Osiem komiksów dla fanów jazzu
23.03.2026 06:00
W dniach 25-29 marca, w Gdańsku, odbędzie się 25. edycja Festiwalu Jazz Jantar. Z tej okazji prezentujemy osiem komiksów dla miłośników jazzu, które wyselekcjonował Jarosław Kowal, kurator tego wydarzenia.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy szlaki jazzu z komiksem po raz pierwszy przecięły się w tytułach wydawanych w Polsce. Nie tylko ze względu na brak dogłębnych analiz w tym temacie, ale również dlatego, bo często po prostu nie wiemy, jaką muzykę „słyszą” postacie z kart komiksów. Czy w Księdze XVII Romek i A’Tomek uczłowieczają Tytusa za pomocą jazzu, czy grają jakąś inną muzykę? Nie wiadomo. Istnieje natomiast duże prawdopodobieństwo, że pierwsze najbardziej pamiętne przedstawienie jazzu w polskojęzycznym komiksie pochodzi z Wydania Specjalnego TM-Semic Lobo Powraca z 1996 roku.
To historia o tym, jak ostatni Czarnian trafił po śmierci do nieba, bo w piekle już się na nim poznali i dołożyli wszelkich starań, by pozbyć się problemu zawczasu. W konsekwencji różnica pomiędzy skrajnymi stronami zaświatów zaciera się, a na jednym z pamiętnych splashy Lobo piłuje (dosłownie) anielską harfę i śpiewa do mikrofonu: „Jezu, jazzu, więcej jazzu”. Można by się spodziewać, że twórcy sięgną raczej po stereotyp i odniesienie do metalu, a jednak wykazali się otwartymi głowami. Przecież jazz to nie tylko standardy i Sinatra, ale też bardziej agresywna muzyka spod znaku Johna Zorna albo Peter Brötzmann… Tyle, że to nie była ich inwencja, a polskiego tłumacza, Dariusza Matusika. W oryginale pada: „Jesus, Jesus, Bo Besus”.
Ostatecznie nie wiadomo więc, gdzie szukać początków skrzyżowania tych dwóch, pozornie bardzo odległych, dziedzin sztuki, a jak nie wiadomo, to zawsze można zerknąć do bibliografii „ojca powieści graficznej”, Willa Eisnera i sprawdzić, czy w swoich prekursorskich tytułach nie podjął już danego tematu.
Nowy Jork: Życie w wielkim mieście (Egmont) / Scenariusz i rysunki: Will Eisner
Neil Gaiman przytoczył kiedyś anegdotę, zgodnie z którą po pytaniu o motywację do działania po wielu latach twórczej pracy, Eisner wspomniał o pewnym filmie. Sądząc po opisie, odnosił się do „Około północy” Bertranda Taverniera z 1986 roku. Główny bohater – grany przez wybitnego saksofonistę Dextera Gordona – nieustannie poszukuje w nim „Dźwięku”. Niemożliwego do uchwycenia ideału, którego odkrycie przyniosłoby tak wielką satysfakcję, że wreszcie dałoby się odetchnął i uznać zadanie za wykonane. Twórca postaci kultowego Spirita również z pasją spoglądał w kierunku świata idei i gonił za tym, co nigdy nie może zostać pochwycone.
W bardziej dosłownym znaczeniu na jazz można natrafić u Eisnera w hołdzie, który na ponad czterystu stronach złożył Nowemu Jorkowi. Miastu, gdzie jazz nie powstał (ten tytuł należy się Nowemu Orleanowi) i gdzie nie został spopularyzowany (to z kolei Chicago), ale za to swojego czasu przeniknął niemal każdą dziedzinę jego życia i wytworzył prężną scenę, na której działali i wciąż działają między innymi Duke Ellington, Charlie Parker, Milesa Davis, John Coltrane, Wynton Marsalis czy Vijay Iyer.
„Nowy Jork: Życie w wielkim mieście” przesiąknięty jest specyficzną, wielkomiejską aurą. Ulice mają tutaj swój rytm, a mieszkańcy muszą codziennie improwizować, by przetrwać w walce o lepsze jutro. W rozdziale „Muzyka ulicy” Eisner dobitnie pokazuje, że pomiędzy klaksonami, okrzykami, szumem kroków a melodiami i rytmami wydobywającymi się z instrumentów i odtwarzaczy nie ma aż tak dużej różnicy. Już w pierwszym zdaniu napisał wprost: „Dźwięki miasta stanowią jego równie integralną część jak architektura”.
Kolejne strony, z charakterystycznym brakiem wyraźnego rozgraniczenia pomiędzy kadrami, dowodzą, że przydomek „miasto, które nigdy nie zasypia” nie zostało Nowemu Jorkowi nadany na wyrost, a muzyka gra na każdym jego rogu pod wszelkimi możliwymi postaciami. Kogo dopiero czeka lektura tej pozycji, a zna już „Sin City” Franka Millera albo „Parkera” Darwyna Cooke’a, odnajdzie tutaj podobny nastrój. Bez wartkiej akcji i elementów kryminału, które pospieszałyby w trakcie zwiedzania, będzie mógł jednak spokojnie chłonąć tę gęstą atmosferę.
Nowy Jork: Życie w wielkim mieście
New York: The Big City
Zawartość komiksu: opowieści Nowy Jork, Budynek, Notatki o ludziach z miasta, Niewidzialni ludzie.
Arcydzieło autora Umowy z Bogiem! Opowieść o codziennym życiu miasta zwanego Wielkim Jabłkiem na przestrzeni wielu lat. Czy ulicznicy, złodzieje, dzieciaki, zwykli ludzie albo bogacze z Nowego Jorku tak bardzo różnią się od swoich odpowiedników z Warszawy czy Bydgoszczy? Po lekturze tego albumu każdy z nas może to sprawdzić.
Cudowny hołd, złożony Nowemu Jorkowi i wszystkim jego mieszkańcom przez niezrównanego Willa Eisnera.
* * *
„Will Eisner był miły, uprzejmy, przyjazny, przystępny i rozmowny, ale miał „żelazną duszę”. Miał też zmysł praktyczny, świadomość ludzkiej słabości i ogromną duchową szczodrość. (…) Pokazał się jako amerykański gawędziarz”.
Neil Gaiman (autor Sandmana) – ze Wstępu
„Jako wydawca, poszukiwacz talentów, impresario, rysownik i scenarzysta, Will Eisner stworzył komiks, jaki poznałem… Jego nieustanna żywotność jako artysty wymyka się logice, rozsądkowi, czasowi, historii – i współczesnym, młodym autorom powieści graficznych”.
Michael Chabon, zdobywca Nagrody Pulitzera
„Komiks zyskał jakość w dużej mierze dzięki Willowi Eisnerowi. To on dał nam nowy sposób patrzenia na komiks i myślenia o nim… Nie ma nikogo, kto by mu dorównał. Nigdy nie było, a w przypływach pesymizmu myślę też, że nigdy nie będzie”.
Alan Moore (autor Ligi Niezwykłych Dżentelmenów)
Ten album jest największym hołdem dla Nowego Jorku, jaki mógł stworzyć mistrz amerykańskiej sztuki komiksowej.
[Egmont Polska]
Album mistrza amerykańskiego komiksu Willa Eisnera.
Autor, uważany za ojca powieści graficznej, przedstawia nam osobistą, szczególną wizję Nowego Jorku – miasta, które zainspirowało jego pionierskie dzieła. Porzuciwszy świat kamienic czynszowych na Bronksie (znanych z „Umowy z Bogiem”), w Nowym Jorku Eisner oddaje cześć wielkiemu miastu w całej jego chwale. Ten album jest równie pełen hałasu, życia, a przede wszystkim „ludzkich historii”, jak Broadway w godzinach szczytu.
Zebrano tutaj cztery bardzo ważne dzieła Eisnera: „Nowy Jork. Wielkie miasto” (1981), „Budynek” (1987), „Notatki o ludziach z miasta” (1989) i „Niewidzialnych ludzi” (2000).
Te historie dowodzą, że żaden inny rysownik nie potrafi uchwycić melancholijnej mroczności Nowego Jorku równie sprawnie, jak Eisner, który poznał to miasto niczym własną kieszeń.
Niektóre opowieści budzą w czytelniku dreszcz swoim „milczeniem”, inne ogłuszają, ale wszystkie tętnią wielkomiejską żywotnością i bolesnym patosem, tak typowym dla sztuki Eisnera.
Album uznany przez krytykę za arcydzieło w dziedzinie realistycznego komiksu obyczajowego.
Cowboy Bebop (JPFantastica) / Scenariusz: Hajime Yadate, rysunki: Yutaka Nanten
Jazz i anime równa się „Cowboy Bebop”. To skojarzenia tak silne, że nawet te spośród japońskich animacji, które ściślej do tematyki jazzu nawiązują nie są w stanie przyćmić serialu Shin’ichirō Watanabe. Ścieżka dźwiękowa autorstwa Yōko Kanno, wykonana przez zespół The Seatbelts, do tego stopnia obrosła w dodatku legendą, że wiele wychowanych na niej osób chętnie dzisiaj sięga po ten repertuar i gra go po swojemu. Jak polski saksofonista Marek Pospieszalski, który wykonuje ten kosmiczny jazz wraz ze swoim oktetem EPTA. Co jednak z tej otoczki pozostanie, jeżeli przetłumaczy się działającą na dwa zmysły animację na język komiksu (bo to jeden z tych rzadszych przypadków, kiedy adaptacja przebiegła w drugą stronę)?
Właściwie nic. W liczącej zaledwie trzy tomy serii jedynym wątkiem muzycznym jest kobieta trzymająca gitarę, która – sądząc po kontekście – raczej gra melancholijnego bluesa. Siła skojarzenia jest jedna na tyle wielka, że między szelestami przerzucanych kartek zdają się wybrzmiewać „przeboje” pokroju „Tank!”, „Rush” czy „Too Good Too Bad”. Kto zresztą tego nie usłyszy, raczej nie ma po co sięgać po ten tytuł (o ile w ogóle go znajdzie – nakład wyczerpał się dawno temu). To manga bazująca na sentymencie, skierowana wyłącznie do zagorzałych fanów anime, którym nie będą przeszkadzały krótkie, epizodyczne historyjki o niewielkim ładunku emocjonalnym.
Cowboy Bebop #01
Cowboy Bebop: A New Story / カウボーイビバップ
Było ich czworo i pies, na pokładzie opancerzonego środka lokomocji? Na tym jednak podobieństwa z pewnym znanym serialem się kończą. Członkowie załogi statku kosmicznego Bebop, miast altruizmem, kierują się w życiu jedną prostą zasadą: zyskiem. Możliwie największym. Spike, Jet, Faye i Ed trudnią się zajęciem, wydawałoby się, całkiem intratnym, są mianowicie łowcami głów. Słowem – zarabiają na życie łapaniem przestępców poszukiwanych międzygalaktycznymi listami gończymi. Chociaż… z tym „zarabianiem” różnie bywa. Co i rusz nasi bohaterowie wpadają w iście kosmiczne tarapaty, w których ważniejsze od uzyskania nagrody jest ocalenie własnej skóry. Jakoś jednak udaje się wiązać koniec z końcem i, choć lodówka świeci pustkami (Faye znów przegrała wszystko w kasynie),pieniędzy jakoś starcza na paliwo, potrzebne, by przemierzać przestrzeń kosmiczną w poszukiwaniu nowych głów do złowienia…
Narwaniec, były policjant, hazardzistka-oszustka oraz haker komputerowy płci nie do końca zidentyfikowanej. Załoga Bebopa, z której pies Ein wydaje się być najnormalniejszy (i najinteligentniejszy),podbiła serca widzów na całym świecie dzięki kultowemu serialowi anime studia Bones. Inspirowana tym hitem manga stanowi świetne uzupełnienie przygód szalonej paczki łowców głów. Dla wszystkich galaktycznych kowbojów – i w ogóle dla wszystkich – trzy tomy komedii sensacyjnej z kosmosu!
Statkiem o nazwie Bebop przemierza przestrzeń kosmiczną czwórka Łowców – Spike, Jet, Faye i Ed oraz pies Ein. Przychodzi zlecenie na odnalezienie pewnej osoby, okazuje się ona przebywać w więzieniu. Aby zbliżyć się do celu, Spike zostaje więźniem… Ku jego zaskoczeniu, cel okazuje się być…
Jazz Maynard (Non Stop Comics) / Scenariusz: Raule, rysunki: Roger
Wystarczy rzut oka na łudząco przypominającego Spike’a Spiegela tytułowego bohatera tego hiszpańskiego komiksu i już wiadomo, że Watanabe zainspirował nie tylko kolejne pokolenia muzyków, ale również scenarzystów i rysowników. Raule i Roger w pełni zdawali sobie jednak sprawę z ograniczeń, jakim sprostać musi ich medium w próbach stworzenia zbliżonej aury. Skoro nie mogli posługiwać się dźwiękiem, postanowili uczynić ze swojego protagonisty nie tylko wprawionego zabijakę, ale również zapalonego trębacza, który do rękoczynów jest zmuszony nieszczęśliwymi zrzędzeniami losu, a tak naprawdę marzy o tym, by tylko grać i grać noc w noc.
Przewrotnie właśnie to okazuje się najbardziej interesujące. Sceny akcji narysowano sprawnie i dynamicznie, wątek sensacyjny choć nieszczególnie oryginalny, potrafi zaabsorbować, ale sercem „Jazza Maynarda” jest doskonałe uchwycenie jazzowego stylu życia w jego nieco stereotypowej, ale mamiącej formie. Specyficznego luzu, tendencji do włóczenia się po zadymionych, przepełnionych ludźmi klubach i korzystania z życia bez baczenia na konsekwencje. Romantyzowana wizja, ale bardzo atrakcyjna.
Jazz Maynard #01: Trylogia barcelońska
Jazz Maynard jest dzieckiem biednych ulic Barcelony. Przestępczy półświatek to jego naturalne środowisko. Przed swoim przeznaczeniem próbuje skryć się w Nowym Jorku, ale po dziesięciu latach przeszłość w końcu i tak go dopada. Stare znajomości muszą zostać odnowione. Jazz wraca do pracy jako złodziej i ochroniarz. Już raz udało mu się uciec. Czy dostanie drugą szansę…?
Alack Sinner (Mandioca) / Scenariusz: Carlos Sampayo, rysunki: José Munoz
Do tonu spod znaku „Sin City”, „Parkera” czy „Jazza Maynarda” jak ulał pasuje również opowieść o byłym gliniarzu z Nowego Jorku, obecnym prywatnym detektywie, którą w latach 70. zainicjował argentyński duet Carlos Sampayo i José Munoz. Panowie poznali się dopiero w Hiszpanii, gdzie obydwaj uciekli przed wojskową juntą. Osobiste doświadczenia wywarły na ich wspólną twórczość znaczący wpływ i uwrażliwiły pod kątem społecznym, bo „Alack Sinner” to nie tylko kryminał z nurtu noir, ale również zbiór refleksji na temat korupcji, rasizmu czy nacjonalizmu, a także bezpardonowa krytyka reaganowskich Stanów Zjednoczonych
Jazz do takiego kontekstu pasuje idealnie, ale nie został wszczepiony w sposób zachowawczy. Sampayo jest również krytykiem muzycznym i autorem (wespół z José Munozem) komiksowej biografii Billie Holiday, więc zna się na rzeczy. Potrafi pokazać muzykę, której nie da się usłyszeć. Szczególnie interesującym rozdziałem, odmieniającym charakter komiksu, jest trzeci z pierwszego tomu, „Viet Blues”. To tutaj przemyślenia na tematy polityczne zaczynają podważać gatunkowy schemat. Bohaterem tego fragmentu jest John Smith III, afroamerykański pianista i weteran wojny w Wietnamie, który mierzy się z uzależnieniem od heroiny, bandziorami z Harlemu i dojmującą samotnością. Jego doświadczenia wywierają ogromny wpływ na Sinnera, a odkrywaniu ich towarzyszy jazz i immanentna dla jego pierwotnego kształtu melancholia.
Alack Sinner, tom 01: Wiek niewinności
Alack Sinner: A Era da Inocência
Jedna z najważniejszych historii detektywistycznych w historii komiksu, inspiracja Franka Millera, legendarna seria „Alack Sinner” wreszcie doczeka się polskiego wydania! Były policjant, Alac Sinner, prowadzi nowojorską agencję detektywistyczną, a kolejne sprawy są pretekstem do ukazania zmian społecznych zachodzących w amerykańskiej metropolii.
Nie byłoby „Sin City” i „100 naboi” gdyby Miller i Eduardo Risso nie poznali wcześniej „Alacka Sinnera”! Opowieść o megapolis była tak sugestywna, że przez wiele lat jej czytelnicy wierzyli, że Carlos Sampayo i Jose Muñoz tworzyli ją w Nowym Jorku. Nic bardziej mylnego, wzorem było bowiem argentyńskie Buenos Aires!
Sampayo i Muñoz są wielkimi fanami jazzu, swingu i funky toteż muzyka tamtych czasów wylewa się z kart komiksów.
Mroczny klimat opowiadań wprost genialnie odbija się w ciężkim chiaroscuro rysunków Jose Muñoza (wychowanka Alberto Brecci, Hugo Pratta i asystenta Solano Lopeza!).
Co ciekawe, komiks powstał na zamówienie włoskiego wydawcy i na włoskiej wersji autorzy i redaktorzy dokonywali poprawek przy okazji kolejnych wydań „Alacka Sinnera”. Carlos Sampayo i Jose Muñoz wprawdzie od ponad 40 lat mieszkają w Europie są jednak Argentyńczykami a ich ojczystym językiem jest hiszpański.
Pan naturalny (Kultura Gniewu) / Scenariusz i rysunki: Robert Crumb
Wśród komiksiarzy nie brakuje wielbicieli jazzu, którzy głośno wyrażają swoje opinie na jego temat. Kolejnym jest Robert Crumb – kolekcjoner płyt winylowych, a także muzyk R. Crumb & His Cheap Suit Serenaders. Należy przy tym mieć na uwadze, że również w środowisku jazzowym istnieją silne podziały i antypatie o podłożu niemalże czysto emocjonalnym. Tak jak w świecie komiksu pojawiają się burzliwe dyskusje o wyższości DC Comics nad Marvelem lub odwrotnie, tak też nierzadko zwolennicy wolnej improwizacji i eksperymentów bywają skonfliktowani z osobami preferującymi muzykę big bandów ze złotej ery jazzu, czyli lat 20. ubiegłego stulecia.
Crumb należy do tych drugich, o czym najwyraźniej nie wiedział jego fan, wyjątkowo zasłużony awangardowy saksofonista Mats Gustafsson (lider Fire! Orchestra). W 2014 roku przesłał do Crumba solowy album „Torturing the Saxophone”, a w odpowiedzi przeczytał: „Ja po prostu nie znajduję w tym absolutnie nic fajnego. Nie wiem, co to ma wspólnego z muzyką, którą rozumiem i nie mam pojęcia, co, na Boga, dzieje się w twojej głowie, że chcesz wydawać taki hałas robiony za pomocą instrumentu muzycznego”. Panowie najwyraźniej nie są jednak w złej komitywie, bo dłuższa wypowiedź Crumba, utrzymana w tym samym tonie, trafiła jako swoisty blurb na rewers okładki tegoż albumu. Niewykluczone zresztą, że szwedzki saksofonista spodziewał się podobnej opinii, w końcu gust filadelfijskiego autora jest dobrze znany – preferuje raczej Louisa Armstronga z okresu Hot Five and Hot Seven, Fatsa Wallera czy King Oliver’s Creole Jazz Band, a nie freejazzowe łamanie wszelkich możliwych konwenansów.
W dwóch najsłynniejszych komiksach Crumba jazz właściwie nie jest wymieniany z nazwy, a jednak jego obecność została wyraźnie zaznaczona. Na przykład kot Fritz na paskach z początku lat 60. często przedstawiany był jako karykatura bitnika, a związki przedstawicieli beat generation z bebopem – zwłaszcza z Charliem Parkerem i Dizzy’m Gillespiem – są dobrze udokumentowane. Hedonistyczny, antropomorficzny kocur miał utożsamiać „hep cata”, jak określano wówczas zagorzałych wielbicieli jazzu, co jeszcze bardziej udało się podkreślić w ekranizacji Ralpha Bakshiego (której autor pierwowzoru nie był entuzjastą). Można tutaj usłyszeć między innymi Billie Holiday, Cala Tjadera czy trio Charlesa Earlanda, Melvina Sparksa i Idrisa Muhammada.
Jeszcze więcej odniesień do jazzu skrywa „Pan Naturalny”, który, jako „kosmiczny hepcat”, opowiada się za starą, autentyczną prawdą i sprzeciwia płyciznom współczesnej kultury. Zupełnie jakby to on odpisał na tamtą wiadomość od Matsa Gustafssona. Wprost o swoim przywiązaniu do tradycji daje znać w rozmowie z „najwierniejszym uczniem”, Billym Bobem, któremu z sentymentem opowiada o swoim dawnym zespole. Gdy ten pozostaje niewzruszony na nostalgiczną podróż w przeszłość i zmienia temat, padają gniewne słowa: „Te dzisiejsze dzieciaki! Zero szacunku dla dobrej muzyki… Poddaję się”.
Pan Naturalny odzwierciedla dzisiaj już zapomniany obraz buntowniczego fana jazzu z lat 20., który na starość jest już trochę zgorzkniały i moralnie przegniły, ale z całych sił próbuje pozostać wierny dawnym ideałom. Jazz to w końcu więcej niż tylko muzyka. To bogata, wielowątkowa kultura, którą Crumb celebruje z wielkim sercem i… trochę zbyt ciasną głową.
Pan Naturalny
The Book of Mr. Natural
Pan Naturalny: długobrody starzec odziany w obszerną szatę i wielkie buciory przyszedł na świat w Chicago w 1966 roku. „Pewnego dnia – wspomina Robert Crumb, który przeżywał wówczas okres gorączkowej aktywności twórczej, wywołanej, jak sam utrzymuje, zażyciem kilka miesięcy wcześniej zanieczyszczonego LSD – siedziałem w domu Marty’ego Pahlsa, a radio grało jakiś czarny instrumentalny kawałek w stylu Tamla Motown. Na zakończenie spiker powiedział: »To był Pan Naturalny!«” – i tak właśnie artysta nazwał narysowaną przed chwilą postać leciwego hipisowskiego guru. Publiczność ujrzała po raz pierwszy sławetnego kontrkulturowego bohatera piątego maja 1967 roku w magazynie „Yarrowstalks”, później zaś gościł on przeważnie w redagowanym przez Crumba pisemku „Zap” oraz w zbiorkach komiksów poświęconych własnej osobie.
Na pierwszy rzut oka Pan Naturalny przypomina Boga ze Starego Testamentu albo z rycin Jeana Effela. Jednak tak naprawdę stanowi unikalne połączenie cech wzniosłych z najzupełniej przyziemnymi: ten mędrzec posiadający kosmiczną świadomość i ponadnaturalne moce jest jednocześnie cynicznym wydrwigroszem, oszustem żerującym na naiwności swoich wielbicieli i lubieżnikiem, łasym na wdzięki dziewcząt o szerokich biodrach i wydatnych pośladkach (te upodobania podziela również sam autor komiksu). Oprócz folgowania seksualnym zachciankom lubi też niemiłosiernie drwić ze swoich durnych i pokręconych psychicznie wyznawców. Wzorowany na licznych hinduskich świętych mężach występujących w USA w drugiej połowie lat 60. XX wieku, Pan Naturalny uosabia amerykańską kontrkulturę z jej wszystkimi blaskami i cieniami.
W 1976 roku Crumb, najwyraźniej znudzony już swoim bohaterem, na zakończenie długiego cyklu drukowanego w nowojorskim „Village Voice”, umieścił starca w szpitalu dla obłąkanych. Po jedenastu latach Pan Naturalny opuścił jednak dom wariatów i dalej wiedzie żywot świętego zbereźnika wśród spragnionych duchowego oświecenia wyznawców i obficie obdarowanych przez naturę młodych dam.
Polskim czytelnikom warto przypomnieć, że w naszym kraju Crumb zadebiutował (w „Szpilkach” w 1975 roku) historyjką „Pan Naturalny: 719 medytacja”. W niniejszym tomie zebrano niemal wszystkie ogłoszone drukiem opowieści o obscenicznym mędrcu. Tak obszernej antologii nie opublikowano do tej pory nawet w ojczyźnie autora!
Bitter Root (Shock Comics) / Scenariusz: Chuck Brown, David Walker, rysunki: Sanford Greene
Mimo że silne sceny jazzowe w samych Stanach Zjednoczonych funkcjonują w wielu miastach, w komiksach inspirowanych tą muzyką wydarzenia na ogół zostają osadzone w Nowym Jorku. Nie inaczej jest z „Bitter Root”, ale twórcy postarali się, by ukazać tak zwany „Renesans w Harlemie” z połowy lat 20. poprzedniego stulecia w sposób jak najbardziej wyrazisty i wielobarwny. Taki czas i takie miejsce akcji od razu podpowiadają, że ponownie głównym bohaterem będzie detektyw, a do puli inspiracji konieczne będzie wrzucenia klasyków filmu noir. Nic bardziej mylnego.
Oglądamy ten gorący, emanujący muzyką od pierwszego kadru, świat przez pryzmat rodziny Sangeryenów. Ostatnich członków wiekowego afroamerykańskiego rodu parającego się walką z demonami zwanymi jinoo, w które ludzie zmieniają się wtedy, gdy pochłania ich nienawiść. Jak nie trudno się domyślić, stoi za tym społeczna metafora, a w potworne kreatury przemieniają się biali rasiści. Zwalczani są jednak nie tylko za pomocą kopniaków i pięści, ale również przy użyciu uspokajający ziół. Z jednej strony jest więc symboliczna walka o swoje, z drugiej wola szukania pokojowych rozwiązań.
Wśród dotąd wymienionych komiksów tylko w „Jazzie Maynardzie” twórcy włożyli wysiłek w jak najwierniejsze odtworzenie ducha bezpośredniego spotkania z muzyką w trakcie koncertu. Sanford Greene w „Bitter Root” wykonał równie solidną robotę, a w dodatku sprawnie wplótł elementy horroru. Skojarzenia z filmem „Grzesznicy” Ryana Cooglera nie będą na wyrost, a w dodatku jest szansa, że również tę historię zobaczymy któregoś dnia na ekranach. Legendary Pictures w 2019 roku wykupiło prawa do ekranizacji, ale póki co żadnych informacji na temat rozpoczęcia produkcji nie ma.
Bitter Root #01: Rodzinny interes
Bitter Root vol. 1: Family Business
Kiedyś Sangeryenowie cieszyli się sławą najpotężniejszego rodu łowców potworów wszech czasów. Ich specjalność? Leczenie dusz ludzi zainfekowanych nienawiścią.
Dziś ich epoka powoli odchodzi w niepamięć. Straszna tragedia zabrała większość członków rodziny, a pozostałych przy życiu kuzynów dzielą obrane metody działania. W obliczu zagrożenia w postaci nowego gatunku potworów, grasujących po ulicach Harlemu, rodzina Sangeryenów będzie musiała się zjednoczyć, by je powstrzymać – inaczej będą świadkami upadku rasy ludzkiej, pokonanej przez niewypowiedziane zło.
Błękit w zieleni (Kboom) / Scenariusz: Ram V, rysunki: Anand RK
Bill Evans ukończył komponowanie utworu „Blue in Green” o piątej rano w dniu, w którym wraz z między innymi Milesem Davisem i Johnem Coltranem wszedł do studia, by nagrać jeden z najważniejszych albumów w historii jazzu – „Kind of Blue”. Przez całą noc ogrywał w kółko kilka taktów, wchodząc przy tym w niemal hipnotyczny stan i trudno nie odnieść wrażenia, że komiks zatytułowany na cześć tego utworu próbuje wywołać podobne doznania. Przywołuje specyficzną aurę świtu po nieprzespanej, gorączkowej nocy.
Muzykę zdaje się wybrzmiewać wraz z niemal każdym szelestem przerzucanych stron. Słychać ją, kiedy mijamy próg Becker’s, jednego z tych zadymionych jazzowych klubów, od jakich aż roi się w popkulturze. Albo kiedy Erik, główny bohater, odnajduje w rodzinnym domu swój pierwszy saksofon i zaczyna na nim z czułością grać. Obserwujemy wówczas jego wyginającą się sylwetkę i zbliżenia na detale na kilku małych kadrach ułożonych na tle przypominającym negatyw strony z nutami – zupełnie jakby dźwięk mógł naprawdę przybrać fizyczną postać.
Ze wszystkich jazzowych komiksów w niniejszym zestawieniu narracja jest najbardziej osobista i introspekcyjna właśnie w „Błękicie w zieleni”. Z jednej strony dotyczy bezpośrednio muzyki i emocji, jakie wywołuje, z drugiej odkrywania nieznany dotąd kart z rodzinnej historii, które strona po stronie okazują się coraz bardziej przerażające. Ram V (dzisiaj kojarzony przede wszystkim ze świetnym „Gothamskim Nokturn”, ale po raz pierwszy przedstawiony polskiej publiczności w horrorze o unikalnym spojrzeniu na wampirze archetypy – „Dzikim lądzie”) świetnie wyważył strach przed nadnaturalnym zagrożeniem, kameralnym dramat i hołd złożony muzyce. Zamiast Davisa, dla spotęgowania nastroju warto jednak w trakcie lektury włączyć The Kilimanjaro Darkjazz Ensemble albo Bohren & der Club of Gore.
Błękit w zieleni
Blue in Green
Erik Dieter to muzyk, któremu się nie wiedzie. Gdy wraca do rodzinnego domu na pogrzeb matki, w osobliwych okolicznościach znajduje fotografię nieznanego jazzmana z lat sześćdziesiątych. Próba ustalenia tożsamości tego artysty stanie się obsesją Erika. Jego wiara w rzeczywistość ulegnie osłabieniu, zwłaszcza wtedy, gdy będzie musiał stawić czoło grozie skrytej w jego marzeniach oraz własnej przeszłości.
Wzgórze Apolla (JPFantastica) / Scenariusz i rysunki: Yuki Kodama
„Wzgórze Apolla” z tego względu są jednym z najlepszych komiksów hołdujących jazzowi, że muzyka nie stanowi w nim tła. Nie odpowiada jedynie za budowanie nastroju czy dookreślenie kulturowego kontekstu. Jazz jest w tej historii jednym z głównych tematów, nie dałoby się jej opowiedzieć, gdyby został z niej wycięty. Yuki Kodama strona po stronie dowodzi, że nie tylko ma sporą wiedzę z tej dziedziny, ale również żywi do niej wielką miłość.
Objawia się to na przeróżne sposoby. To może być coś tak drobnego, jak widok rysunku okładki hardbopowego monumentu „Moanin’” Art Blakey and the Jazz Messengers czy okładki „Pithecanthropus Erectus”, debiutu Charlesa Mingusa w roli lidera, albo coś tak znaczącego, jak odzwierciedlenie częstego w życiorysach jazzowych muzyków niezadowolenia z zakuwania nut muzyki poważnej i olśnienie, gdy odkrywają, że mogą zrobić ze swoimi instrumentami znacznie więcej. Tak było z Billem Evansem, Keithem Jarrettem czy Ronem Carterem. Taka jest też historia Kaoru Nishimiego, głównego bohatera tej mangi. Odejście od grania zapisanej muzyki na rzecz improwizacji symbolicznie ukazuje jego osobisty rozwój, przezwyciężenie społecznych lęków i po prostu odnalezienie wolności.
Kto widział wersję anime i poczuł się rozczarowany tempem finału oraz zbyt dużym nagromadzeniem wątków w zbyt krótkim czasie, koniecznie powinien sięgnąć po pierwowzór – Kodama znacznie lepiej panuje nad tempem i dramaturgią, dzięki czemu konkluzja bromansu łączącego Kaoru i Sentaro, traktujących wspólną grę jako sposób na przetrwanie codzienności, jest w pełni satysfakcjonująca.
Wzgórze Apolla #01
Sakamichi no Apollon / 坂道のアポロン
Ze względu na pracę ojca Kaoru Nishimi po raz kolejny zmienia miejsce zamieszkania. Chłopak nigdy nie miał dobrych kontaktów z innymi i to nie tylko z powodu częstych przeprowadzek, ale głównie przez swój charakter. Z początku nic nie zapowiada jakiegokolwiek przełomu, jednakże pewnego dnia Kaoru przypadkiem wpada na owianego złą sławą Sentaro Kawabuchiego i przy okazji poznaje jego przyjaciółkę z dzieciństwa, Ritsuko Mukae. Oboje przyjmują chłopaka bardzo ciepło i wygląda na to, że w końcu uda mu się odnaleźć w nowym miejscu. Tym bardziej, że czeka na niego nowa pasja, której na imię jazz. A wszystko to zaczęło się na Kiusiu w roku 1966.
Jazzowe komiksy, które dotąd nie ukazały się w Polsce
Komiksów, w których można natrafić na choćby śladowe elementy jazzu opublikowano jeszcze mnóstwo. Powstały chociażby komiksowe biografie gigantów jazzu, między innymi „Chasin’ the Bird: Charlie Parker in California”, „Miles Davis and the Search for the Sound” czy „Monk!: Thelonious, Pannonica, and the Friendship Behind a Musical”. Wiele interesujących tytułów ukazało się również w Japonii, na przykład tematycznie podobna do „Wzgórze Apolla” manga „Blue Giant”, którą rozsławiła wersja anime z 2023 roku. Nie doczekaliśmy jeszcze nawet polskiego wydania „Batman: Legends of the Dark Knight: Jazz” z 1995 roku, gdzie Batman poznaje gothamską scenę jazzową i w tajemniczy sposób przywróconego do życia legendarnego muzyka, Blue Byrda.
Co z tego ma największe szanse ukazać się w Polsce, trudno przewidzieć, ale znając sympatię rodzimych wydawców do katalogu Image Comics, nie byłoby zaskoczeniem, gdyby padło na „Deep Cuts” – antologię sześciu historii ukazujących jazz od czasów przed jego komercyjnym sukcesem w latach 20. ubiegłego wieku do końca lat 60. Autorami scenariusza są znany z Radiant Black, Mighty Morphin Power Rangers czy Wiecznego Batmana Kyle Higgins oraz również pracujący przy Radiancie Blacku Joe Clark, a rysunki sporządzili między innymi Danilo Beyruth (Banda dwóch, Venom z linii wydawniczej Marvel Fresh), Ramón K. Pérez (Piaskowa opowieść i szereg tytułów w linii Marvel Now! 2.0) czy Toby Cypress (Predator: Pierwotny gniew / Świadkowie, Omega Men. To już koniec). Sięgnięcie po tytuł stworzony przez takie grono autorów wydaje się bezpiecznym wyborem, ale nie da się ukryć, że jazz i komiks to mezalians bardzo niszowy i na pewno nie stanowi priorytetu dla żadnego z polskich wydawnictw.











