Dzięki mocy smoczych kul do świata żywych wraca nie kto inny jak Frizer. Pałając żądzą zemsty na Saiyanach, którzy strącili go w otchłań piekieł, zyskuje nowe moce i przypuszcza atak na Ziemię. Gokū i Vegeta ponownie muszą stawić czoła swemu najstraszniejszemu wrogowi. Czy wszyscy wyjdą cało z tej bitwy? Przed wami historia o zmartwychwstaniu Frizera!
Anime comics (w pełni kolorowy komiks stworzony z kadrów anime) na podstawie piętnastego filmy kinowego „Dragon Ball Z”.
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
Dragon Ball Z (film 15): Zmartwychwstanie F
I
Kolor
Miękka z obwolutą
148x210 mm
360
49,90 zł
9788374717564
Dodaj komentarz
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.

Jako dzieciak wychowany na RTL7 od zawsze trzymam "Dragon Balla" na liście moich ulubionych marek i mimo, że w ostatnich latach seria rozmywa się na drobne oraz obiera dziwne kierunki, nadal staram się być na bieżąco i śledzić nowości. Zanim jednak nastała epoka "DB Super", sytuacja wyglądała diametralnie inaczej. Kiedy w 2013 roku wyszła kinówka "Battle of Gods", był to wielki powrót po latach posuchy – poprzedni film kinowy ukazał się 17 lat wcześniej – podczas której fani mogli liczyć jedynie na garść odcinków specjalnych. Tamta produkcja była przełomem z kilku powodów. Nie tylko pierwszy raz ogłoszono, że fabuła filmu będzie oficjalną częścią kanonu mangi, a w scenariusz osobiście zaangażował się Toriyama, był to też moment, gdy rozpoczęła się ponowna ekspansja serii. Do dziś jest to moja ulubiona kinówka (a jest ich 21), nic więc dziwnego, że z niecierpliwością wyczekiwałem na sequel, który zawitał na ekrany 2 lata później.
"Resurrection 'F'" z 2015 roku, ostatni film kinowy wydany pod brandem "Z", niestety nie dorównał poprzednikowi i do dzisiaj mam wobec niego ambiwalentne odczucia. Mógł się pochwalić całkiem niezłym humorem oraz dobrym balansem czasu ekranowego dla starych i nowych postaci – sporo miejsca poświęcił bohaterom wywodzącym się jeszcze z początków "Dragon Balla", którym dał szansę, by znów się wykazać, stawiając ich naprzeciw żołnierzom odrodzonego Friezy, a jednocześnie ponownie sięgnął po postacie boga zniszczenia Beerusa i jego asystenta Whisa, będących jednymi z wielu jasnych punktów "Battle of Gods". Z drugiej strony – mnóstwo tu motywów, które w następnych latach stały się bolączką serii. Samo przywrócenie do życia dawnego wroga było dość tanim pomysłem, rozpoczynającym całą falę późniejszego grania na nostalgii i odgrzewania kolejnych antagonistów. Debiutująca w tym filmie forma Super Saiyanina Blue nie otrzymała żadnej podbudowy (obecnie nic nowego, ale tutaj można to było usprawiedliwiać, bo na starcie zaznaczano, że historia w pełniejszej wersji znajdzie się powstającej wtedy telewizyjnej serii), stając się pierwszą z wielu zabaw ze zmianą kolorów włosów bohaterów, podobnie pretekstowo była wprowadzona następna przemiana Friezy. Zarówno niebieski Super Saiyanin jak i złoty Frieza to transformacje, które nigdy nie przypadły mi do gustu, bo pomijając leniwy design, w większości przypadków wyglądały na ekranie zwyczajnie słabo – aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że ten film to jeden z nielicznych momentów, kiedy niebieskowłosi Saiyanie robili wrażenie, głównie za sprawą animacji oraz komputerowo podrasowanych efektów. Wątpliwości wzbudzała również część rozwiązań fabularnych, choć po czasie nie odbieram ich jako aż tak kontrowersyjnych, jak dawniej. Mimo wszystko musiałem się do tej historii trochę przekonywać i dopiero kolejne seanse nieco zmieniły moje spojrzenie.
Przechodząc wreszcie do samego komiksu, który kilka lat temu wypuścił u nas JPF, a który te kilka lat przeleżał na mojej półce – jest to tzw. anime-komiks, czyli manga złożona z klatek filmu z dodanymi onomatopejami, dymkami dialogowymi oraz liniami świadczącymi o ruchu postaci. W Japonii w analogicznej formie ukazały się adaptacje każdej kinówki, części odcinków specjalnych, czy nawet większości "GT". I trzeba sobie powiedzieć, że nie jest to żadne dzieło artystyczne, a wyłącznie produkt, co oczywiście może być dla kogoś zarzutem, jednak w mojej ocenie jest to produkt zrobiony dobrze. Zarówno "Battle of Gods", jak i jego kontynuacja to historie "kanoniczne" (piszę w cudzysłowie, bo kanon w "Dragon Ballu" jest dzisiaj bardzo umowny, zresztą dla mnie to nigdy nie była aż tak istotna kwestia), ale obie nie doczekały się pełnoprawnego przedstawienia w mandze, więc te anime-komiksy to jedyny ekwiwalent, na jaki możemy liczyć w papierowej wersji. Sama zaś konwersja jest wykonana sprawnie – czyta się to płynnie i w trakcie lektury nie czułem dysonansu, dość zgrabnie udał się także podział filmu na 5 rozdziałów, taki układ sprawia wrażenie naturalnego oraz zgodnego z narracją. Nasze wydanie też jest naprawdę porządne – nie jest to nic, co wymagałoby jakiejś super edycji, ale standard "Full Color", który utrzymuje, jest w zupełności wystarczający i cenowo wypada korzystnie.
Oczywiście, że lepsza byłaby prawdziwa komiksowa adaptacja i jest to rzecz raczej dla fanów, jednak potraktowana jako dodatek, może się sprawdzić jako rozbudowanie mangowej kolekcji (zwłaszcza postawiona obok wersji kolorowej). Ja wszystkie filmy kinowe "Dragon Balla" znam, większość oglądałem wielokrotnie, a co kilka lat wraca do mnie chęć kolejnej powtórki – nie widzę przeszkód, aby za którymś razem przypomnieć sobie te opowieści właśnie w takiej formie. JPF kiedyś ogłaszał, że ma zamiar wydać też anime-komiksy na podstawie starszych filmów i w sumie liczę na to, że po skończeniu "Full Color" wróci do tego pomysłu. Sporo tych historii lubię, uważam również, że stosując minimalny head-canon zasadniczą część da się osadzić w głównej serii (przynajmniej do momentu zanim Toriyama zabrał się za rebootowanie postaci) i chętnie uzupełniłbym swoją komiksową półkę o te fabuły.
Ocena 3/6.