Czasy savoir-vivre minęły i każdy dba o swoje, nie oglądając się na innych – wywiad z Szymonem Holcmanem
8.10.2025 08:00
Z okazji 25-lecia wydawnictwa Kultura Gniewu, które przypada dokładnie dzisiaj, 8 października 2025 r., oddajemy w Wasze ręce przedruk wywiadu Łukasza Mazura z Szymonem Holcmanem, który został przeprowadzony w czerwcu 2025 r., a opublikowany w czwartym numerze ACABa. Dzięki uprzejmości wydawcy wzbogaciliśmy go galerią archiwalnych zdjęć. Za korektę odpowiada Jarosław Ejsymont.
Szymon Holcman to wydawca, redaktor, człowiek kultury, mąż, ojciec trójki dziewczyn, świetny tancerz, gawędziarz, kibic Pogoni Szczecin i fanatyk Arsenalu Londyn, ale także jedna z najbardziej rozpoznawalnych twarzy polskiego komiksu wg magazynu The Times.
A to ledwie kilka ze stu oblicz tego niezwykle szarmanckiego jegomościa, którego większość Komiksowa kojarzy zapewne jako Szymona z Kultury Gniewu. Pomimo tego, że znamy się już jakiś czas i niejedną burzliwą wymianę zdań mamy za sobą, to udało mi się wyciągnąć od niego kilka ciekawych informacji w temacie polskiego rynku czy wydawnictwa, które reprezentuje i które w tym roku obchodzi 25-lecie działalności. Mam nadzieję, że i Ciebie, Czytelniku, ten wywiad zaciekawi tym lub tamtym.
Zapraszam do lektury.
W ostatnim czasie dużo się mówi o kiepskich zarobkach w szeroko pojętej branży twórczej, co zgadza się również z sytuacją autorów w polskim komiksie. Z drugiej strony prężnie rozwija się segment samowydawania i są autorzy, którzy wolą działać wyłącznie w ten sposób. Gdzie w tym wszystkim jest wydawca komiksowy i jakie ma w ręku karty (jeśli nie te pieniężne), które mogą skłonić autora do wydania u niego swojego dzieła?
Z grubej rury zaczynasz. Nie dlatego, że to trudne pytanie, ale dlatego, że można w odpowiedzi napisać cały elaborat. Ale na początek coś uściślijmy ‒ nie mogę wypowiadać się za innych wydawców, nie wiem jak pracują z autorami nad wydawanymi komiksami, mogę tylko mówić w naszym imieniu. A my gramy takimi kartami: dajemy autorom opiekę redakcyjną, nie drukujemy tego co dostaliśmy, tylko wspólnie pracujemy nad ostateczną wersją. Zgłaszamy nasze uwagi, sugerujemy zmiany i poprawki. To jest twórczy dialog, w którego trakcie „wykuwa” się komiks w wersji, w której trafi do rąk czytelników. Po tym pierwszym etapie następuje jeszcze redakcja językowa, z dwie korekty, profesjonalny skład (w tym często propozycja projektu publikacji, bo to dwie różne rzeczy), generalnie uważna opieka na tym etapie preprodukcji. Który jest dla mnie osobiście jednym z najważniejszych. Potem oczywiście druk, który dzięki naszemu doświadczeniu wychodzi chyba całkiem nieźle, i dystrybucja. Pracujemy z kilkoma dużymi i mniejszymi hurtowniami, dzięki czemu wydawane przez nas komiksy są dostępne dla każdego podmiotu na dystrybucyjnym rynku, który tylko chciałby je mieć. Czy chce, to już jest zupełnie inna sprawa i temat na kolejny elaborat. No i na koniec promocja.
Obficie wysyłamy egzemplarze recenzenckie, bo uważamy, że najlepszą reklamą wydawanych przez nas komiksów są one same. Staramy się przekonać dziennikarzy, czy szerzej piszących o komiksach, książkach, filmach, generalnie o popkulturze, żeby o nich wspomnieli, żeby chcieli porozmawiać z autorką/autorem. Organizujemy spotkania premierowe, jesteśmy na komiksowych i nie tylko imprezach. W skrócie ‒ staramy się zapewnić dziełom i ich twórcom jak najlepszą ekspozycję tak, żeby maksymalnie dużo osób miało szansę o nich usłyszeć i zechcieć je przeczytać. Wszystko to na dość trudnym, płytkim rynku, gdzie konkurujemy nie tylko z innymi wydawcami komiksów, ale z „dostawcami” wszelkiej kulturalnej treści. Bo od zawsze chcemy z naszymi komiksami trafiać jak najszerzej, a nie tylko do fanów komiksów.

Ajjj, nie spodziewałem się, że tak szybko wejdziesz w rolę PR-owca Kultury Gniewu. Natomiast wrócę do kwestii finansowej ‒ czy widzisz szansę na to, aby kasa dla twórców komiksowych z ich dzieł mogła być lepsza, czy to co jest obecnie na rynku (plus minus), to max tego co autor może dostać i nie ma co walczyć z wiatrakami?
Skąd takie zaskoczenie? Oraz jakie szybko? Przecież ja zajmuję się PR-em w KG od samego początku mojej obecności w wydawnictwie, czyli jakieś 21 lat! Jest natomiast różnica między PR-em opierającym się na uwypuklaniu faktycznych zalet „produktu”, a sprzedawaniem ordynarnej ściemy. To drugie ma strasznie krótkie nogi, a KG jest na rynku od 25 lat.
Co do finansów: wiem, że to ta kwestia, która rozpala emocje najbardziej, ale powiem coś, być może brutalnego ‒ robiąc w komiksach, robimy w kulturze, a w kulturze w tym kraju bieda aż piszczy. Odsyłam do rozmaitych rozmów z pisarzami, poetami, przedstawicielami teatrów, domów kultury, niezależnych księgarni i kin studyjnych, do raportów z czytelnictwa i uczestnictwa w kulturze. Sukces finansowy odnosi w kulturze garstka, spora część żyje skromnie „od pierwszego do pierwszego”, reszta zasila rosnącą ilość prekariuszy, którzy nie wiedzą, co będzie za miesiąc czy dwa.
Ktoś może powiedzieć: a film? A gry wideo? Fakt, tam pieniądze są większe, co nie znaczy, że obie branże nie zmagają się ze swoimi problemami, które czasem również przebijają się do mainstreamowego obiegu informacji. Warto też zauważyć, że są to również branże, które często dają komiksiarzom pracę dużo lepiej wynagradzaną niż publikacja komiksowych albumów. I dla filmu i dla gier pracują komiksowi scenarzyści i rysownicy. I choć robią inne rzeczy niż w komiksie, to korzystają z umiejętności, które doskonalili robiąc komiksy, w których z kolei znaleźli się z czystej miłości do tego medium.
A ktoś inny może zapytać: a co z wami, wydawcami? Tu odpowiedź jest w sumie prosta. Kultura Gniewu istnieje 25 lat, a zajmujemy się pracą głównie w wydawnictwie od bodaj siedmiu. I żeby tak mogło być, musimy publikować rocznie te 35+ tytułów, bo taka ilość jest w stanie wygenerować obrót pozwalający nam się utrzymać. Super byłoby wydawać np. osiem i przez resztę czasu pić zimne drinki nad basenem, albo doglądać budowy willi w Konstancinie, ale to niestety baaaaaaaardzo mało prawdopodobne.
Komiks, niestety, nie ma wielkich szans przebić szklanego sufitu, jaki wisi nad nim obecnie w Polsce (poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, o których tu już nie będę wspominał). Możemy dokonywać promocyjnych cudów, mogą nasze tytuły dostawać prestiżowe nagrody, a i tak nie podniesie to sprzedaży do poziomu umożliwiającego autorom utrzymania się z tego. Dość powiedzieć, że nagrodzony Paszportem Polityki, jako pierwszy komiks w historii, Festiwal Jacka Świdzińskiego sprzedał się w 4000 egzemplarzy. Od znajomych z branży książkowej wiem, że sprzedaż książki nagrodzonej tym samym wyróżnieniem to przynajmniej 10 000. Ale oczywiście możliwe, że to my robimy coś źle.
Mamy świadomość tego, jak wysokość wynagrodzenia za publikację komiksów przy ich obecnych nakładach jest niewspółmierna do pracy, która została włożona w ich powstanie. Oprócz oczywiście ciągłej walki o jak najlepszą sprzedaż robimy jeszcze inne rzeczy.
To znaczy: płacimy za 100% nakładu z góry. Autorów nie musi interesować, jak komiks się sprzedaje, ile rozdaliśmy egzemplarzy recenzenckich, ile egzemplarzy zostało uszkodzonych itp. Zgodnie z umowami, jakie podpisują z nami autorzy, wszelkie prawa do ich twórczości zostają przy nich. Więc przy ewentualnej sprzedaży opcji na ekranizację pieniądze trafiają do autorów w 100%.
Jeśli chodzi o tego PR-owca, to widać błędnie założyłem, że na początku pogadamy sobie jak ‒ hmmm ‒ obserwatorzy tego co dzieje się w Polsce z komiksem, a Ty tutaj bez żadnej gry wstępnej, tylko od razu konkret. Ale okej! Zostańmy na chwilę jeszcze przy sytuacji na rynku wydawniczym ‒ na panelu wydawców podczas ubiegłorocznej edycji Komiksowej Warszawy byłeś tym, który włożył kij w mrowisko i powiedział, że jest dość nieciekawie. Mówiłeś np. o wysokich spadkach w segmencie tytułów dla dzieciaków, coraz krótszym cyklu życia produktu jakim jest komiks, czy o konieczności rozmów między wydawcami co z tym dalej zrobić. Jak to wszystko zmieniło się w ciągu minionych dwunastu miesięcy?
Wszystko prawda, tak mówiłem. I nie dlatego, żeby w sztuczny sposób podnieść temperaturę dyskusji, tylko dlatego, że takie zmiany wtedy obserwowałem. Czy coś się od tego czasu zmieniło? Jeśli chodzi o rynek, to poza kilkoma aferami ‒ Legimi, Chłopki ‒ raczej niewiele. Życie komiksów jest coraz krótsze, bo tytułów coraz więcej i kolejne nowości coraz szybciej wypierają z przestrzeni nowości poprzednie. Co naturalnie wpływa na sprzedaż, rozpoznawalność tytułów etc. Natomiast my postanowiliśmy wprowadzić zmiany, by przeciwdziałać tym niekorzystnym z naszego punktu widzenia zjawiskom ‒ zatrudniliśmy osoby do promocji i cały czas szukamy nowych sposobów na to, by o naszych tytułach było „głośno”. Wykupujemy płatne reklamy w mediach społecznościowych, jesteśmy jeszcze aktywniejsi jeśli chodzi o kontakt z instagramerami i wysyłkę egzemplarzy recenzenckich, robimy zwiastuny do komiksów… To też częściowo odpowiedź na Twoje pierwsze pytanie.
Te zmiany widać i chwała za to, bo pomimo tego, że są to klasyczne formy promocji, to w dużej mierze wydawcy komiksowi nie robią czy tego, czy nawet jakiegoś podstawowego minimum. Natomiast czy Wasze wzmożone działania promocyjne przekładają się na sprzedaż? Czy macie narzędzia do tego, aby mierzyć, które z tych form promocji działają lepiej, gorzej lub wcale?
Tak, są to klasyczne formy promocji, na które trzeba wygospodarować środki i moce przerobowe. Był to dla nas niejaki problem w ilości bieżączki, którą generuje wydawnictwo, stąd pojawiła się potrzeba nowych rąk na pokładzie. Natomiast z działaniami promocyjnymi jest tak, że jak działają w przypadku jednego tytułu, to w przypadku innego już nie bardzo. I rzadko kiedy ma się choćby przypuszczenia dlaczego tak się stało (taki Yorgi na przykład, jedna z naszych wtop, miał spoty reklamowe przed seansami w Cinema City). To ciągłe próbowanie w nadziei, że zaskoczy. Mamy narzędzia i osoby, które są w stanie zanalizować dane pozyskiwane za ich pomocą, ale na moje ‒ to trochę wróżenie z kuli.
A kiedy patrzysz na konkurencję (wydawnictwa komiksowe), to czy widzisz tam sposoby działania/formy promocji, które chciałbyś przenieść na grunt KG?
Szczerze, to nie. Wszyscy obracamy się wokół podobnych schematów, a większość nie sięga nawet po te podstawowe (wysyłka egzemplarzy recenzenckich, intensywna obecność w social mediach etc.), co trochę mnie dziwi. Bardziej przyglądam się wydawnictwom książkowym, dystrybutorom filmowym, czy organizatorom festiwali. Pojawiają się tam ciekawe pomysły, choć z ich przełożeniem na działania wydawnicze ‒ a szczególnie budżet promocyjny, jakim dysponujemy ‒ nie jest już tak łatwo.
Ze schematów wybija się Studio Lain, które co chwila wyprzedaje nakłady w dniu premiery. W porównaniu z Waszymi tytułami są to oczywiście dwie kompletnie różne oferty, ale czy sytuacja, w której jeden wydawca w kilka chwil wyciąga z portfeli czytelników kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy złotych ma jakiś większy wpływ na szeroko pojęty rynek? Czy jako wydawnictwo czujecie, że ma to na Was wpływ?
Jako fan komiksów wszelakich oczywiście obserwuję to, co robi Studio Lain, ale ich filozofia wydawania jest zupełnie inna niż nasza ‒ limitowane, drogie wydania, skierowane do die hard fanów pewnego określonego rodzaju komiksu. My od zawsze chcieliśmy wychodzić z komisami z „getta”. No i z tym wyprzedawaniem się na pniu to różnie bywa, o czym Arek Dzierżawski stojący za SL mówił w niedawnym wywiadzie dla Komiksopedii. Natomiast przy okazji powiem, że ruchu z komiksami ze świata Spawna gratuluję. Ja jako czytelnik ‒ a wydawca to już w ogóle ‒ obchodzę je szerokim łukiem, ale dziwię się, że kilku innych wydawców wydających podobne klimaty nie pochyliło się nad tym tytułem lata temu. Wracając do Twojego pytania ‒ przez to, że oferta SL jest tak różna od naszej, to nie czujemy, że ma to wpływ na naszą sprzedaż.
Chciałbym wrócić do Twojej pierwszej wypowiedzi i fragmentu o obficie wysyłanych przez KG egzemplarzach recenzenckich. Co trzeba zrobić, żeby je od Was otrzymać i na co zwracacie uwagę przy podejmowaniu tego typu współpracy?
Mamy grupę recenzentów, z którymi współpracujemy od lat i tę współpracę sobie chwalimy. Robimy też intensywny research ‒ szczególnie na instagramie ‒ blogerów, pod konkretne komiksy. Np. wysyłamy teraz Fadiego do osób, które piszą generalnie o Bliskim Wschodzie w różnych kontekstach. Ta partia wysyłek różni się w zależności od tytułu. Dostajemy też mnóstwo zapytań o współpracę i wtedy Dominika, nasza specjalistka od mediów społecznościowych (w dużym uproszczeniu), analizuje, czy taka współpraca ma z naszego punktu widzenia sens. I nie chodzi tylko o zasięgi, ale też o to jak pokazywane są komiksy, jak się o nich pisze.
Oczywiście po wysłaniu egzemplarza nie wtrącamy się w treść recenzji czy opinii, nie obrażamy się etc. Wierzymy, że wydawane przez nas komiksy same się obronią.
Okej, ale widzisz ‒ Wasze recenzenckie trafiają też do twórców, którzy kompletnie nie potrafią powiedzieć nic ciekawego, ani zaprezentować albumu w interesujący sposób i nawet tych zasięgów nie mają odpowiednio wielkich, jakie (jak na moje) wypadałoby mieć wchodząc we współpracę z wydawnictwem takim jak Wasze. Czy to nie jest przykładanie swojej pieczątki do i tak słabego poziomu komiksowej publicystyki w Internecie?
Gdybyśmy mieli wysyłać recenzenckie tylko osobom, które potem dostarczą tekst, który nam się podoba (i nie chodzi o pozytywną ocenę komiksu), to wysyłalibyśmy zaledwie kilka egzemplarzy. Ja mam dość wysokie wymagania w tej materii. Ale nie bardzo chcę się bawić w recenzowanie recenzentów. Niech tym zajmują się odbiorcy, wierzę, że to jedyna miarodajna ocena ich działań. A ci recenzenci, których robota Ci się nie podoba, mają swoich odbiorców, którzy za coś ich tam lubią i ufają ich ocenom. Naprawdę nic mi do tego.
Nie oglądam też YouTube’a, jestem już stary, to nie moja forma ekspresji, żal mi czasu (bo czytam szybko, a oglądanie zajmuje więcej czasu), a nie potrafię włączać jakiegoś materiału na YT i słuchać go w tle, za bardzo mnie rozprasza. Ale to nie znaczy, że mamy nie pracować z jutuberami!
Kończąc segment związany z naszym rynkiem komiksowym ‒ pod względem ilości i jakości wydawanych tytułów jest aż za dobrze, natomiast mam wrażenie ‒ i kiedy trzeba, staram się o tym pisać ‒ w wielu innych obszarach jest jeszcze dużo do zrobienia, aby było po prostu okej. Gdzie Ty, wieloletni wydawca i użytkownik tego rynku, widzisz obszary, w których jest największa praca do wykonania?
Kolejne mocne pytanie. Zacznę tak ‒ podstawowym problemem polskiego rynku komiksowego jest to, że jest to rynek… amatorski. I mam tu na myśli oba znaczenia tego słowa. Zarówno amator jako pasjonat i miłośnik (to przynosi dużo pozytywów), ale i amator jako nieprofesjonalista (a to z kolei jest źródłem wielu problemów). Nasz rynek wziął się z pierwszej postawy, ale niestety bardzo często w niej pozostał. Amator dalej jest amatorem. Dlatego często skład komiksów wygląda jak wygląda (choć coraz rzadziej), podobnie redakcja (jeśli w ogóle wydawca ma świadomość jej konieczności), czy korekta. Dlatego festiwale ‒ w tym te największe, a może one przede wszystkim ‒ wyglądają jak wyglądają. Brakuje profesjonalizacji, która oznacza, że kończymy działać na amatorskiej zajawce i zaczynamy wprowadzać na każdym etapie profesjonalne procedury. Procedurą jest też na przykład kontakt z klientem (czytelnikiem, czy uczestnikiem imprez), który wymaga klarowności, a nie chowania głowy w piasek, albo strzelania focha. Przejście na profesjonalizm to na przykład decyzja o współpracy z profesjonalnym tłumaczem/tłumaczką, a nie kuzynem, koleżanką, ciocią, która przecież napisała z angielskiego maturę na pięć. Profesjonalizm to na przykład świadomość, że nie jest się redaktorem językowym/korektorem z odpowiednim wykształceniem i po kursach, i może warto tę działkę odpuścić dla dobra czytelnika. I tak dalej.
Oczywiście można zadać sobie pytanie, gdzie jest ta granica dzieląca amatora od profesjonalisty? Szkoły, kursy, wykształcenie, potrafią być pomocne w jej wytyczaniu. Podobnie doświadczenie, choć warto zwrócić uwagę, czy osoba z bogatym CV uczy się na własnych błędach i na przykład w kolejnym roku plansze na wystawę przylepia solidniej niż rok wcześniej. Ja na przykład ciągle czuję się amatorem, bo przecież żadnego profesjonalnego kursu redakcji komiksów nie ukończyłem.
No tak, ale skoro komiksy się nieźle sprzedają, skoro ludzie i tak przyjeżdżają na festiwale, to nie ma tego bodźca, który sprawiłby, że dana osoba albo sama będzie miała przymus wskoczenia level wyżej, albo oddała swoją działkę profesjonalistom. Przykład niedawny: „Robimy to społecznie, pro publico bono, próbując pogodzić zawodowe i rodzinne obowiązki z pasją do komiksów. Co nie zawsze jest proste.” ‒ tak tłumaczyli się w tym roku organizatorzy Komiksowej Warszawy, kiedy zarzucono im kiepską organizację na kilka chwil przed festiwalem. Co musi się stać, żeby to podejście się zmieniło? Większa krytyka?
Pojęcia nie mam. To jest też kwestia tego, jak ktoś jest nieprzemakalny na krytykę, czy w ogóle uwagi, które przecież mogą zostać wypowiedziane w życzliwym tonie. Biorąc jednak pod uwagę, że profesjonalizacja to proces rozciągnięty w czasie, to liczę na kolejne pokolenia. My jesteśmy na swój sposób straceni, szczególnie, że im człowiek starszy, tym chętniej podąża utartymi ścieżkami, a koleiny w mózgu są głęboko wyżłobione.
A jak wypadła sama Komiksowa Warszawa 2025 z perspektywy wydawcy, który cztery dni musiał walczyć z nieciekawymi warunkami pogodowymi?
Wypadła zaskakująco dobrze! Autorzy dzielnie dawali radę w obliczu niesprzyjającej aury, czytelnicy też się stawili. Pod tym względem wszystko zagrało bardzo fajnie. I gdyby nie ta kapryśna pogoda, gdyby nie fatalne miejsce, jakie łaskawie dostaliśmy od organizatorów i gdybyśmy wzięli trochę więcej Będziesz smażyć się w piekle Prosiaka, Medium i jeszcze kilka innych tytułów, to byłaby to pod względem obrotów rekordowa Komiksowa Warszawa.
Przejdźmy do tego, co będzie jeszcze miało miejsce w tym roku: 25 lat Kultury Gniewu to piękny kawał historii komiksu w Polsce. Wasze jubileusze zawsze były wydarzeniem, więc zdradź proszę, co planujecie w tym temacie na swoje ćwierćwiecze.
Czy piękny, to już to historia oceni. W końcu wydawcy są pasożytami na tym rynku i może bez nich byłoby jeszcze piękniej. Świętowanie jubileuszu w zasadzie już zaczęliśmy. W kwietniu ukazał się pierwszy komiks z logo 25 LAT KG – Łauma Karola Kalinowskiego ‒ który rozpoczął serię nowych wydań tytułów, które wydają się nam współczesną klasyką. Jeśli nie komiksu w Polsce, to naszą, kulturogniewową. Kolejnymi tytułami z tym logo są Będziesz smażyć się w piekle Prosiaka, A niech cię, Tesla Jacka Świdzińskiego, czy Piękna ciemność Fabiena Vehlmanna i Kerascoet. W przygotowaniu następne. Poza tym szykujemy kilka atrakcji, które są na różnym etapie zaawansowania. Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, ale pracujemy nad wystawą, specjalnym wydawnictwem, jubileuszowymi gadżetami, imprezą.
Ale po co ta skromność z początku odpowiedzi!? W czasach, gdzie nie mieliście za bardzo konkurencji, wyrobiliście sobie świetną pozycję wydawcy, którego komiksy warto (lub nawet trzeba) znać. A już w czasach, gdzie ta konkurencja jest spora, to nadal jesteście pozycjonowani bardzo wysoko w rankingu wydawców. Macie tego świadomość i czy towarzyszy Wam ona na co dzień? Czy z wielką mocą, idzie wielka odpowiedzialność?
Skromność nie pozwala osiąść na laurach. I mówię to całkowicie serio. Czy mamy świadomość, że jesteśmy „pozycjonowani bardzo wysoko”? Nie bardzo. Myślimy o sobie, że jesteśmy po prostu jednym z wielu wydawców na naszym rynku. Więc ani nie czujemy się szczególnie uposażeni w moc, ani nie wydaje nam się, żeby akurat nam ktoś miał bardziej patrzeć na ręce. Staramy się po prostu każdego dnia robić swoją robotę najlepiej jak umiemy, wyciągać wnioski z porażek i nie rozpływać się nad sukcesami. Zresztą, jakie to znowu sukcesy? Ja w ogóle mam taką naturę, że tzw. osiągnięć nie pamiętam, natomiast porażki… O, te mają w mojej głowie ekskluzywny apartament.
Skoro już wystawiłeś do pustej… Jakie są Twoje TOP 3 niepowodzenia, które miały miejsce podczas 25 lat działania KG i które do dzisiaj są zadrą w serduszku?
Tylko trzy?! Mogę co najwyżej wymienić trzy, które pierwsze przychodzą mi na myśl, czyli są wierzchołkiem góry lodowej moich zawodowych porażek.
1. Andzia Trusta. To ja łaziłem wokół tej książki przez lata i rozmawiałem ze spadkobiercami Piotra Mańkowskiego, autora wierszyków stanowiących punkt wyjścia grafik Truścińskiego. I to my powinniśmy Andzię wydać, ale ze względu na wewnętrzne rozbieżności zdań do tego nie doszło. Boli mnie to cały czas, napisałem nawet do Przemka wiadomość w okolicach premiery książki, że to moja największa zawodowa porażka.
2. Jimmy Corrigan Chrisa Ware’a. Mieliśmy kontrakt na ten tytuł. Kontrakt, w którym znalazła się zła kwota zaliczki ‒ była o 500$ wyższa niż umówiona. Poprosiłem o korektę i… kontakt się urwał. Kiedy w agencji obsługującej ten tytuł zmieniła się osoba kontaktowa, wróciłem do sprawy i okazało się, że skoro nasza umowa wygasła, to podpisano ją z innym polskim wydawcą.
3. Futuro Darko Krzysztofa Nowaka. Uwielbiam ten komiks, marzyłem, żeby go wydać i wydawało mi się, że jesteśmy po bardzo pozytywnych rozmowach z autorem. Ale wtedy pojawiło się Nagle i roztoczyło wizję współpracy z CDPR (jeden z udziałowców Nagle jest tam wysoko postawiony) i przepadło. Bardzo żałuję.
A to tylko trzy pierwsze z brzegu.
A już myślałem, że będzie w tej trójce Blast Larceneta! Wymieniasz same niewydane komiksy, natomiast czy jest coś innego związanego z działalnością KG co nie doszło do skutku, a zapowiadało się wspaniale? Albo właśnie doszło i było niewypałem?
Blasta w tej trójce nie wymieniłem, bo nie miałem aż takiej jazdy na niego. Ale znalazłby się pewnie w trzeciej, albo czwartej dziesiątce porażek i niepowodzeń. Gdzieś w okolicy Ciemności Huberta, ale dużo niżej niż Persepolis Satrapi. Nie doszedł do skutku np. Scott Pilgrim. Też mieliśmy podpisaną umowę, ale wtedy wydarzyła się mocno słaba akcja z hurtownią, która wstawiała nasze rzeczy do Empiku. Po prostu przestali płacić, co uczyniło dalszą współpracę niemożliwą (wygraliśmy zresztą proces z nimi, razem z odsetkami wiszą nam 200 tyś., których nigdy nie udało się odzyskać, tak się zabezpieczyli przed egzekucją komorniczą). A nie wyobrażaliśmy sobie wtedy dystrybucji tego tytułu bez Empiku. Dzielny Kosmatek to jeszcze inny przykład. Fakt, mieliśmy duże oczekiwania wobec tej serii, którą uwielbiam, którą uwielbia masa znanych mi dzieciaków, dla których przywożę cały czas nowe tomy z Francji. Ale nie wypaliło. Dlaczego? Pewnie my coś źle zrobiliśmy, ale też wydaje mi się, że komiks bez słów dla dzieci w naszym kraju to jest wyższa szkoła jazdy. Bo zmuszamy rodziców do tego, żeby przynajmniej przy pierwszych wspólnych lekturach opowiadali dzieciom swoimi słowami, co się dzieje na kadrach. To wymaga pewnych umiejętności językowych, wyobraźni itp.
To od razu na drugą nóżkę poproszę o Twoje wskazania, jeśli chodzi o największe sukcesy Kultury Gniewu. I nie trzy, a pięć!
Ciężary, kurde, ciężary… Ale spróbujmy.
KG od samego początku stawiała na polskich autorów. I przez 25 lat nic się nie zmieniło. Nasi rodzimi twórcy mają u nas najwyższy priorytet. To oczywiście sukcesem nie jest. Ale już to, że konsekwencja w stawianiu na Polaków i powolne, ale chwilami skuteczne, przebijanie się z nimi poza komiksowe getto ‒ kiedy największy i najbogatszy polski wydawca w ogóle się do tego nie kwapił ‒ sprawiły, że dzisiaj wszyscy wydawcy chcą mieć polskie komiksy w ofercie ‒ już tak. Uważam to za jeden z największych „wkładów” KG w rodzimy rynek komiksowy.
Krótkie Gatki ‒ to już 12 lat mija od startu imprintu ze współczesnymi komiksami dla młodych czytelników i nie zwalniamy. Uruchomiliśmy go zanim jeszcze ruszył w Egmoncie konkurs im. Janusza Christy, który jest super inicjatywą. Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy uznali, że pora wychowywać nowe pokolenia fanów komiksu na nowych komiksach, a nie wiecznie żywej PRL-owskiej klasyce (która zestarzała się różnie). Od tamtej pory udało się dotrzeć do zupełnie nowych odbiorców z komiksami Tomka Samojlika, z Detektywem Misiem Zbysiem (ekipy Nowacki, Jasiński, Kaczkowski, Rybarczyk), przywrócić do życia Tymka i Mistrza Leśniaka/Skarżyckiego i wydać kilkadziesiąt innych świetnych pozycji z kraju i świata.
Co jeszcze… Chyba to, że KG jest rozpoznawalnym, wyrazistym wydawnictwem. Marką, jak powiedzieliby spece od marketingu. Marką, której ufa pewien rodzaj odbiorcy kultury, bo nie tylko komiksów. Ufa naszym wyborom, ufa jakości publikacji. Każdego dnia pracujemy nad tym, żeby tego zaufania nie zawieść.
No i na koniec ‒ to, że w ogóle te 25 lat przetrwaliśmy i się nie pozabijaliśmy, to jest nie lada sukces.
Oby i kolejne ćwierćwiecze przebiegało u Was bez uszczerbku na zdrowiu. Wspomniałeś o Krótkich Gatkach, które kierowane są do młodego czytelnika. Do tego wydajecie dużo polskich produkcji ‒ dla fanów klasyki i tych szukających nowych doznań w polskim komiksie; dużo zagranicznych ‒ i tutaj w ostatnich latach sporo produkcji spod znaku LGBT. Czy widzisz jakiś jeszcze niezagospodarowany obszar, gdzie moglibyście „złapać” nowych czytelników?
Zupełnie nie myślę o „obszarach niezagospodarowanych”. Myślę o tym, co mnie zachwyciło i czym chciałbym się podzielić z polskim czytelnikiem.
Wiem, że to podejście mało „rynkowe”, ale najpierw jest zachwyt, a potem szukanie sposobów i pomysłów co zrobić, żeby udzielił się też innym. A to co mnie ostatnio kręci, to komiks, powiedzmy, „poszukujący”. Czyli bawiący się formą, szukający w tym mocno już skonwencjonalizowanym języku nowych sposobów ekspresji, nowych form narracji, nowego podejścia do rysunku, dymków, kadrów… Bardzo chciałem uruchomić w KG nową linię wydawniczą właśnie z takimi tytułami, ale jakoś miałem problem z przekonaniem do niej Jarka i Pawła. Mój pomysł na promocję i dystrybucję tych tytułów, która miała się różnić od tego, co robimy na co dzień, jakoś nie był dla nich zrozumiały, więc się poddałem. Nie zdradzę tytułów, które miały się w tym imprincie znaleźć, bo może jeszcze zrobimy je po prostu jako KG, ale Dum-dum Łukasza Wojciechowskiego, który wydajemy w czerwcu, tam by się znalazł.
Wątek Waszej współpracy jest ciekawy, więc podrążę ‒ jakie zasady panują w KG, jeśli chodzi o podejmowanie decyzji co do wydania nowego tytułu? Musicie się zgodzić na niego wszyscy, czy wystarczy „tak” dwóch z trzech osób?
Zasady są proste od lat: przynajmniej dwa głosy za ‒ robimy; dwa głosy przeciw ‒ nie robimy. Tylko że ostatnimi czasy nie słyszę za bardzo głosów przeciw. I przyznam, że nie jest to komfortowa sytuacja, bo czuję, że cała odpowiedzialność spoczywa na mnie, bo to ja przynoszę jakieś 90% propozycji komiksów do wydania. Stąd coraz częściej sam sobie muszę przedstawiać argumenty przeciw, żeby nie wydawać wszystkiego, co mi się spodoba.
Ale posiłkuję się wtedy głosem Karoliny Gębskiej (sekretarzyni redakcji), która czyta wszystkie komiksy zgłaszane do wydania, ma bardzo trzeźwe uwagi i jest dla komiksów surowsza niż ja (ewidentnie się starzeję). Co więcej ‒ w przypadku komiksów, które są o bohaterach młodszych ode mnie o np. 20 lat, albo ich autorzy są o te ponad 20 lat młodsi, daję je do czytania mojej najstarszej córce. Ta to dopiero jest surowa! Bardzo mi te dyskusje z nimi o komiksach pomagają.
Jak teraz młodzież starsza i młodsza konsumuje kulturę? Coś Cię zaskakuje w rzeczach, którymi się jarają? Łatwo jest ich namówić do komiksów?
Czy łatwo ich namówić do komiksów? To nie jest szczególnie dobre pytanie akurat do mnie, bo moja domowa młodzież wychowywała się z komiksami wszędzie dookoła i dla niej to coś absolutnie naturalnego. Czytają więc często i bardzo chętnie. Wciągają też mnóstwo seriali, filmów, książek rozmaitych. O słuchaniu muzyki nawet nie wspominam. Jak porównuję siebie w ich wieku do nich, to wygląda to bardzo podobnie, jedyną różnicą jest dostępność tej kultury. Myśmy mieli ją mocno reglamentowaną, one zupełnie nie. Czy coś mnie zaskakuje w ich wyborach? Totalnie nie.
Wrócę jeszcze do tych wspomnianych przez Ciebie komiksów „poszukujących”, bo jest to coś, co od paru lat znajduję u innych wydawców, a nie w KG, jak to było przez lata. Dawno temu Wasze wydawnictwo otwierało mi głowę na rzeczy nowe i ciekawe, natomiast od jakiegoś czasu wydaje mi się, że okopaliście się na dość wygodnej pozycji kultowego wydawnictwa i wydajecie bardzo bezpieczne tytuły. Jak dużo dawnego punku i gniewu jest jeszcze w Kulturze Gniewu?
Hmmm… To najpierw podaj mi te tytuły z innych wydawnictw.
Promienie Xi Zavki czy SPA Svetofta, twórczość Jasona i pewnie z połowa tytułów Mandioki. To są tytuły, które dają mi te emocje, które kiedyś dawało Wasze Bez komentarza Ivana Bruna, 5 to liczba doskonała Igorta czy rzeczy Thomasa Otta.
Ok, rozumiem. Ale trudno mi dyskutować z Twoimi osobistymi preferencjami czytelniczymi. Takie SPA na przykład nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Tak, bardzo ciekawy, charakterystyczny rysownik, ale czegoś mi zabrakło, żeby podjąć decyzję ‒ robimy. Właśnie ukazał się w Szwecji jego nowy komiks, bardzo jestem go ciekawy. Mandioca ‒ wrócę do Twojego pytania o Blasta. Śmiem twierdzić, że ten Blast, i w ogóle Larcenet, jest w Mandioce z bardzo prozaicznego powodu. Otóż doskonale pamiętam to popołudnie naście lat temu, jak spotkaliśmy się z chłopakami w Regeneracji na kolejnym redakcyjnym zebraniu i w podnieceniu wyjąłem z torby amerykańskie wydanie Codziennej walki, którą właśnie przeczytałem i byłem zachwycony. I może to naprawdę parszywa jakość tego wydania z NBM, albo nie dość entuzjastycznie ten tytuł zaprezentowałem wspólnikom, ale wtedy powiedzieli nie, nie robimy. Takie właśnie drobiazgi decydują o przyszłości. Wiem, że brzmię trochę jak późny Arsene Wenger, który chciał do Arsenalu sprowadzić wszystkich najlepszych piłkarzy, ale ja mu wierzę. Lubię to co i jak robi Bartek Rabij w Mandioce. Poza Larcenetem żałuję Nieba w głowie (był szybszy), czy Alacka Sinnera (którego przywiozłem z jednej z pierwszych wypraw do Angouleme 20 lat temu, ale też nie mogłem przekonać wspólników). Wiele innych tytułów rozważaliśmy, ale coś nie pykło. W przypadku Ultradźwięków i Corneliusa był zwyczajnie szybszy. Bo też nie można wydać wszystkiego co ciekawe, wartościowe itp. Im szybciej się człowiek z tym pogodzi, tym dla niego lepiej.
Ale wracając do Twojego pytania ‒ cały czas wydajemy ciekawe, otwierające głowę tytuły. Dla mnie to np. twórczość Piotra Marca, Jacka Świdzińskiego, Nicka Drnaso, Charlesa Burnsa, czy Clowesa, Kaczki Beaton, Arab przyszłości Sattoufa, Celestia Fiore’a, Fungae Leśniaka i Wawszczyka, Pan Żarówka tego drugiego, Męska skóra Zanzima i Huberta i jeszcze trochę innych. A za chwilę premiery Mlecznej drogi Miguela Vili i Dum-dum Łukasza Wojciechowskiego.
Zavki natomiast cholernie żałuję, powinniśmy byli wydać ten komiks. Ale kiedy przysłała go do nas, ja byłem świeżo po śmierci taty, w złym stanie psychicznym, z zerową zdolnością skupienia się na lekturze. Zaczynałem Promienie… sam nie wiem ile razy, dochodziłem do 50 strony i się wyłączałem. Tak czasami bywa.
Nie mówię, że nie wydajecie już ciekawych komiksów, bo takie Słodkie chłopaki, to u mnie topka Waszych rzeczy, po prostu czasem mam wrażenie, że te gniewne zęby trochę się stępiły ‒ ale może to moje marudzenie. Załóżmy, że nowy komiks Svetofta Vit Volvo trafi w Wasze gusta ‒ jak obecnie wygląda na naszym rynku savoir-vivre w przypadku chęci wydania komiksu autora, który jest publikowany przez innych?
W sumie to nie wiem, jak Ci odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że czasy savoir-vivre minęły i każdy dba o swoje, nie oglądając się na innych. Dużo zależy od właścicieli praw, którzy czasami jeszcze wykazują się lojalnością i piszą, że poprzedni komiks tego autora wydał inny wydawca i chcą najpierw poczekać na decyzję, czy ofertę od niego. Ale oni też liczą tylko hajs, więc robi się wolna amerykanka.
A co dalej z tytułami, co do których Jarek i Paweł mówią „pas”? Nie kusi Cię, aby w takich sytuacjach wydać je gdzieś indziej, mieć coś w rodzaju swojego imprintu? Albo chociaż podszepnąć jakiemuś innemu wydawcy?
Czasami kusi, ale szybko pozbywam się tej pokusy. Wiesz, KG wygląda tak jak wygląda i działa tyle lat na rynku właśnie dzięki temu, że mamy te wewnętrzne ograniczenia, swego rodzaju bezpieczniki. Ja kilka razy przy różnych okazjach mówiłem, że gdybym miał nieograniczoną wolność wyboru tytułów to bym szybko splajtował, bo wydawałbym rzeczy dla 200 najbardziej wkręconych fanów komiksu. Natomiast co do podszeptów innym wydawcom, to tak robię. Np. Timofowi podszepnąłem Czary Zjary i poznałem go z agentką zajmującą się tym tytułem, bo moi wspólnicy absolutnie nie byli zainteresowani. Często też czytam komiksy, które bardzo mi się podobają, ale nijak nie pasują do profilu KG. Wtedy bez skrupułów mówię o nich Krzyśkowi Ostrowskiemu. Ostatnio też odesłałem do Diablaqa jednego węgierskiego twórcę.
Czy pomimo tych pewnie czasem bolesnych kompromisów codzienna praca w Kulturze Gniewu sprawia, że obecnie jesteś spełniony na niwie zawodowej? Lata temu miałeś krótki romans z komiksową odnogą wydawnictwa Marginesy, a jakiś czas temu kombinowałeś z Kreskami, magazynem komiksowym z założenia z prawdziwego zdarzenia, który niestety zatrzymał się na formie cyfrowo-fanpejowej.
Wiesz co, ja w ogóle nie myślę o tym, czy jestem spełniony na zawodowej niwie. Przez ostatnie lata myślałem głównie o tym, jak dotrwać do końca kolejnego dnia. Wspomniany przez Ciebie romans z Marginesami, który trwał dwa lata, doprowadził mnie na skraj absolutnego psychicznego wyczerpania, tak jak to zresztą romanse mają w zwyczaju. W jakiejś swojej niezdrowej zachłanności wziąłem na siebie więcej, niż byłem w stanie udźwignąć. Dlatego też pewnego dnia zdecydowałem się z Marginesów odejść, bo poczułem, że jeszcze chwila, a zwyczajnie się przekręcę. Tak naprawdę dopiero teraz, jakieś 4 lata później, powoli dochodzę do siebie. Wychodzę ze stanu otępienia i zaczynam na nowo naprawdę cokolwiek czuć. Może i poczuję tę satysfakcję i spełnienie na niwie zawodowej, kto wie?
Z Kreskami cały czas kombinuję w swojej głowie. Jak pytałeś, czy nie kusił mnie własny imprint, to przez chwilę myślałem o wydawnictwie Kreski. Nie porzucam idei, ale muszę ją przekalibrować, a do tego potrzeba trochę spokoju w głowie.
Wydajecie też reaktywowany PRODUKT, który ponad dwie dekady temu rozpalił u Ciebie na nowo zajawkę komiksami. Czy w obecnych czasach widzisz jakąś szansę, aby magazyn komiksowy albo inne zjawisko, mogły stać się podobnym pokoleniowym doświadczeniem?
Chyba nie widzę, ale to część problemu z takimi zjawiskami ‒ nie da się ich przewidzieć. Gdybyś zadał komukolwiek to pytanie w 1999 roku to jestem gotów się założyć, że nikt nie wymieniłby magazynu z nikomu nieznanymi polskimi autorami jako czegoś, co zmieni krajobraz. To zawsze jest suma tak wielu, tak złożonych i nieprzewidywalnych składników, że najlepszy wróż i wróżka tu nic nie wskórają. Natomiast chciałbym, cokolwiek to będzie, żeby miało na sobie logo KG.
Czy kiedyś miałeś dość komiksów i wszystkiego co jest z nimi związane? Klasyczna opcja „rzucić to wszystko i w Bieszczady”?
Może to dziwne, ale nie miałem. Zdarzają mi się oczywiście okresy, gdzie np. czytam komiksy mniej intensywnie, a takie książki pochłaniam, ale to chyba normalne fazy. Bycie wydawcą to po prostu moja praca i jestem w stanie wyobrazić sobie dużo gorszych zajęć. Jestem bardzo wdzięczny, że mogę robić właśnie to, pracować na co dzień z fajnymi ludźmi, nad fajnymi rzeczami. To luksus i tak naprawdę jestem szczęściarzem.
Ostatnie zdanie byłoby świetnym zakończeniem tego wywiadu, ale jeszcze chwilę Cię tu potrzymam. „Bycie wydawcą to po prostu moja praca” ‒ a czy jesteś w stanie z tej pracy wyjść (w swojej głowie), czy tę pracę cały czas masz gdzieś z tyłu głowy?
To jest chyba najtrudniejsze ‒ wyjść z tej roboty. Faktycznie trudno mi się zupełnie wyłączyć, nawet czytając komiks „dla rozrywki” to głowa ciągle pracuje: „czy bym go wydał? Czy zasłużył na te wszystkie pochwały? Ekstra, ale nie dla nas. Itp.”. Jak tak sobie myślę, to chyba najbardziej wyłączam się czytając książki. No i grając na konsoli, ale to bardzo rzadko, bo czasu wiecznie brakuje.
Jesteś już bohaterem komiksu (Nudne przygody Agaty i Szymona Ernesto Gonzalesa), masz na swoim koncie parę szorciaków w roli scenarzysty. Czy działając tyle lat w komiksie miałeś pokusę, aby spróbować odważniej stanąć po drugiej stronie i sprawdzić się jako autor?
Nie, nie miałem żadnej pokusy. Szorciaki, o których wspominasz, to był jakiś totalny spontan, albo dzieło przypadku. Żeby nie było ‒ nie wypieram się ich i bardzo się cieszę, że powstały. Natomiast ja nie jestem autorem, nie mam takich ambicji (a przynajmniej jeszcze ich nie poczułem). Poza tym pokusy i ambicje to jedno, a drugie to fakt, że to jest mega trudna sprawa. Trzeba mieć dobry warsztat ‒ nie mam ‒ i jeszcze coś ciekawego do powiedzenia ‒ nie mam. Że coś się wydarzy jeszcze kiedyś w tym temacie nie wykluczam, ale absolutnie nie planuję.

Zróbmy na chwilę skok w stronę Twojego wewnętrznego kibica: masz do wyboru pół roku wydawania w KG absolutnie wszystkiego co Ci się wymarzy, albo zdobycia tytułu Mistrza Polski przez Pogoń Szczecin i mistrzostwa Anglii przez Arsenal Londyn. Co wybierasz?
Może jestem pierdzielniętym kibicem, ale przynajmniej nie łudzę się, że mam jakikolwiek wpływ na poczynania „moich” drużyn na boisku. Wybieram wszelką pomyślność w życiu prywatnym i zawodowym nad wyimaginowane sukcesy sportowe Pogoni i Arsenalu.
Na koniec pytanie, które zadaję również osobom przepytywanym na fejsbukowej odsłonie ACABa: poproszę o Twoje popkulturowe polecajki z ostatnich miesięcy (ale z wyłączeniem komiksów).
Polecę polski serial sprzed trzech lat, który ostatnio nadrobiliśmy ‒ Minuta ciszy z Więckiewiczem i Roguckim w rolach głównych. O dwóch zakładach pogrzebowych, które gdzieś na świętokrzyskiej prowincji brutalnie ze sobą rywalizują. To nie jest serial idealny ‒ takie dzieła sztuki bardzo rzadko się zdarzają ‒ ale bardzo umiejętnie balansuje na granicy humoru i wzruszenia, powagi i groteski. Nie boi się uwierać, nie boi się szokować. Dziwię się, że było o nim stosunkowo cicho. A jako ciekawostkę dodam, że polecił mi go Krzysiek Ostrowski na piwie podczas Komiksowej Warszawy. To była dobra polecanka, więc przekazuję ją dalej.
Z książek zrobiło na mnie ostatnio duże wrażenie Zaniechanie Zofii Zaleskiej. Uwielbiam książkowe eseje, uwielbiam wydawnictwo Karakter, a tu jeszcze bliski mi temat ‒ prokrastynacja, wycofanie się, zniknięcie w szczytowym momencie kariery, „wolałbym nie” kopisty Bartleby’ego jako rozpisane na kilkanaście niezwykle ciekawych przypadków. Zdecydowanie warto!
Oraz nie przegapcie tegorocznych płyt takich artystów i składów: Lucy Dacus, Viagra Boys, mop, Florry, Smerz, Stereolab, Sad Smiles, Mclusky, Samia, Black Country New Road, Bluszcz, Japanese Breakfast, Divorce, Horsegirl, The Delines, Squid, Bonnie „Prince” Billy, Benjamin Booker.


























