem swój pierwszy komiks z GL. Zaczynamy od WKKDC BIZ, tom 84: Green Lantern: Odrodzenie, zawierającym oryginalną miniserię „Green Lantern: Rebirth” – nie mylić tutaj z całą inicjatywą DC Odrodzenie. Oprócz tego dostajemy początek runu z serii regularnej. Odradza się nie tylko Hal, ale również Korpus i retroaktywnie zostaje wyjaśnione, czym jest Parallax.
Potem skaczemy sobie do innej kolekcji, a mianowicie do WKKDC #68: Zemsta Green Lanternów. Pomiędzy tymi tomami była jedna historia niewydana po polsku. Nie jest ona niezbędna, ale pojawia się tam pewien szczegół o tym, jak złoczyńca Black Hand odzyskał swą dłoń. Tutaj zaś mamy sporo odniesień do wydarzeń ze „Szmaragdowego Świtu”, powraca również Cyborg Superman. Następnie, z tej samej kolekcji sięgamy po WKKDC #73: Green Lantern: Poszukiwany Hal Jordan, stanowiący dalszą kontynuację losów Szmaragdowego Wojownika.
Green Lantern: Wojna z Korpusem Sinestro – mój ulubiony event DC, którego tytuł mówi sam za siebie. W szeregach Żółtego Korpusu znaleźli się m.in. Cyborg Superman, Superboy Prime czy Antymonitor, a w ramach graficznych easter eggów można wypatrzyć Ksenomorfa i Predatora (u Zielonych znaleźli się E.T. i Alf). Historia ukazała się także po raz drugi w ramach kolekcji w dwóch tomach (89 i 91), jako „WKKDC BIZ: Green Lantern: Wojna Korpusu Sinestro”. Finał zajawia kolejne pięć Korpusów odpowiadających kolorom ze spektrum, czyli: pomarańczowy, czerwony, niebieski, fioletowy i indygo, a także nadejście Czarnego Korpusu Śmierci.
Nim jednak przejdziemy do historii o tym ostatnim, w WKKDC #23: Green Lantern: Tajna Geneza otrzymujemy uwspółcześnioną genezę Hala Jordana. Można ten tom czytać niezależnie i nawet zacząć od niego przygodę z Latarniami.
Kończymy polską przygodę z Latarniami Johnsa eventem Najczarniejsza Noc, do którego prowadziła Wojna Światła z poszczególnymi korpusami przedstawiona na łamach serii „Green Lantern” i „Green Lantern Corps”, czego niestety polskim czytelnikom poskąpiono. Wydarzenie z horrorowym sznytem ogarnęło całe uniwersum DC. Spełniło się mroczne proroctwo (które po raz pierwszy pojawiło się u Moore’a) i w bombastycznej historii dopełniła się trzecia część trylogii (po „Odrodzeniu” i „Wojnie z Korpusem Sinestro”), jak określał ją sam Geoff Johns.
To nie był jednak koniec jego pisania Latarników. Potem doszło do wojny pomiędzy Zielonymi Latarniami, Sinestro został wybrany przez zielony pierścień i wyjawiono, jak przeszłość Abina Sura łączy się z genezą tajemniczego Korpusu – Plemienia Indygo, by na sam koniec wyjawić sekrety związane z wszechpotężnym Pierwszym Latarnikiem.
Życzę sobie, ale przede wszystkim wam, żeby Egmont w końcu zdecydował się sięgnąć po ten run i wydać go w całości tak, jak na to zasługuje. Idealnie by było, gdybyśmy dostali w ramach wsparcia także „Green Lantern Corps” Tomasiego. Pomarzyć zawsze można.
Jeśli dotrwaliście do tego momentu, to dziękuję za wytrwałość. Liczę, że ktoś złapie bakcyla na Latarnie i uda się zdobyć najlepsze komiksy z ich udziałem. Jak po nocy przychodzi dzień, tak i po „Najczarniejszej Nocy” nastaje Najjaśniejszy Dzień (jest komiks pod tym tytułem, ale tyczy się on całego unwiersum DC, a nie stricte GL) i oby taki nadszedł kiedyś dla polskich miłośników kosmicznych stróżów prawa.











