Od początku chciałam zatrzymać Motomyszy na Marsie – wywiad z Melissą Flores
29.05.2026 06:00
Melissa Flores znana jest przede wszystkim jako wieloletnia opiekunka i kreatorka przygód Power Rangers we wszystkich możliwych mediach – od serialu po komiksy. Niedawno rozpoczęła jednak nową misję – jest jednym z głównych mózgów powoli rozwijającego się NacelleVerse’u, którego najbardziej znanymi bohaterami są kultowe Motomyszy z Marsa. Jak sprawdziła się w tej roli, przekonamy się również w Polsce, dzięki wydawnictwu Lost in Time.
Kiedy odkryłaś „Motomyszy z Marsa”?
Byłam wielką fanką „Beverly Hills 90210”, jak wiele nastolatków w latach 90., więc sięgnęłam po „Motomyszy z Marsa” ze względu na Iana Zieringa, który w serialu grał Steve’a, a w animacji podkładał głos pod Vinniego. Jason Priestly, czyli serialowy Brandon, i Leah Remini, która wystąpiła w serialu epizodycznie, pojawili się z kolei jako goście. Dlatego chociaż byłam już nieco zbyt dorosła na kreskówki, akurat tę naprawdę polubiłam. Zwłaszcza Myszy jako bohaterowie były świetne. Zaczęłam oglądać dla aktorów, zostałam dłużej dla postaci.
Jak do tego doszło, że w 2024 roku zostałaś scenarzystką komiksowej wersji „Motomyszy”?
Kilka lat temu byłam na Comic Conie w San Diego i dostałam w tym czasie wiadomość od Huntera Gorinsona, którego znałam z Boom! Studios. Wtedy przenosił się akurat do wydawnictwa Oni. Napisał, że Nacelle pracuje z Oni nad przywróceniem kultowych postaci sprzed lat i zapytał, czy jestem zainteresowana dołączeniem i przeniesieniem niektórych z nich z ekranów do komiksów. Oczywiście odpowiedziałam, że tak. Byłam zaszczycona, że o mnie pomyśleli.
Jak się do tego zadania przygotowywałaś? Obejrzałaś wszystkie sześćdziesiąt pięć odcinków oryginalnej serii? A może nawet również te późniejsze i do tego komiksy wydane przed laty przez Marvela?
Powierzono mi przeniesienie do NacelleVerse’u kilku różnych marek – między innymi „RoboForce”, „Sectaurs”, „Power Lords” i „Garloo” – ale „Motomyszy z Marsa” były jedyną, do fabularnej przeszłości której mogłam się odnieść i przyjrzeć się jej dokładnie. Na szczęście wiele starych odcinków można znaleźć na YouTubie, więc zrobiłam sobie maraton i zwracałam szczególną uwagę na odcinki z akcją osadzoną na Marsie. Wiedziałam, że w moim scenariuszu będę się skupiać właśnie na okresie sprzed przybycia Motomyszy na Ziemię.
Trzymałam się jednak z daleka od wcześniejszych komiksów i późniejszego rebootu. Nacelle zależało na skoncentrowaniu się na odniesieniach do klasycznej serii i do nowej animacji, nad którą obecnie pracują. Moim ulubionym odcinkiem zawsze był „Hard Rock” (w polskiej wersji językowej „Ciężka sprawa” – przyp. red.), z czarnym charakterem przypominającym Davida Bowiego, który pojawia się zresztą w komiksie, a także trzyczęściowy „Once Upon a Time on Mars” (w polskiej wersji językowej „Marsjańska wojna” – przyp. red.). Cieszę się, że historia powstania tej ekipy trafiła na ekrany. Dopisanie do niej czegoś od siebie było wielką frajdą.
„Motomyszy z Marsa” mają oddane grono fanów, ale na pewno nie aż tak duże jak bohaterowie Marvela i DC, He-Mana albo G.I. Joe. Dzięki temu łatwiej jest przepchnąć własne pomysły czy przeciwnie – mniejsze grono wielbicieli oznacza baczniejsze obserwowanie wszystkiego, co dzieje się z ich ulubieńcami?
Jako osoba, która działała już wcześniej w mniejszym, ale bardzo zaangażowanym fandomie – wiele lat poświęciłam Power Rangers – nie sądzę, by istniała znacząca różnica podyktowana wielkością danego grona fanów. Miłość do ukochanych postaci zawsze jest taka sama. Myślę, że scenarzysta zawsze musi ją szanować i starać się spełnić oczekiwania swojej publiczności. Dopóki fani czują twoją pasję do bohaterów, o których piszesz i całego związanego z nimi świata, dopóty zawsze będą po twojej stronie. Nawet jeżeli nie zawsze i niekoniecznie w stu procentach zgodzą się z twoimi decyzjami fabularnymi. Dlatego nigdy nie podejmuję się pisania historii osadzonych w już dobrze znanym świecie, jeżeli nie jestem pewna, że pokocham go tak samo jak fani. Kiedy nabieram tej pewności, presja staje się nieco mniejsza.
Pracowanie nad „Motomyszami” w istotny sposób różniło się od pracowania nad „Power Rangers”?
W przypadku „Motomyszy” musiałam zmieścić się w ramach tego samego kontinuum, co nowy serial animowany. Przy „Power Rangers” bazowałam z kolei wyłącznie na starszych, już zakończonych seriach. Istniała więc istotna różnica w sposobach adaptacji i zasadach, których musieliśmy przestrzegać, ale i tutaj, i tutaj pracowaliśmy w obrębie konkretnych licencji i według z góry narzuconych wytycznych. Zadaniem scenarzysty w takich okolicznościach jest znalezienie pewnego rodzaju „pustej przestrzeni”, którą będzie w stanie zapełnić czymś własnym i sprawdzenie, czy możliwe jest głębokie wniknięcie w powierzone mu postacie. Jeżeli to zadanie powiedzie się, fani najpewniej poczują chęć wniknięcia w nowe oblicze czegoś, co kochają i znajdą w tym satysfakcję. Poza tym licencjobiorca również ma bardzo duży wpływ na sposób, w jaki postacie zostaną napisane. Kierownictwo Nacelle było bardzo zaangażowane i pełne pasji w kwestii powstania tych komiksów.
Motomyszy z Marsa to Throttle, Modo i Vinnie. Na tym koniec. Są nietykalni, bez nich ta seria nie może być kontynuowana. Przez „Power Rangers” przewinęły się z kolei dziesiątki postaci. Jakie są plusy i minusy jednego i drugiego?
Właściwie nie ma dużej różnicy. Chociaż istnieją setki różnych Power Rangersów, każdy z nich jest uwielbiany przez fanów. Każdy ma specyficzne cechy wyglądu oraz charakteru, a także powstał według określonych zasad, których muszę przestrzegać, kiedy piszę scenariusz. Z Motomyszami jest podobnie, ale mamy nie tylko te trzy główne postacie. Jest przecież również Carbine, są złoczyńcy, są rebelianci i ludzie, za których Myszy walczą. Każda z tych postaci, niezależnie od tego, czy większa, czy mniejsza, musi być rozwijana na własny sposób. Przy jednoczesnym poszanowaniu jej fabularnej przeszłości. Tak naprawdę w obydwu sytuacjach działałam więc w identyczny sposób. W moje ręce trafiały postacie, które istniały już wcześniej i miały powszechnie znaną przeszłość, a ja po prostu próbowałam coś do ich historii dopisać. Oczywiście mogą się pojawić również nowe postacie, które wplotę w te światy, ale zawsze należy szanować pierwotne założenia.
Jak równoważysz nostalgię, którą wielu starszych fanów odczuwa w stosunku do tych postaci, z szukaniem czegoś nowego i opowiadaniem historii, którą będziesz uznawać za własną?
Zawsze staram się szukać „pustych przestrzeni” w historiach poszczególnych postaci, po wypełnieniu których fani będą czuć satysfakcję z wyłapania jakiegoś nawiązania. Nawet jeżeli opowiadam coś całkowicie nowego, zawsze można w tym znaleźć jakieś odniesienia do przeszłości i pewnego rodzaju hołd. Kto siedzi w tym świecie głębiej, na pewno to zauważy. Robię to nie dlatego, że muszę, ale dlatego, bo mam świadomość, jak bardzo uszczęśliwię w ten sposób fanów. Wiem przy tym, że jeżeli zachowam klimat „Motomyszy”, utrzymam spójne tożsamości i motywacje bohaterów, to będę mogła eksplorować nowe kierunki bez zniechęcania fanów do zabrania się ze mną w tę podróż. Szukanie równowagi. Kiedy piszę z tym wszystkim z tyłu głowy, staje się to naprawdę świetną zabawą.
Kim właściwie są fani „Motomyszy z Marsa”? To głównie osoby, które oglądały kreskówkę wiele lat temu czy są też nowi, odkrywający ten tytuł dopiero dzięki komiksom?
Trudno powiedzieć. Na pewno nowa animacja, która ukaże się już niedługo, przyciągnie wiele nowych osób. Nie wiem jednak, czy nawet dla nich będzie to całkowicie pierwsze zetknięcie z Motomyszami. Jestem natomiast pewna, że wielu czytelników pamięta te postacie jak przez mgłę, są bardzo odległe. Nie wracali do nich w dorosłym życiu, a teraz, dzięki komiksom, odkrywa do nich nową miłość.
Motomyszy z Marsa: Panika na Czerwonej Planecie to prequel z akcją osadzoną ma Marsie. Od początku właśnie taki miałaś pomysł na Motomyszy?
Tak, od początku chciałam zatrzymać Motomyszy na Marsie. W animacji niemal przez cały czas widzimy ich przygody na Ziemi, a ja zamierzałam zgłębić przyczyny, dla których w ogóle ci trzej bohaterowie zostali buntownikami. Wszystko, co wydarzyło się w serialu ma źródło właśnie w zdarzeniach, do których doszło na Marsie. Nie były dotąd mocno eksplorowane, więc stwierdziłam, że to jest właśnie ta moja „pusta przestrzeń”, którą zapełnię czymś od siebie.
Dobrze pamiętam, jak lata temu oglądałem te trzy odcinki na Marsie, gdzie pokazane są początki Motomyszy. To była zaskakująca zmiana tonu z rozrywkowych, lekkich i nieco campowych historii na coś bardziej poważnego i ponurego. Z tego powodu chciałaś się z tym etapem historii Throttle’a, Modo i Vinniego zmierzyć?
Nie chodziło mi o wejście w mroczniejszy ton, a raczej o skupienie się na pokazaniu tej części historii, która dotąd istniała głównie w domysłach. Postanowiłam trzymać się z dala od Ziemi również dlatego, bo nowy serial Nacelle będzie na niej osadzony. Mam dzięki temu więcej swobody. Zamiast wpasowywać się do scenariuszy animacji, pogłębię wątki, które ją poprzedzają. To idealny sposób na pokazanie czegoś zupełnie nowego i poszerzenie tożsamości głównych bohaterów.
Na pewno zainteresowanie może wzbudzać już sama nazwa „Biker Mice from Mars”. To mniej więcej ten sam poziom, co „Teenage Mutant Ninja Turtles” – wygląda na przypadkowo zlepione ze sobą słowa, ale kiedy zaczyna się czytać albo oglądać, wszystko do siebie idealnie pasuje. Mimo jednak tej intencjonalnej niedorzeczności, serial porusza wiele poważnych tematów, na przykład patologiczne eksplorowanie środowiska naturalnego, korporacyjną chciwość czy wojnę. Nie tylko nie straciły po latach na aktualności, ale zyskały. Zamierzasz nawiązywać do naszej społeczno-politycznej rzeczywistości?
Tak, to jeden z głównych powodów, dla których uwielbiam „Motomyszy”. Od początku podchodziłam do komiksu w sposób wykraczający poza bombastyczność konceptu mutantów z Marsa. Patrzyłam na nich raczej jak na weteranów wojennych, którzy dosłownie poświęcili część siebie, by ratować swoje domy i mimo tego, ponieśli klęskę. Zdołali jednak jakimś sposobem zachować radość i dobro. Kiedy patrzę na to w taki sposób, zanurzenie się w wyjątkowe historie z odpowiednią powagą i świadomością nie jest trudne.
W Polsce – przynajmniej na razie – nie poznamy całego NacelleVerse’u, a jedynie twój komiks z Motomyszami. Sprawdzi się jako odrębna historia czy coś stracimy albo czegoś nie zrozumiemy?
Można bez żadnych przeszkód i niedopowiedzeń czytać „Motomyszy z Marsa” jako zupełnie odrębną historię. Co nie zmienia jednak faktu, że NacelleVerse został zaprojektowany jako większe uniwersum. Kiedy czyta się te wszystkie komiksy jeden po drugim, można zauważyć pewną synergię. To, co dzieje się z Throttlem, Modo i Vinniem i na Marsie, i na Ziemi okazuje się częścią czegoś jeszcze większego. Wszystkie wydarzenia mają początek w numerze zerowym „NacelleVerse’u”, a dalej przenikają się.
Rozumiem, skąd wzięła się decyzja o przedstawieniu tego świata w Polsce począwszy właśnie od „Motomyszy z Marsa”. Kreskówka była tutaj emitowana na przełomie wieków, więc wiele z tych osób, które mają dzisiaj po trzydzieści i czterdzieści parę lat żywi do niej wielką nostalgię. Pozostałe tytuły z NacelleVerse’u są u nas z kolei niemal całkowicie nieznane. Trudniej jest z nimi dotrzeć do zagranicznej publiczności?
Jestem przekonana, że każda z tych wspaniałych postaci i to, przez co przechodzą może przemówić do wszystkich odbiorców na całym globie, o ile są przedstawione ze szczerymi intencjami i autentycznością. Na przykład w zerowym numerze „NacelleVerse’u” główny bohater jest kimś kompletnie nieznanym szerszemu gronu odbiorców, ale z drugiej strony to po prostu uchodźca, który w makabryczny sposób stracił dom i szuka nowego miejsca, gdzie mógłby się odnaleźć. Mam nadzieję, że osoby, które sięgną po ten zeszyt wyłącznie ze względu na Motomyszy znajdą coś interesującego również w historii Garloo i będą zainteresowane dalszą podróżą z nim. Liczę też na to, że będzie miał szansę pokazać się zagranicznym czytelnikom.
Co będzie z Motomyszami, kiedy skończysz pisać prequel?
Wszystko w rękach Nacelle. Póki co trwają prace nad serialem animowanym. Nie jestem w nie zaangażowana, ale znam osoby, które mierzą się z tym wyzwaniem – to prawdziwi pasjonaci. A co będzie później, to się dopiero okaże.
Kilka lat temu nakręcenie filmu aktorskiego z Motomyszami z Marsa wydawałoby się niemożliwe, ale po ostatnich zwiastunach „Władców Wszechświata” albo „Street Fightera” mam wrażenie, że dzisiaj wszystko jest realne. Gdyby to zależało od ciebie, kto wcieliłby się w Throttle’a, Modo i Vinniego?
O rany, to trudne. To tak niezwykłe i charyzmatyczne postacie, że dobrym pomysłem byłoby obsadzenie w tych rolach nieznanych aktorów. Dzięki temu postacie mogłyby mówić same za siebie.
Motomyszy z Marsa #01: Panika na Czerwonej Planecie
Biker Mice from Mars vol 1: Red Planet Panic
DEPCZĄ IM PO PIĘTACH… A RACZEJ PO KOŁACH!
Najbardziej odjazdowe ikony animacji, jakie kiedykolwiek pędziły przez Równiny Elizjum, czyli Motomyszy z Marsa, powracają i odpalają silniki w zupełnie nowej opowieści, stworzonej w nieokiełznanej wyobraźni scenarzystki Melissy Flores (Power Rangers Prime) oraz przy wsparciu artystycznej potęgi Daniela Gete’a (Skin Police).
BUNT NA CZERWONEJ PLANECIE…
Zadziorni rebelianci – Throttle, Vinnie i Modo – połączyli siły z marsjańskimi Wojownikami Wolności, by stawić czoła bezlitosnej armii plutarkiańskich najeźdźców. Jednak gdy pojawia się nowe, zupełnie nieoczekiwane zagrożenie, Motomyszy stają w obliczu niebezpieczeństwa obejmującego całą galaktykę, wywodzącego się zarówno z Ziemi, jak i z plutarkiańskiego świata! Nie przegap przygód rewolucyjnego tria gryzoni w tej epickiej historii, która wydarzyła się jeszcze przed ich przybyciem na Ziemię!
Zawiera Motomyszy z Marsa (2025) #1–4.
Dla fanów: Wojownicze Żółwie Ninja, Komandosi z podwórka, Kosmiczne wojny, Kowboje z Krowigrodu, Transformers.
29.05.2026
I
Kolor
Miękka
170×260 mm
112
55,00 zł
9788368346671
















