Trzy historie o wierze, szaleństwie i rewolucji. Trylogia „religijna” to podsumowanie wyjątkowego okresu twórczości Hugona Pratta („Corto Maltese”, „Ernie Pike”) – końcówki lat 70.
Zyskują w niej głos bohaterowie ze środowisk marginalizowanych. Przemawiają do nas z punktu, w którym historia spotyka się z mitem, a marzenia senne – rzeczywistością. Przemierzamy z nimi zaśnieżone bezkresy Kanady, pustynną Somalię i targane konfliktami Sertão.
Delikatna, oszczędna kreska i skrótowa narracja przekazują maksimum treści. Jak zwykle u Pratta, z każdej planszy bije unikalna dla jego dzieł ciepła melancholia.
Pochodzenie
Wydawca Polski
Wydawca Oryginalny
Data Wydania
13.03.2026
Wydanie
I
Druk
Kolor
Oprawa
Twarda
Format
215x290 mm
Liczba Stron
160
Cena Okładkowa
110,00 zł
EAN
9788368346527
Opinie redakcji

„Jesuit Joe” to komiks wybitny. Zarazem trudny, mocno oniryczny, nieustannie zacierający granice między rzeczywistością, a fantasmagorią. Ale wybitny, z całą pewnością.
Historycznie, to zbiór trzech komiksowych etiud w ramach „trylogii religijnej”, która wieńczy wyjątkowy okres twórczy w dorobku Hugo Pratta. Mimo pozornie skrajnych różnic w scenerii oraz pochodzeniu bohaterów (mamy tu bowiem zaśnieżone bezkresy Kanady, pustynne rejony Afryki i wreszcie wyschnięte południowoamerykańskie lasy) to opowieści bardzo do siebie zbliżone ogólną tonacją. A zarazem, pośrednio i genezą kluczowych dla każdej historii postaci. To opowieści o jednostkach wykluczonych, skrzywdzonych, ale nie poddających się owemu skrzywdzeniu, ale podnoszących głowę równie twardą, co wznoszone w górę pięści. To oniryczne etiudy o pragnieniu sprawiedliwości, często silniejszym niż śmierć, przekraczającym granice szaleństwa, ale i w jakiś sposób sięgającym po magiczną osnowę mitu, przenikającego do rzeczywistości.
W żadnej z tych opowieści nie możemy do końca brać za pewnik tego, na co patrzymy, co odsłaniają kolejne kadry. Bo czy sam autor nie mami nas kolejnym majakiem, następną fantasmagorią, skoro robił to w poprzednim kadrze, na poprzedniej planszy?
„Człowiek z dalekiej Północy” to historia brutalnego, niepokornego Metysa, pół - Francuza, pół Mohawka, który wchodząc do czyjejś chaty, ot tak, kradnie charakterystyczną czerwoną kurtkę mundurową, co determinuje jego późniejszy odbiór przez napotkanych w czasie wędrówki ludzi. Ludzi, na których los nasz milczący bohater ma wpływ nieprzejednany. I choć niewiele (zwłaszcza z początku) pada tutaj słów, to bije z tych kadrów jakaś posępna moc, sprawiająca, że nie chcielibyśmy spotkać tej „czerwonej kurtki” na swojej drodze. To opowieść o tym, jak mylić mogą pozory, jak złudna jest powierzchowność, jak boleśnie krzywdzące może być ocenianie po powierzchowności.
W kolejnej etiudzie – „Człowieku z Sertao” – zabiera nas Pratt na pustkowia północnej Brazylii, gdzie wiecznie trwa jakiś konflikt, odwieczny, nieprzemijający, może ledwie przygasający bunt i pogoń za wyzwoleniem, którego rzeczywistego kształtu już chyba nikt z walczących pojąć nie umie. Ale walczy, bo istotą jestestwa uciśnionych bezustannie, najuboższych warstw południowoamerykańskich społeczności jest walka i próba wyzwolenia, a przynajmniej chwilowej, złudnej zmiany zastałego status quo. I tu wkracza o wiele więcej, niż w pierwszej opowieści, wspominanej oniryczności i odrealnienia. Tutaj zmarli nie pozostają martwi, tu wywierają oni bolesną pomstę na żywych. Tutaj mroczna, przesycona lokalnym folklorem magia determinuje ludzkie losy, krzyżujące się w odwiecznym splocie opętańczej, tragicznej miłości, pragnienia i pożądania, bo nie wiele ponadto jest rzeczy, o które naprawdę warto walczyć.
To historia, w której chyba najmocniej wybrzmiewa to zacieranie się granic pomiędzy światem rzeczywistym, a strukturalnym mitem, budującym mentalność i tożsamość społeczności południowoamerykańskich, od dekad nie dostrzegających innej formy kształtowania swojego świata, jak zbrojne, oparte o partyzanckie zrywy rewolucje.
Trzecia komiksowa nowela – „Człowiek z Somalii”, wiedzie nas na afrykańską pustynię, gdzie wojna z kolonializmem sięga niebezpiecznie głęboko w mit, który staje się zarazem ucieleśnieniem brytyjskich lęków, zbierając iście krwawe żniwo, ale równolegle okazuje się parafrazą biblijnej opowieści o Kainie, Ablu i Lilith. Tak jak Afryka miała być biblijną kolebką ludzkości, umiejscowieniem tamtejszego Raju, tak w „Człowieku z Somalii” staje się gorzką przypowieściową przestrogą dla wszystkich, którzy pragną czyjegoś zniewolenia w imię uzurpowanych sobie kolonizatorskich praw.
„Jesuit Joe” to wspaniały komiks, mocno kojarzący się z rozpoczętymi przecież wcześniej przez Pratta „Pustynnymi Skorpionami”, w których odmienni, ale wciąż kolonialni żołnierze, w innych czasach i realiach, również uciekają od wojny, w której nie dostrzegają już sensu, wiedzeni przez fantasmagoryczne wizje, jakie równie dobrze mogą być zmaterializowanym mitem, co pustynną fatamorganą.
Urzeka tutaj kreska, jak zresztą zawsze u Pratta – oszczędna, minimalistyczna, ze swoistą niedbałą manierą, która paradoksalnie dodaje jej siły wyrazu. To często całe sekwencje obrazów, spomiędzy których musimy wydzierać drobne strzępy historii, z jakich da się złożyć z mozołem całościowy, spójny obraz historii. Bo on tam zawsze jest, choć rozrzucony po planszach, zaklęty w onirycznych kadrach i szczątkowej fabule, balansującej na krawędzi jawy i snu, mitu i rzeczywistości, świata materialnego i domeny duchów. Ale ta sekwencyjna przypadkowość jest pozorna, bo każdy kadr jest elementem większej całości, osadzonym – wbrew pozorom – na osi linearnej fabuły, która zwyczajnie nie mieści się w słowach, nie mieści się w obrazach, ale wykracza poza zwyczajne, komiksowe medium. Znaczenie zyskuje tu przede wszystkim to, co niedopowiedziane, to, co ukryte poza kadrem.
Trudne – przyznaję, miałem z Prattem początki. Lata temu odbiłem się od pierwszego tomu „Corto Maltese”, by zakochać się po latach wpierw w „Pustynnych skorpionach”, a potem w odczytanym na nowo, z większym zapasem literackiego i kulturowego obycia „Corto Maltese” właśnie. Dziś, czytając „Jesuit Joe”, od pierwszej strony nastawiam się na zarówno graficzną, jak i fabularną ucztę. I to właśnie dostaję.
Hugo Pratt jest twórcą wybitnym i takie też – nie inaczej – są jego komiksy. I kiedy seria najsławniejsza – wspominany „Corto Maltese” - ciąży głównie ku epickiej przygodzie (przynajmniej w tej wierzchniej, fabularnej warstwie), tak niniejszy album stanowi cięższą w odbiorze, ale równie wspaniałą przez nasycenie kontekstami religijnymi lekturę. Motywy i odniesienia religijne i mitologiczne są artystycznie bardzo bliskie i mojej własnej twórczości, więc zdaje się grać tutaj Pratt na wprost dla mnie dedykowanej nucie. Odnajduję tutaj własne fascynacje, nurtujące wątpliwości czy pytania, w dodatku zaserwowane w sposób mistrzowski! Dla fanów artysty to komiks zwyczajnie obowiązkowy. Dla tych, którzy chcą się z Prattem zmierzyć po raz pierwszy, zalecam ostrożność. Ale nadal warto!
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.
1 ocena Show votes.