Drugi album zbiorczy serii o Hellboyu i innych agentach Biura Badań Paranormalnych i Obrony. W tym tomie poznajemy opowieści osadzone w latach 1955–1957.
Trwa zimna wojna, która jest prowadzona także na poziomie okultystycznym. Amerykańskie i sowieckie tajne służby paranormalne konkurują ze sobą na całym globie. Oczywiście wysłannicy BBPO walczą również z duchami, demonami i potworami, aby chronić zwykłych ludzi przed mrożącą krew w żyłach grozą. Nie zabraknie też humoru, bo Hellboy z dystansem podchodzi do niebezpieczeństw. Poznamy bliżej całą plejadę funkcjonariuszy Biura, którzy dzięki służbie w niezwykłej agencji próbują zapanować nad swoimi mocami albo chcą spełnić naukowe marzenia.
Twórcą świata Hellboya i współscenarzystą serii jest sławny Mike Mignola („Baltimore”, „Homar Johnson”, „Joe Golem”). Chris Roberson to autor kilkunastu powieści i scenarzysta komiksowy („iZombi”, „Edison Rex”). Ilustracje do albumu narysowało wielu grafików, m.in. Shawn Martinbrough („Thief of Thieves”, „Batman: Detective Comics”) czy Brian Churilla („Godzilla”, „Avengers”).
22.04.2026
I
Kolor
Twarda
170×260 mm
456
179,99 zł
9788328149144

Trochę się naczekaliśmy, ale w końcu jest - drugi tom przygód Hellboya z jego wczesnego okresu w roli agenta BBPO. Czy rzeczywiście warto było tak długo czekać na kolejne historie o bohaterze, o którym doskonale wiemy, jaki czeka go koniec?
Dla przypomnienia - tom obejmujący lata 1952-1954 wyszedł u nas w październiku 2021 roku. W międzyczasie na rynku amerykańskim wyszedł kolejny tom z podobnymi przygodami, tyle że już nie oznaczony dokładnie latami. W zapowiedziach w Drk Horse Comics na ten rok jest też następny, co oznacza, że nie nadążamy za rozwojem Mignolaverse. Za to po drodze wyszły u nas inne serie, także te spoza świata Hellboya napisane bądź wymyslone przez Mignolę, a to że musimy tyle czekać na te z samym Hellboyem wynika pewnie i z polityki wydawniczej i z samego popytu - bo przecież ów tom z lat 1952–1954 jest wciąż dostępny w księgarniach. Zresztą może to i lepiej, że nie dostajemy komiksów Mignoli w takich ilościach jak na Zachodzie, bo mam wrażenie, że zrobiła się z tego procesu twórcza nadprodukcja i niemożliwym jest, żeby wszystko było tak dobre jak oryginalna seria, czy “BBPO”.
W niniejszym przypadku mam zaś połączenie, czyli Hellboya w roli agenta BBPO z fabułą rozgrywającą się na wiele lat przed tym, co znamy z lektury głównej serii. Mignola był na tyle przewidujący, ze zostawił całą terrę incognitę dotyczącą lat pomiędzy dzieciństwem bohatera a schyłkowym okresem i regularnie ją wypełnia - najczęściej jako współscenarzysta różnorakich opowieści. I mimo że są one różnorakie, to w zbiorze obejmującym lata 1955 -1957 czuć twórczą dyscyplinę. Ciąg przyczynowo-skutkowy i nadrzędne wątki skutecznie spajają tu fabularną narrację.
No właśnie - mam z tym pewien problem. Z opowieściami o Hellboyu jest trochę jak z twórczością Sapkowskiego o wiedźminie. Niektórzy czytelnicy przygód bohatera Mignoli najbardziej lubią te pierwsze, kilku, kilkunastostronicowe historyjki, a cała reszta to nadbudowa, którą powinno się znać, ale która nie oddziałuje na wyobraźnię tak jak krótkie formy, w których amerykański twórca był mistrzem. I w niniejszym zbiorze to właśnie te krótsze formy są jego ozdobą, bo w tych dłuższych komplikacje fabuły zaczynają w pewnym momencie po prostu nużyć. I dlatego najlepiej z niniejszego zbioru wspominam jednozeszytówki (“Tajemna natura’, Więzy rodzinne”, “Pora ognia”) niż rozciągnięte, połączone motywem enkelatydu i potajemną rywalizacją z Rosjanami dwie dłuższe historie (“Wywiad okultystyczny”, “Hellboy i BBPO: 1956”). A już najczęściej powraca do mnie w myślach zeszytówka “To spadło z Nieba”, która spuentowała zgrabnie wałkowany w innych historiach motyw z udziałem Woody’ego, specjalisty od kryptozoologii w BBPO. To jednocześnie przygoda, w której Hellboy bada sprawę wraz z innym agentem i to po prostu działa lepiej. Dłuższe historie o różnych tajemnicach i rozkminach Bruttenholma nie są już tak intensywne, choć to po ich lekturze zaczynamy rozumieć postawę i samotność Hellboya a przede wszystkim jego wrażliwość - ze smutkiem ogląda się sceny, na których widać, że bohater nie może się pogodzić ze śmiercią swojego psa i nie ma możliwości porozmawiania o tym z kimkolwiek.
Smutek smutkiem, ale każdy kolejny zbiór z Hellboyem dostarcza mi też niemałej przyjemności z dwóch różnych względów. Pierwszy z nich polega na obserwowaniu rozwoju całego Mignolaverse - co przy obecnej mnogości serii wygląda na rozwój w naprawdę wielu kierunkach. Pamiętajmy - jeśli jakaś franczyza odniesie sukces, to musi być dojona ponad miarę, bo takie są zasady rynku. Zawsze w którymś momencie odczuwamy przesyt, ale akurat w przypadku wczesnych przygód Hellboya ciekawią mnie takie elementy fabuły, jak wprowadzanie nowych, nieznanych wcześniej postaci (choć tego do końca nie jestem pewien, że są one rzeczywiście wcześniej nieznane). I tutaj takie postacie mamy, bardzo fajnie zarysowane. Pierwsza z nich to wspomniany wyżej, zgorzkniały Woody (Woodrow Farrier), specjalista od kryptozoologii, który kilka razy prowadzi śledztwo w parze z Hellboyem. Drugą postacią jest Susan Xiang - wyciszona, nie okazująca emocji Azjatka, która tak jak Woody, nie zawsze wykonuje taką pracę jaką by chciała. Susan to wyjątkowa osoba - samym dotykiem jest w stanie w postaci intensywnej wizji zinfiltrować czyjeś doświadczenia życiowe i zajrzeć w przeszłość. To rzecz jasna przydaje się w różnych sprawach i widać wyraźnie, że bohaterka ta przypadła do gustu Hellboyowi. Tak samo zresztą jak ekspresyjna Virginia Payne z tygrysiej opowieści “Groza symetrii”.
Jednak najwięcej przyjemności dostarcza mi obserwowanie jak różni rysownicy radzą sobie z Hellboyem i wykreowanym wokół niego światem. Hellboy to niezwykle plastyczna postać, każdy z rysowników widzi i rysuje ją inaczej, każdy stara się dodać coś ze swojego stylu, nie każdy trafia do mnie ze swoją wizją, ale zawsze jest fascynującym doświadczeniem widzieć te różne interpretacje. W tym zbiorze chyba najbardziej przypadł mi do gustu Shawn Martinbrough z wyrazistym stylem w “To spadło z nieba”, a pod względem budowanego nastroju grozy (“Więzy rodzinne”) najlepiej wypada Laurence Campbell. Mógłbym na ten temat pisać więcej, ale to nie ma sensu - każdy niech sam sprawdzi, sam przeczyta i sam niech uzna, która wersja Hellboya z niniejszego zbioru przypadła mu najbardziej do gustu. A ja już czekam na kolejny, równie opasły tom, który w przyszłości i pewnie z dużym poślizgiem, w końcu się u nas ukaże.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.