Opowieść o bohaterach, niezwykłych pancerzach, duchach i ludziach, którzy – mimo że dzielą ich długie lata – starają się powstrzymać upadek swoich światów.
Sto lat temu przez portal nad Ameryką Środkową przeszli Tetzowie, zmieniając wszystko, co znaliśmy. Teraz świat skupia się na budowie Żelaznych Królów, potężnych mechów sterowanych przez pilotów, którzy w gladiatorskich pojedynkach walczą z obcymi o przetrwanie ludzkości. Wojna zmieniła się w sport. Gwiazda tych walk, Anita Marr, została wybrana do pilotowania tajnego prototypu, mogącego przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść ludzi. Po pierwszej trudnej bitwie Anita zaczyna odkrywać niezwykłą więź, która łączy ją z eksperymentalnym Żelaznym Królem, Dawnrunnerem. W miarę jak rośnie zagrożenie ze strony Tetzów, Anita i Dawnrunner stają się ostatnią nadzieją ludzkości. Czy jesteśmy skazani na zagładę? A może dramatyczne odkrycia pozwolą Anicie i Dawnrunnerowi lepiej zrozumieć siebie?
Scenarzysta Ram V („Dziki ląd”, „Jednoręki i Sześć palców”, „Wiele śmierci Laili Starr”) i rysownik Evan Cagle stworzyli komiks, który zachwyci miłośników wielkich robotów, kaiju i kultowego „Neon Genesis Evangelion”!
„Od czasu do czasu zdarza się komiks tak stylowy, że każe ci przemyśleć cały twój stosunek do tego medium. Przyjaciele, to jest właśnie jeden z nich” — Comics Beat
„Dawnrunner Rama V i Evana Cagle’a łączy olbrzymie roboty, obce języki i narracje oparte na postaciach w lekturę obowiązkową dla każdego fana komiksów SF” — Screen Rant
Dla fanów: Neon Genesis Evangelion, Eden. It’s an Endless World!, Jednoręki i Sześć palców, Atak tytanów, Ghost in the Shell, kaiju.
16.04.2026
I
Kolor
Twarda
180x275 mm
168
90,00 zł
9788368346602

Co by było, gdyby połączyć „Pacific Rim” z „Ghost in the Shell”, a całość przefiltrować przez wrażliwość twórcy „Jednorękiego i sześciu palców”? Odpowiedzią jest właśnie „Dawnrunner” czyli komiks, który z jednej strony operuje dobrze znanymi kliszami widowiskowego science fiction, z drugiej zaś skręca w stronę zaskakująco intymnej, melancholijnej opowieści o pamięci, stracie i potrzebie ratowania innych.
Fabularnie, jeśli kojarzycie termin Kaijū, czy historię o gigantycznych potworach atakujących Ziemię i mechach będących ostatnią linią obrony, to definitywnie jesteście w domu. Tutaj bowiem różnicą, jest głównie nazewnictwo. Po jednej stronie mamy zatem Tetzów - wynaturzone, kolosalne istoty, które przedostały się na naszą planetę przez tajemniczy portal i niemal doprowadziły ludzkość do upadku. Po drugiej z kolei stoją Żelaźni Rycerze, ogromne maszyny bojowe, zsynchronizowane z pilotami dzięki delikatnemu, psychicznemu połączeniu. Ich pojedynki nie są jednak wyłącznie desperacką walką o przetrwanie, przekształcono je bowiem w transmitowane na żywo widowiska, z rankingami i statusem pilotów przypominającym gwiazdy sportu.
Najbardziej rozpoznawalną z nich jest Anita Marr, pracująca dla korporacji Cordonware. W momencie, gdy ją poznajemy, otrzymuje dostęp do tytułowego Dawnrunnera, najnowocześniejszej jednostki, która ma wreszcie przechylić szalę zwycięstwa na strone homo sapiens. Pierwsze połączenie z maszyną kończy się jednak niemal katastrofą i przynosi coś znacznie bardziej niepokojącego niż techniczna awaria: napływ obcych wspomnień. Szybko okazuje się, że technologia stojąca za mechem opiera się na eksperymentach z mózgami poległych żołnierzy. Anita nawiązuje mimowolną więź z jednym z nich, majorem Ichido Takedą.
Co ciekawe, komiks nie próbuje budować napięcia wokół odkrycia tej prawdy. Dostajemy ją właściwie od razu, przez co ciężar opowieści przesuwa się w zupełnie innym kierunku. Zamiast klasycznej historii o demaskowaniu korporacyjnych nadużyć (które nomen omen, też tu znajdziemy), dostajemy opowieść o relacji dwojga ludzi rozdzielonych przez śmierć i czas. Anita doświadcza bowiem wspomnień Ichido i przede wszystkim jego prób odnalezienia i uratowania rodziny, a jednocześnie zaczyna się z nim komunikować. Ta więź staje się osią całej historii i kluczem do dalszych wydarzeń. Z tej perspektywy „Dawnrunner” okazuje się historią o dwójce wojowników, którzy próbują ocalić to, co jeszcze możliwe, nawet jeśli ich własne losy są lub wydają się już przesądzone. Dodatkowe wątki, jak ten ze śmiertelnie chorą córką Anity, zakażoną wirusem przywleczonym przez Tetzów, czy naukowcami próbującymi rozszyfrować język potworów udanie poszerzają świat przedstawiony, ale nigdy nie odbierają pierwszeństwa tej centralnej relacji.
Biorąc to pod uwagę, największą siłą komiksu jest to, jak bardzo rozmija się on z własną powierzchowną atrakcyjnością. To nie jest wyłącznie historia o walce wielkich robotów z jeszcze większymi potworami, a przede wszystkim opowieść o małym promyczku nadziei w momencie gdy wydaje się, że ogarnia nas jedynie bezkresny mrok, a także o tym, że nie technologia ani siła ognia są tym, co ostatecznie może nas ocalić, lecz potrzeba ratowania innych… nawet kosztem samego siebie. W tym sensie wyraźnie pobrzmiewają tu echa transhumanistycznych rozważań znanych choćby z „Ghost in the Shell”, szczególnie w kontekście przenikania się świadomości i pamięci.
Nie znaczy to jednak, że „Dawnrunner” nie jest efektowny – bo jest i to bardzo. Skala Tetzów robi ogromne wrażenie. Ich sylwetki dominują nad kadrami i podkreślają bezradność człowieka wobec sił, których nie rozumie. Projekty postaci są szczegółowe, a kolorystyka świetnie buduje nastrój, od chłodnych, metalicznych tonów po intensywne barwy walk. Jeśli jednak coś w moim odczuciu w tym całym dobrobycie zgrzytało, to momenty najbardziej dynamicznych starć. W ferworze akcji bowiem kompozycja plansz bywa tak intensywna, że chwilami trudno dokładnie uchwycić co się właściwie dzieje i kto komu właśnie wyprowadził prawy sierpowy na szczękę.
Pomijając jednak pomniejsze potknięcia, „Dawnrunner” działa - i to dobrze - na dwóch poziomach, zarówno jako efektowny spektakl i jako refleksyjna opowieść o pamięci i poświęceniu. I choć punkt wyjścia wydaje się znajomy do bólu, to sposób, w jaki historia skręca w stronę emocjonalnej intymności, sprawia, że zostaje w głowie na znacznie dłużej, niż można by się spodziewać po komiksie o wielkich robotach walczących z potworami.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
4 oceny Show votes.
Najprościej byłoby powiedzieć, że Dawnrunner to taki remiks Neon Genesis Evangelion. Tyle tylko, że to punkt wyjścia, bo komiks ma jednak własny charakter i ambicje.
Przede wszystkim ton jest tu wyraźnie cięższy, bardziej poważny, momentami wręcz depresyjny. Historia skupia się na Anicie Marr, która niczym gladiator bierze udział w brutalnych walkach na ogromnej, odgrodzonej murem arenie. Jej broń? Gigantyczny mech. Przeciwnicy? Obce, wielkie istoty wypełzające z ogromnej wyrwy na niebie. Stawka? Nie tylko przetrwanie, ale przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa chorej córce.
Prototypowy mech okazuje się tworem organicznym, a nie tylko maszyną, co sprawia, że relacja pilota z maszyną wchodzi na zupełnie inny poziom. I jak to zwykle bywa, niektóre granice istnieją nie bez powodu.
Choć szkielet fabularny może wydawać się znajomy, to w praktyce dostajemy coś znacznie bogatszego. Co ciekawe, to nie widowiskowe walki są tu najważniejsze (choć tych zdecydowanie nie brakuje), ale sama historia i emocje, które za nią stoją. Świat został dopracowany z dużą dbałością o detale, a każdy element ma swoje miejsce i sens. Czuć, że autor naprawdę włożył w ten projekt sporo serca i to robi różnicę.
Na osobne wyróżnienie zasługują też ilustracje. Są dynamiczne, pełne detali i wyczucia estetyki SF. Tutaj nawet w spokojniejszych scenach dużo się dzieje wizualnie, dzięki czemu komiks ani na moment nie traci atrakcyjności.
Bardzo dobra pozycja. Autentyczna, wciągająca i dopracowana. Zdecydowanie warto sprawdzić.
Komiks ten o setki innych zobaczysz na moim Instagramie: